sobota, 14 grudnia
09:06

Z żabiej perspektywy

Burmistrz Krzysztof Poszwa, gdy obejmował urząd, zapowiedział audyt kadencji 2010-2014, który niby miał powiedzieć prawdę o rządach Stanisława Wilczyńskiego. Figa z makiem – tego dokumentu nie zobaczyła opinia publiczna przez całą jego kadencję, mimo że specjalnie powołał audytora. Za to ustępujący poprzednik Poszwy przygotował i przedstawił radnym raport o stanie gminy miejskiej, bardzo bogaty i nawet ciepło przyjęty przez ówczesnych radnych. Nawet Poszwa był zaskoczony, że tak wiele zadań zrealizował Wilczyński. Jak pamiętam, oklasków wtedy nie zabrakło....
Obecny burmistrz też nie przedstawił ani zamknięcia minionych lat 2014-2018 - nie uczynił tego też cztery lata temu Poszwa - ani otwarcia swojej kadencji. Za niego uczyniła to lokalna prasa, która krytycznie sumowała rządy Poszwy.
Jarosław Berendt zamierza każdego roku przedstawiać radnym raport o stanie gminy. Pierwszego takiego raportu należy spodziewać się na początku przyszłego roku. Najbliższy rok zapowiada się bogato w różne przedsięwzięcia, więc będzie miał burmistrz z czego się spowiadać. Nasza redakcja prosiła o bilans pierwszych trzech miesięcy. Burmistrz zajęty kadrowymi porządkami nie miał na to czasu, a może jeszcze nie nadszedł czas na tego rodzaju podsumowanie?

***
Komunikacja miejska szwankuje pod każdym względem. Usprawnienia, jakie wprowadził Poszwa, nie przełożyły się na jej sprawne funkcjonowanie. Nawet wyświetlacze na niektórych przystankach nie pomogły, zaś między prawdą a Bogiem mało którzy pasażerowie je zauważyli. Wprowadzenie przez Poszwę bezpłatnej komunikacji w mieście nie usprawiedliwia chaosu w rozkładzie jazdy autobusów. Darmowa komunikacja zamydliła ludziom oczy, przez co psioczenie na temat rozkładu jazdy jakby zmiękczyło temat. Dla niektórych nieważne jest, gdzie i o której wsiadają, jak długo pojadą i dokąd dotrą, wszak podróże odbywają za darmochę...
W tym roku ma to ulec zmianie, co zapowiada ratusz. Kiedy dokładnie, na razie nie wiadomo. Wynika to z zamiaru przeprowadzenia badań rynkowych własnymi siłami – jak czytamy w lokalnej prasie - które winny przyczynić się do optymalizacji oferty przewozowej. A więc należy spodziewać się opracowania nowych tras autobusów i częstotliwości ich kursowania.
W tym celu ratusz dodatkowo zlecił badania firmie (sic!), która opracuje wyniki za niecałe 50 tys. zł. Nieważnym dla mnie jest, kto i jak zrobi badania, byle doszło do optymalizacji oferty przewozowej, ponieważ jak najszybciej chcę przesiąść się z auta do bezpłatnych autobusów i w mig dojechać z Orzeszkowej na Berdychowo czy też Osadę.

***
A propos badań ankietowych: miasto zakupiło i uruchomiło elektroniczną platformę konsultacyjną w celu powadzenia dialogu z mieszkańcami. Wykorzystano ją do badania celowości przywrócenia Straży Miejskiej i utworzenia filii Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego. O dziwo, nie skorzystano z niej przy badaniach funkcjonowania miejskiej komunikacji, co dla mnie nie jest wytłumaczalne. Kto, jak nie mieszkańcy - użytkownicy miejskiej komunikacji – za pomocą tego instrumentu ankietowego winni się wypowiedzieć w sprawie nowego rozkładu jazdy? Przecież między innymi po to zakupiono tę platformę!

***
Na działania miejskiego samorządu można patrzeć z różnej perspektywy. Z ptasiej widać bardzo dużo, za z żabiej mało co można dojrzeć. Mój punkt widzenia – jak przystało na felietonistę - jest subiektywnym oglądem, z którym można zgadzać się lub nie...

Prasowe wspominki

Coraz szybciej zbliża się termin Gali Głosu Wągrowieckiego. Rokrocznie podczas tego eventu honorujemy najbardziej znamienitych mieszkańców powiatu wągrowieckiego, jak również zacną osobę z zagranicy. Obsypujemy ich honorowymi tytułami, statuetkami i nagrodami, przypinamy szarfy, częstujemy tortem i kawą, brakuje tylko orkiestry dętej... Dęciarzy jednak w powiecie nie brakuje, ale nie zmieściliby się na scenie, stąd ich nie zapraszamy. Zwyczajowo prosimy na scenę VIP-ów, którzy też mają problem z miejscem, wszak chcą pokazać się publiczności, czyli swoim wyborcom. Dlatego nie zabraknie kandydatów na europosłów, przynajmniej dotychczasowych, a wybory do europarlamentu tuż, tuż. Pojawią się pilscy parlamentarzyści, samorządowcy z województwa, powiatu i gmin, ludzie mediów, naukowcy oraz wielu innych dostojnych gości. Event nie jest li tylko dla niech samych, ale przede wszystkim adresujemy go do mieszkańców ziemi wągrowieckiej. Od poniedziałku zapraszam do redakcji i kina MDK po wejściówki.
***
Tegoroczna gala ma szczególny wymiar dla redakcji Głosu Wągrowieckiego i osobiście dla mnie. W tym roku przypada 30 lat boomu prasy lokalnej w Wągrowcu. Nieskromnie dopowiem, że przez te trzy dziesiątki lat kierowałem kolejno dwoma czasopismami. W 1989 roku założyłem kwartalnik społeczno-kulturalny Ziemia Wągrowiecka, na którego wydawanie musiałem uzyskać zgodę ówczesnej cenzury, czyli Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.
W październiku 1990 roku na rynku ukazał się mój projekt medialny Głos Wągrowiecki, wpierw jako dwutygodnik, a wnet niezależny tygodnik wydawany przez spółkę cywilną utworzoną przez czołowych redaktorów pisma. Nie było już cenzury i wystarczyła rejestracja czasopisma w sądzie wojewódzkim. Wolny rynek wymuszał na nas kreatywność, zaś nowe demokratyczne struktury sprzyjały rozwojowi czasopisma, jednak żadna instytucja nie sypała złotówek do redakcyjnej kasy, ot zostaliśmy przedsiębiorcami. Sami na swoim, swój do swego...
Oczywistym jest, że bez pomocy przyjaciół sam bym nie dal rady. Rękę podało mi kilku nieżyjących już współpracowników: poetka Jolanta Nowak-Węklarowa, historyk Władysław Purczyński i szaradzista Andrzej Słoma oraz też piszący teksty: Leokadia Grajkowska, Sebastian R. Chosiński, Zbigniew Noska i kilka innych osób, którzy - podobnie jak my - wręcz zakochali się w gazecie.
Uczciwie dopowiem, że prawie równolegle pojawiło się czasopismo Dwutygodnik Pałucki, które rzuciło nam rękawicę i... rozpoczęły się prasowe przepychanki. Nie jest teraz odpowiedni moment na wracanie do tamtych czasów, ale dodam, że „Dwupałucznik” - wydawany przez Miejski Dom Kultury - namaszczony był przez Komitet Obywatelski, który wygrał wybory samorządowe w Wągrowcu, natomiast Głos w opinii konkurencji uchodził za postkomunistyczny relikt (sic!).
***
Lata to były przełomowe. Rok 1989 – Okrągły Stół i niedemokratyczne wybory do Sejmu. Rok 1990 – demokratyczne wybory do samorządów terytorialnych i wielka radość (!) oraz rozbudzone nadzieje na lepsze jutro. Obie gazety wpasowały się w te przemiany, lecz zmuszane były do pokonywania kłód rzucanych im pod nogi, zwłaszcza Głos Wągrowiecki w późniejszych latach. To nas jednak nie osłabiało, a tylko stawiało na równe nogi, przez co tygodnik wytrwał szmat czasu.
W ostatnich latach pole dla działalności prasy drukowanej stopniowo kurczy się. Wypiera ją Internet, ludzie stają się coraz bardziej wygodni i praktyczni, dlatego niechętnie sięgają po słowo drukowane, szczególnie młodzi. Czy to oznacza koniec czytelnictwa prasy? Nie, na pewno nie! Pamiętam czasy, gdy telewizja zaczęła wypierać kino, na śmierć głodową skazywano teatr, książka miała trafić na przemiał... Wszystkie te przekazy obroniły się. Obroni się też prasa drukowana, w co bezgranicznie wierzę.

Kocham swoje miasto!

Czy można pokochać miasto z dziurawymi chodnikami i nierównymi jezdniami? Jak pokochać miasto, w którym dla wielu nie ma pracy? Jak nie cieszyć się z każdej nowej inwestycji, nawet tej najdrobniejszej, jak na przykład z placu zabaw czy remontu chodnika? Dlaczego wągrowczanie tutaj wracają po wielu latach rozłąki z korzeniami?

Na te i wiele innych pytań nasuwa się jedna odpowiedź: kocham swoje miasto całym sercem, duszą i ciałem, a jeśli kocha się kogoś pełną piersią, to kocha się ze wszystkim ułomnościami i niedostatkami urody, a nawet ze... złym charakterem. Ale jak kochać miejską przestrzeń wypełnioną rozmaitymi obiektami, no i ludźmi? Dla jednych jest to miasto bezrobotnych i nie zawsze oczekiwanej władzy, nawet dla tych, którzy się tutaj urodzili, wykształcili, założyli rodziny i mają pracę. Drudzy nie wyobrażają sobie życia w innej miejscowości, mimo że żyją z dnia na dzień, bez widocznych perspektyw. Dla nich Wągrowiec jest miastem ukochanym, miastem wybranym, miastem jedynym, miastem ekscytującym.

A czym jest Wągrowiec dla mnie? Z miastem jestem związany od urodzin i tutaj zostanę do końca mojego żywota. Razem z nim rozwijałem się przez kilkadziesiąt lat. Za młodych lat nie było mi łatwo. Rodzice ciężko pracowali w sklepie spożywczym, wręcz harowali od świtu do nocy, wychowując czwórkę synów. Nie zapomnę ich zmęczenia na twarzach, codziennej troski o nasze utrzymanie i wykształcenie, walki o nasze szczęście i radosne dzieciństwo. Nie, nie chodziliśmy głodni, nie byliśmy zaniedbani, wręcz odwrotnie: schludni, wypoczęci i weseli.

Dzieciństwo wspominam z wyjątkowym rozrzewnieniem, które spędzałem na podwągrowieckiej wsi u dziadków. Ach, co to były za letnie wakacje, pełne przygód i kontaktu z przyrodą... A bochny chleba na rabarbarze, a ciepłe mleko wprost od krowy, babcine zupy mleczne - dziś tego nikt nie jest w stanie podrobić. Żniwa, wybierki były dla nas radosnymi pracami polowymi, a ich plonem dzielili się z nami dziadkowie. Mieszkanie w Wągrowcu zamieniało się w domowy spichlerz.

Moim marzeniem było ukończenie Liceum Plastycznego w Poznaniu, ale ojca i matki nie było stać na tę szkołę. Po ukończeniu podstawówki skończyło się na miejscowym Liceum Pedagogicznym, gdzie spotkałem wielu znakomitych nauczycieli, dzięki którym dziś jestem tym, kim jestem. Potem praca w szkole wiejskiej i zaoczne studia uniwersyteckie. Rodzice z trudem kleili koniec z końcem i nie byli w stanie mi pomóc. Bardzo cieszyli się, gdy zostałem nauczycielem i stanąłem na nogi. Mama niejednokrotnie z tego powodu płakała...

Prawie całe moje życie związane jest z harcerstwem, do którego wstąpiłem jako brzdąc. Przeszedłem prawie wszystkie szczeble kariery: od zastępowego do członka Rady Naczelnej ZHP. Działałem też w innych organizacjach społeczno-politycznych i kulturalnych z pożytkiem dla miasta. W ostatnich dziesięciu latach założyłem i kierowałem Kręgiem Starszyzny Harcerskiej i Seniorów im. dh. Feliksa Tylmana „Damy Radę”. Niewątpliwie harcerstwo ukształtowało mój charakter i spolegliwy stosunek do ludzi, znajomych i przyjaciół. To była i nadal jest wielka szkoła życia.

No właśnie: kim jestem, jak daleko zaszedłem, co osiągnąłem? Wbrew pozorom bardzo wiele! Cokolwiek bym nie odpowiedział, to wszystkie nitki prowadzą do Wągrowca, do mojego ukochanego miasta, które wrosło we mnie. Dziś jestem dumny z tego i z rozrzewnieniem wspominam każdą chwilę spędzoną tutaj z rodziną. To chłopaki mnie „nakręcali”. Nie żałowałem im praktycznie niczego. Otrzymali staranne wychowanie i  wykształcenie, przez co wyrośli na ubogaconych ludzi.

Dlatego chylę czoła przed wągrowczanami, podobnymi do mnie, którzy przez dziesiątki lat budowali i rozwijali miasto, bo to jest ich Wągrowiec ukochany. A mój przede wszystkim!

Barbarzyństwo na Starówce

Miejskie lobby dewelopersko - planistyczno - projektowo – nadzorcze utrudnia rozwój miasta? Do takiego wniosku doszedłem po obserwacji lokalizacji inwestycji deweloperskich na obszarze Starego Miasta w rejonie ul. Gnieźnieńskiej i ul. Klasztornej.
Przy tej ostatniej postawiono apartamentowiec sięgający do rzeki Wełny na obszarze historycznie chronionym i niezgodnie z linią zabudowy ul. Klasztornej. Przy ul. Gnieźnieńskiej 6 wyburzono stare obiekty mieszkalno – gospodarcze, gdzie planowany jest obiekt mieszkalny z parkingiem, głęboko wchodzącym w dolinę Wełny chronioną przyrodniczo.
Do tej pory dla Starego Miasta nie było uchwalonego miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego miasta i  opinie do warunków zabudowy wydawał Wielkopolski Wojewódzki Konserwator Zabytków. Przy wydawaniu warunków zabudowy magistrat opierał się głównie na obowiązujące studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego z 2007 roku.

***
Przez cztery lata poprzedni samorząd z burmistrzem Poszwą ignorowali temat... Teraz sytuacja ma się zmienić? Radni przyjęli uchwałę w sprawie przystąpienia do sporządzenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego miasta w rejonie ul. Gnieźnieńskiej – Stare Miasto. To dobrze wróży tej części Wagrowca, przynajmniej skończy się raj dla developerów. Sprzyjają im jednak instytucje, które winny stać na straży prawa. Bo jak inaczej można potraktować opinię wojewódzkiego konserwatora zabytków, który w lakonicznej decyzji ignorancko podszedł do sprawy? To jest na rękę developerom, którzy w Wągrowcu działają wyjątkowo agresywnie, co można zauważyć na Starówce. Brak czujności konserwatora, który milcząco dopuszcza takie inwestycje, jest nie do przyjęcia. Tak praktyka rodzi obawy, że obecnie toczące się postępowania o udzielenie warunków zabudowy z wniosków deweloperów przy ul. Jana Pawła II i Gnieźnieńskiej zakończą się milczącą zgodą na dalszą dewastację Starówki?
W efekcie na ul. Klasztornej, w miejscu wyburzonego dziewiętnastowiecznego starego domu parterowego – który, jak historyczne źródła podają, był siedzibą władz miejskich – niestety nie wpisanego do rejestru zabytków - ale remonty jego dachu wymagały zgody konserwatorskiej - powstaje potężny blok wielomieszkaniowy, który nijak nie przystaje do historycznego układu urbanistycznego Jakubowego grodu. Można przypuszczać, że w bezpośrednim sąsiedztwie niebawem powstanie następny budynek mieszkalny z tą samą cofniętą linią zabudowy i gabarytami (sic!).
Nie dziwię się krzykowi wągrowczanina Wojtka Kapałczyńskiego, byłego dolnośląskiego konserwatora zabytków, który za karygodne uważa przyzwolenie wielkopolskiego konserwatora na zmianę linii zabudowy ul. Klasztornej. Faktem jest, że do tego doszło, zaś konserwator odniósł się jedynie do samej bryły budynku w dwóch lapidarnych zdaniach...
Miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego Starówki i Gnieźnieńskiej oraz program ochrony zabytków niewątpliwie zakończą barbarzyństwo na historycznej tkance miasta i wreszcie skończy się powoływanie na studium uwarunkowań i zagospodarowania przestrzennego, co było wygodne i wręcz zbawienne dla inwestorów, jak również miejskich decydentów.

***
Podobnie ma się sprawa z miejskim programem opieki nad zabytkami, którego też nie uchwalono. Zmodyfikowany projekt na lata 2019 – 2022 dostępny jest na stronie internetowej miasta i każdy może go poczytać. Szkoda tylko, że nikt z mieszkańców nie wniósł do niego uwag, gdy podlegał konsultacji społecznej. Kiedy ten dokument będzie przedłożony radnym do akceptacji? Też nie wiadomo. Ponoć w tym roku... -  tak przynajmniej zapewnia  magistrat.

Świat nie kończy się na grzechu...

Aż trudno uwierzyć, że skoczanin ks. abp Marian Przykucki, były metropolita kamieńsko – szczeciński, mógł tuszować zgłoszony mu przypadek pedofilii przez kierownika schroniska dla trudnej młodzieży i szkół katolickich.
Znamienity i wyjątkowo spolegliwy człowiek oraz nietuzinkowy hierarcha, Honorowy Obywatel Miasta i Gminy Skoki, wielki przyjaciel i honorowy członek Kurkowego Bractwa Strzeleckiego, którego chwalebną postać upamiętniono patronatem jednej z ulic, zaś w kościele wyświęcono tablicę pamiątkową, dziś wzbudza niesmak i politowanie...
Niestety, raport fundacji "Nie lękajcie się", przedłożony papieżowi Franciszkowi, nie zostawia cienia wątpliwości:
„W latach 90. ks. Andrzej D., ówczesny kierownik schroniska dla trudnej młodzieży i szkół katolickich, miał wykorzystać seksualnie co najmniej kilku nastoletnich chłopców w Schronisku im. św. Brata Alberta. Szczecińska kuria była alarmowana w tej sprawie, ale przez lata nie reagowała. Ludzie, którzy domagali się ustalenia prawdy, przez 13 lat słyszeli: nie działajcie na szkodę Kościoła. Chłopcy, wykorzystywani przez księdza zwierzyli się wychowawcom, oni zaś w 1995 roku poinformowali bp. Stanisława Stefanka, któremu podlegała oświata w archidiecezji. Nie uznał ich relacji za wiarygodne. Nie porozmawiał z żadnym z chłopców. Rozgoryczeni wychowawcy poprosili o pomoc dwóch zakonników. Przyjął ich abp Marian Przykucki. Powiedział, że boleje nad sprawą i pomoże w rozwiązaniu - wspomina jeden z zakonników. Ale arcybiskup zaufał osądowi bp. Stefanka i nie kazał sprawy dalej badać. Odsunął ks. Andrzeja od pracy w ognisku, ale wiosną 1996 roku powierzył mu nadzór nad szkołami katolickimi w Szczecinie. Potem ks. Andrzej kierował Liceum Katolickim w Szczecinie, przewodniczył Stowarzyszeniu Szkół Katolickich. Wychowawcy nie dali za wygraną..."
Papież Franciszek pocałował dłoń prezesa fundacji Marka Lisińskiego, gdy w Watykanie dowiedział się, że jest jedną z ofiar.
„W obliczu plagi nadużyć seksualnych, jakich dopuścili się duchowni wobec małoletnich, postanowiłem wezwać was, abyśmy wszyscy razem wysłuchali Ducha Świętego i posłuszni Jego kierownictwu wysłuchali krzyku maluczkich, którzy domagają się sprawiedliwości" – powiedział papież.
Na liście fundacji „Nie lękajcie się" znajdują się 24 nazwiska hierarchów, którzy w ocenie autorów opracowanego i udowodnionego stanowiska dopuścili się tuszowania przestępstw seksualnych. Nie braknie na niej kardynałów Kazimierza Nycza i Henryka Gulbinowicza oraz znanych arcybiskupów: Sławoja Leszka Głódzia, Tadeusza Gocłowskiego, Henryka Hosera, Juliusza Paetza, Józefa Michalika oraz bpa Alojzego Orszulika, czy chociażby prałata Henryka Jankowskiego.
Pomnik tego ostatniego symbolicznie został obalony. Czy w Skokach dojdzie do publicznej refleksji nad czynem arcybiskupa Mariana Przykuckiego?
„Świat nie kończy się na grzechu, jest coś ważniejsze aniżeli grzech, istnieje odkupienie i przebaczenie, i możliwość tego, co nazywamy cierpieniem za kogoś innego. Kościół potrzebuje też cierpienia za swoją egzystencję" – rzekł arcybiskup Stanisław Gądecki, przewodniczący konkurencji Episkopatu Polski.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem