Kocham swoje miasto!

  • Drukuj

Czy można pokochać miasto z dziurawymi chodnikami i nierównymi jezdniami? Jak pokochać miasto, w którym dla wielu nie ma pracy? Jak nie cieszyć się z każdej nowej inwestycji, nawet tej najdrobniejszej, jak na przykład z placu zabaw czy remontu chodnika? Dlaczego wągrowczanie tutaj wracają po wielu latach rozłąki z korzeniami?

Na te i wiele innych pytań nasuwa się jedna odpowiedź: kocham swoje miasto całym sercem, duszą i ciałem, a jeśli kocha się kogoś pełną piersią, to kocha się ze wszystkim ułomnościami i niedostatkami urody, a nawet ze... złym charakterem. Ale jak kochać miejską przestrzeń wypełnioną rozmaitymi obiektami, no i ludźmi? Dla jednych jest to miasto bezrobotnych i nie zawsze oczekiwanej władzy, nawet dla tych, którzy się tutaj urodzili, wykształcili, założyli rodziny i mają pracę. Drudzy nie wyobrażają sobie życia w innej miejscowości, mimo że żyją z dnia na dzień, bez widocznych perspektyw. Dla nich Wągrowiec jest miastem ukochanym, miastem wybranym, miastem jedynym, miastem ekscytującym.

A czym jest Wągrowiec dla mnie? Z miastem jestem związany od urodzin i tutaj zostanę do końca mojego żywota. Razem z nim rozwijałem się przez kilkadziesiąt lat. Za młodych lat nie było mi łatwo. Rodzice ciężko pracowali w sklepie spożywczym, wręcz harowali od świtu do nocy, wychowując czwórkę synów. Nie zapomnę ich zmęczenia na twarzach, codziennej troski o nasze utrzymanie i wykształcenie, walki o nasze szczęście i radosne dzieciństwo. Nie, nie chodziliśmy głodni, nie byliśmy zaniedbani, wręcz odwrotnie: schludni, wypoczęci i weseli.

Dzieciństwo wspominam z wyjątkowym rozrzewnieniem, które spędzałem na podwągrowieckiej wsi u dziadków. Ach, co to były za letnie wakacje, pełne przygód i kontaktu z przyrodą... A bochny chleba na rabarbarze, a ciepłe mleko wprost od krowy, babcine zupy mleczne - dziś tego nikt nie jest w stanie podrobić. Żniwa, wybierki były dla nas radosnymi pracami polowymi, a ich plonem dzielili się z nami dziadkowie. Mieszkanie w Wągrowcu zamieniało się w domowy spichlerz.

Moim marzeniem było ukończenie Liceum Plastycznego w Poznaniu, ale ojca i matki nie było stać na tę szkołę. Po ukończeniu podstawówki skończyło się na miejscowym Liceum Pedagogicznym, gdzie spotkałem wielu znakomitych nauczycieli, dzięki którym dziś jestem tym, kim jestem. Potem praca w szkole wiejskiej i zaoczne studia uniwersyteckie. Rodzice z trudem kleili koniec z końcem i nie byli w stanie mi pomóc. Bardzo cieszyli się, gdy zostałem nauczycielem i stanąłem na nogi. Mama niejednokrotnie z tego powodu płakała...

Prawie całe moje życie związane jest z harcerstwem, do którego wstąpiłem jako brzdąc. Przeszedłem prawie wszystkie szczeble kariery: od zastępowego do członka Rady Naczelnej ZHP. Działałem też w innych organizacjach społeczno-politycznych i kulturalnych z pożytkiem dla miasta. W ostatnich dziesięciu latach założyłem i kierowałem Kręgiem Starszyzny Harcerskiej i Seniorów im. dh. Feliksa Tylmana „Damy Radę”. Niewątpliwie harcerstwo ukształtowało mój charakter i spolegliwy stosunek do ludzi, znajomych i przyjaciół. To była i nadal jest wielka szkoła życia.

No właśnie: kim jestem, jak daleko zaszedłem, co osiągnąłem? Wbrew pozorom bardzo wiele! Cokolwiek bym nie odpowiedział, to wszystkie nitki prowadzą do Wągrowca, do mojego ukochanego miasta, które wrosło we mnie. Dziś jestem dumny z tego i z rozrzewnieniem wspominam każdą chwilę spędzoną tutaj z rodziną. To chłopaki mnie „nakręcali”. Nie żałowałem im praktycznie niczego. Otrzymali staranne wychowanie i  wykształcenie, przez co wyrośli na ubogaconych ludzi.

Dlatego chylę czoła przed wągrowczanami, podobnymi do mnie, którzy przez dziesiątki lat budowali i rozwijali miasto, bo to jest ich Wągrowiec ukochany. A mój przede wszystkim!