piątek, 19 października
01:32

E-doradca rodzinny

Każdy użytkownik smartfona ma problem wykorzystać go w 100%, co jest zrozumiałe, bowiem ilość istniejących aplikacji zaczyna przytłaczać. Funkcje tego urządzenia, znacznie wykraczające poza tradycyjne dzwonienie i pisanie SMS-ów, mają za zadanie już nie tylko ułatwiać nam życie, ale przede wszystkim myśleć za nas. Kolejnym krokiem technologicznym, poza „zastąpieniem myślenia” będzie dodatkowo wykonanie konkretnego zadania. Idąc tym tokiem, poznałem ostatnio młodego programistę, który zaczyna tworzyć aplikację e-doradcy rodzinnego. E-doradca rodzinny to innowacyjna aplikacja, która będzie nam służyć pomocą w sytuacji, kiedy poczujemy się zagubieni w codziennym życiu. Mianowicie, przypomni nam, że kończy się jedzenie w lodówce, wcześniej skanowane podczas zakupów i zużywaniu do gotowania. Aplikacja będzie nam przypominać o tym, co ubrać każdego dnia w zależności od lokalnej prognozy pogody. Wskaże nam drogę do pracy i w zależności od możliwie występującego humoru, który zostanie zdiagnozowany na podstawie ciśnienia atmosferycznego i napięcia obowiązków w kalendarzu z dnia poprzedniego, dobierze odpowiednią muzykę w samochodzie oraz jej głośność.
Największym zaskoczeniem, będzie możliwość stałego czatowania z e-doradcą rodzinnym, któremu będzie można zwierzyć się z problemów z mężem czy z żoną, oczywiście otrzymując natychmiastową receptą na ich rozwiązanie. Aplikacja da nam możliwość porozmawiania z naszymi dziećmi w sytuacji, kiedy będziemy przemęczeni. Dziecko połączy się z e-doradcą, aby opowiedzieć o swoim dniu w szkole, w zależności od przyjętego modelu wychowawczego (zainstalowanego w aplikacji), dziecko zostanie odpowiednio wzmocnione, zmotywowane, bądź pouczone co robi źle, a co dobrze. Aplikacja e-doradcy rodzinnego, złoży za nas zamówienie na leki w aptece, umówi nas z lekarzem, na siłownię czy ułoży dietę. Na pewno będzie przypominać o ważnych datach w naszym życiu, urodzinach, imieninach i świętach, dobierając odpowiednie prezenty według wskazanego przez nas budżetu, który obliczony zostanie na podstawie dochodów z wprowadzonego corocznie do systemu PITu. Wprost rzecz ujmując, technologia wyręczy nas wkrótce z życia.
Wsłuchując się w to, co ten młody wspaniały człowiek opowiada, zapytałem, czy aplikacja zorganizuje nam pogrzeb, nawiązując relacje z zakładem pogrzebowym, wybierając miejsce na cmentarzu za pomocą Maps Google oraz wysyłając e-klepsydrę do znajomych z mediów społecznościowych? ... To był żart – dla mnie, dla niego? - nowe wyzwanie aplikacyjne. Uwielbiam takich pasjonatów.

(Nie)świeżość

Blisko miesiąc temu wystartowali pierwsi kandydaci do wyborów samorządowych w Polsce. Pierwsze plakaty i ulotki wyborcze pojawiały się już po 1.09. w Warszawie czy we Wrocławiu i na pewno w wielu innych miastach. Szybkie odpalenie równa się szybkie wyborcy zmęczenie, a  wprost ujmując, ogromne znudzenie wizerunkiem tego samego człowieka na plakatach i tablicach reklamowych. Bardziej zabawne jednak jest to, że brakuje tym szybko „odpalonym” pomysłów i „tekstów” do merytorycznych rozmów z wyborcami, więc przestają się już pokazywać, a jak są już widoczni, to ograniczają się do tych samych sloganów i obietnic bez pokrycia. Strach wyjść na miasto, aby nie potknąć się o takiego kandydata, który przekonuje do siebie niezdecydowanych. A i tak wyborca kapryśny jest, co pokazały ostatnie wybory parlamentarne. Dzisiaj jak pytamy się – kto głosował na obecnie nam panujących? – prawie każdy odpowiada „Ja? Absolutnie NIE”. I tak też będzie podczas tegorocznych wyborów samorządowych, niestety fałsz obywatelski i patriotyczny mamy w genach zakodowany, dlatego jest w naszym kraju „tak...jak jest.”
Przenosząc powyższy wywód na lokalne pole, spotykam się od roku z różnymi osobami i wysłuchuję ich preferencji politycznych i personalnych co do lokalnych władz. Pierwsze spotkania i rozmowy są najcudowniejsze, bo wtedy widzę zapał, chęć, szczerość, ale kolejne obnażają w wielu przypadkach: fałsz, obłudę i nastawienie „na siebie”, a nie „na wszystkich.” Co więcej, ten sam lokalny obywatel raz stawia na jednego kandydata, radykalnie odcinając się od drugiego. Na kolejnym spotkaniu zamienia preferencje, a na jeszcze kolejnym stwierdza, że na wybory nie pójdzie, bo nie ma dla niego odpowiedniej osoby do głosowania. Jak widać, Polak zmienny w swej naturze bywa, co, niestety, optymistycznie nie rokuje na przyszłość.
A teraz - lecąc na grunt szwajcarski można stwierdzić, że Szwajcar raz politycznie i światopoglądowo określony, zdanie przez całe życie nie zmienia (na pewno z wyjątkami) i to niezależnie czy jego ugrupowanie ma władzę, czy jej nie ma, wierny pozostaje przyjętym i wpojonym mu ideałom. A nam pozostaje doświadczać kandydatów, którzy „przelecieli” przez wszystkie ustroje, partie, ugrupowania, stowarzyszenia, pokuszę się o stwierdzenie, że są po prostu „systemowi”, może „koniunkturalni”? ...mało istotne w tych wyborach, po prostu nie mają świeżości. Patrząc na sylwetki kandydatów do tegorocznych wyborów, staram się doszukać konkretów w postaci doświadczenia zawodowego, życiowego, wykształcenia i w wielu przypadkach, mam wrażenie, że ich osobista decyzja była tylko „pomysłem na siebie”.

Pominięci

Samotność ma różne oblicza, najczęściej kojarzy nam się ze stanem odizolowania od społeczeństwa i poczucia odcięcia od innych. Samotność może prowadzić do zaburzeń depresyjnych i innych poważnych w konsekwencji chorób. Jednak istnieje „samotność” odmienna od tej literaturowej, a dotyczy ona ludzi, którzy czują się niedowartościowani. „Pominięci” czują się samotni dlatego, że nikt (ich zdaniem) nie widzi ich pracy, wysiłku i nie docenia ich wkładu w rozwój danej organizacji czy zaangażowania w budowanie relacji w ramach danej grupy społecznej. „Pominięci” popadają w depresję, gdy nikt ich nie chwali i nie powtarza każdego dnia, jacy są doskonali, mądrzy i wspaniali, ale przede wszystkim niezastąpieni. Przychodzi moment, gdy zaburzenie ich sięga parametrów z górnej granicy normy i zaczynają domagać się od otoczenia: wyróżnień, medali, pucharów i pochwał w formie listów. Chcą być w końcu ważni, zauważeni, a nie na marginesie świata, który współtworzyli.
Z jednej strony nie można się im dziwić, ale patrząc tak obiektywnie, warto chyba stosować zasadę pracy organicznej tak długo i tak rzetelnie, aby ktoś nas dostrzegł, bez podpowiedzi. Żenujące jest natomiast nachalne proszenie się o potwierdzenie faktu, że jest się kimś, kimś ważnym, docenionym, niepominiętym. „Pominięci” w swoim stanie zaburzenia krzywdzą innych, którym najczęściej zawdzięczają swój byt i swoje zawodowe istnienie. Czy robią to świadomie? To trudno zbadać, bowiem „pominięty” przyjmuje z jednej strony rolę ofiary, ale natychmiast zmienia szaty na oprawcę, by zdobyć swoje wymarzone trofeum, pokazać światu, że jest ON doskonały, niezastąpiony, jedyny.
Ciekawa konstrukcja świata: dla jednych praca to cel, dla innych środek do celu, a jeszcze dla innych forma lansowania siebie i własnego ego. „Pominięci” karmią się tylko przez chwilę małymi rzeczami, wystarczy czasami jedno słowo, a czyni ono cuda w ich psychice, zaczynają kochać otaczający ich świat, jednak brak medalu, pucharu i odznaczenia stawia ich w szeregu ludzi równych, spycha w niechciany przez nich sort i nakręca spiralę złości, bywa, że podłości i szukania winnych, których należy natychmiast ukarać i wyeliminować z otoczenia tak skutecznie, aby zostali tylko ci, którzy podkreślają ich doskonałość. Tylko człowiek „mały” prosi się o uwagę, żąda wyróżnień tego świata, chce stać na kolumnie mając wszystkich u swoich stóp, jednak przeraża mnie fakt, że takich ludzi wokół nas przybywa i co więcej, próbują nami rządzić i mówić nam, jak mamy żyć.

Granice prywatności

Znalazłem ostatnio komentarz pod artykułem dotyczącym zmiany obywatelstwa jednego z polityków, a dokładnie przyjęcia obywatelstwa niemieckiego – „patrząc na historię Polski to jest nieporozumienie i hańba” - wzbudził on we mnie dość duży niepokój. Nie można przejść obojętnie wobec takich słów, ponieważ wzajemna ingerencja, a w zasadzie już inwigilacja w życie prywatne, przekracza granicę poczucia bezpieczeństwa i swobody życia. Nie interesuje mnie życie prywatne innych osób i oczekuję tego także od mojego otoczenia, każdy ma prawo posiadać obywatelstwo, z jakiego jest dumny i jakiego sobie tylko życzy. Fala hejtu, która przelała się przez ten portal, dotykała między innymi braku zasad moralności i godzenia w dobre imię Polski. Otóż nie uważam, że posiadanie podwójnego obywatelstwa lub obywatelstwa innego kraju decyduje o tym, jakim jest się człowiekiem. Znam dużą liczbę obcokrajowców mieszkających w Polsce, którzy swoją postawą mogą (i powinni) być wzorem dla Polaków. Pracują, płacą uczciwie podatki (nie kombinują jak część naszych rodaków – podobno patriotów), parkują w wyznaczonych miejscach płacąc za nie, a nie na trawnikach i chodnikach, poszukują w sklepach polskich produktów, ponieważ uważają je za lepsze jakościowo. Jednak dla części Polaków są obywatelami drugiej kategorii, obcokrajowcami, których trzeba napiętnować i ograniczyć im... może prawa? swobody? Jako społeczeństwo podążamy w bardzo niebezpiecznym kierunku, nie możemy zapominać, że za paszportem stoi konkretny człowiek, a o jego wartości decydują czyny, a nie narodowa przynależność. Nie zaglądajmy sobie w dokumenty, do domów, sypialni i portfela, a życie nabierze wtedy kolorów i radości z każdego dnia. Naszym, polskim sukcesem niech będzie dążenie do bycia lepszym, a nie ciągłe porównywanie się i ściąganie do swojego (często miernego) poziomu tych, którym w życiu się powiodło. Nie zapominajmy, że jesteśmy obywatelami nie tylko Polski, ale także Europy i świata! Przynależność ta zobowiązuje do wzajemnej tolerancji i odpowiedzialności za drugiego człowieka, niezależnie od pochodzenia, koloru skóry, wykształcenia czy zasobności majątkowej. Kolejny hejt, atak na P. Olszewskich, byłych już właścicieli firmy SOLARIS, za to, że sprzedali firmę obcokrajowcom, więc pytam się ponownie – dlaczego interesujemy się nie swoją firmą i nie swoim majątkiem? Pracujmy i dorabiajmy się tej pozycji rynkowej, a będziemy mogli dysponować tym, co nasze, a nie cudze.

L4

L4 – czyli w wielu przypadkach „lekarstwo na lenistwo”, czy jak kto woli „ucieczka przed pracodawcą” lub „wczasy dla zasłużonych”. Magiczna kombinacja litery i cyfry, którą nikt w Europie Zachodniej nie zna, bo nie przyjdzie mu do głowy celowo nie świadczyć pracy i spędzać czas w domu, leżąc pępkiem do góry na koszt pracodawcy i/lub podatnika. W Polsce kolejny standard życia codziennego, ZUS rozkłada ręce, ponieważ nie posiada prawnych narzędzi kwestionowania jednostki chorobowej, którą „diagnozuje” lekarz (szczególnie tej z obszaru psychiatrii podczas wizyty wartej 200 zł). Okres trwania takich wakacji może potrwać nawet do sześciu miesięcy, w końcu umysł targany przez złego pracodawcę wymaga restartu i farmakologicznego wsparcia lekami, wykupionymi na receptę, ale też natychmiast zmagazynowanymi w domowym śmietniku. Polacy płacą 16 miliardów złotych rocznie za L4, z których ponad 90 proc. dotyczy zwolnień do 30 dni, a około 8 mln złotych kosztują zwolnienia krótsze niż 7 dni. Co więcej, 6,5 miliarda złotych wydawanych na najkrótsze zwolnienia lekarskie dotychczas nie było można kontrolować (dla ZUS nie było sensu ich kontrolować, ponieważ ten koszt ponosił i tak pracodawca – w Polsce czyt. złodziej).
„Specjaliści od L4” potrafią w ciągu roku spędzić nawet 40 proc. czasu przeznaczonego na pracę w domu, wysypiając się, jeżdżąc przed południem z koszykiem po markecie, spacerując czy kosząc trawę w ogrodzie. Instrukcja postępowania dla powyższego stylu życia jest bardzo prosta: znaleźć „jelenia”, który zatrudni na umowę o pracę i to jeszcze na czas nieokreślony, odczekać miesiąc (poświęcić swój cenny czas) na uzyskanie zdolności do „udawania” chorego, następnie szukamy na „znanylekarz.pl” lekarza psychiatrę, który ma wolne terminy co 12 dni tak, aby system ZUS nie wychwycił zwolnienia dłuższego niż 14 dni, dając możliwość wezwania na komisję lekarską. Wizyta lekarska – banalny tok postępowania – opowiadamy swoje traumatyczne przeżycia z miejsca pracy (oczywiście zmyślone, koloryzowane i z elementami tragicznymi, balansując na pograniczu dramatu i horroru), następnie sami diagnozujemy swój stan psychiczny jako załamanie nerwowe, objawiające się każdego dnia drgającymi kończynami, łamiącym się głosem, łzami na zawołanie, problemami żołądkowymi. Cel osiągnięty – L4! – 12 dni! Czas do galerii na zakupy i pierwsze telefony do koleżanek i kolegów z zaproszeniem na jutrzejszą kawę, którą poprzedzamy wizytą na poczcie i wysłaniem tego wakacyjnego biletu do pracodawcy (oczywiście za dowodem doręczenia, aby nie powiedział, że nie otrzymał).

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem