wtorek, 18 grudnia
17:40

Nie ma jak to...

Cóż może być „piękniejszego”, jak widok pląsającego i śpiewającego rządu i partii na urodzinach pewnego radia, które w dodatku najbardziej kocha Polskę. A z tej Polski najpewniej bilety Narodowego Banku Polskiego. A szef rządu wypowiada te słowa o najcenniejszej miłości. A pewna Beata, co to się szykuje do Brukseli, prym wiedzie w tych śpiewach i pląsach. A statystyki pokazują, że owo radio spada w notowaniach medioznawczych, ale kto się będzie tym przejmował, kiedy wybory za rok. Spadochrony zapakowane i tylko wystarczy rączkę uwalniającą pociągnąć, bo nie ma jak to...
Kiedy przyszedł czas, aby spojrzeć kolejnej władzy na rękę za aferę z udziałem byłego szefa Komisji Nadzoru Bankowego, słyszymy zewsząd, że praktycznie sprawy nie ma, bo rząd zadziałał szybko i cała sprawa jest wybrykiem jednego człowieka. A żeby media zniechęcić do wnikliwego patrzenia na łapska, to trzeba słać wniosek za wnioskiem do sądu o zabezpieczenie dowodu, czyli nakazać usunięcie niewygodnych publikacji z przestrzeni publicznej. Skala tego zjawiska jest znaczna i jest zapowiedzią groźniejszych działań władzy wobec niezależnych mediów. Niezależnych, bo te, na które naród zrzuca się w postaci abonamentu i dotacji ze strony państwa, urządzają jawną informacyjną prostytucję, na dźwięk której chce się wywołać w sobie odruch wymiotny. Istotą demokracji są wolne media. Władza może je nienawidzić, nie musi ich kochać, ale ma je szanować, bo to one chronią (!) także władze od robienia jeszcze większych głupstw. W sytuacji tak zmasowanych akcji przeciwko dziennikarzom i wydawcom głos powinny zabrać wszystkie środowiska z obszaru mediów, bo czekać nas może casus Węgier, gdzie premier z ekipą dzianych kolesi wykupił te media, które obiektywnie, ale nie po myśli rządzących, śmiały coś napisać. To może być jeden z efektów obiecanki p: „będziemy mieli tu u nas Budapeszt”. Bo nie ma jak to...
Wiara ma prawo od lat przeznaczać 1 proc. swojego podatku na działalność organizacji pożytku publicznego. Z tego prawa nie wszyscy korzystają, ale zjawisko jest coraz bardziej popularne. Takie dawanie swoim upatrzonym podmiotom jest zabezpieczeniem przed próbami dzielenia tych środków przez podmioty zależne od władzy. Bo ta jakoś zawęziła krąg odbiorców i niedługo wyjdzie na to, ze stolica zostanie przeniesiona do Torunia. Ostatnio z miasta Kopernika wyszła w świat książka w nakładzie kilkuset tysięcy egzemplarzy, która traktuje relacje damsko-męskie z perspektywy sutanny i lat trzydziestych ubiegłego wieku. Teraz tylko czekam na poradnik, jak przywrócić wiarę w bociany, bo jak nie ma jak, to nie ma jak to.

Wszystkie dzieci...

Od dłuższego czasu trwa pat związany z wyborem Rzecznika Praw Dziecka i to w sytuacji, kiedy rząd chwali się codziennie tym, ile to zrobił dla polskich rodzin. Co ciekawe, to to, że przepadli w głosowaniach kandydaci wskazywani przez partię obozu rządzącego. Apeluję zatem do władzy ustawodawczej i wskazującej o jak najszybsze rozwiązanie tego problemu. Codziennie czytam w różnych mediach, że jakieś dziecko skarży się na to, że jego tata nie pomógł mu w karierze. Medialne przekazy jawią się jak koszmar - tata mógł, a nie pomógł i syn musiał sam zostać dobrze opłacanym gościem w światowej organizacji finansowej, albo - jak ostatnio - dyrektorem w spółce Skarbu Państwa, a tata wiceminister nie kiwnął nawet palcem. Aż strach pomyśleć, kiedy moje dzieci zadawać będą pytania, czy mogą na mnie liczyć? Serce rodzica i rozum podpowiadają, że należałoby odpowiedzieć twierdząco, bo przecież gotowy jestem moim skarbom nieba przychylić. Z drugiej zaś strony targają mną wątpliwości, czy angażować się w obietnice? No przecież tylu ostatnio załapało świetne fuchy, a gdyby ich rodzice chcieliby realizować swoje wizje przyszłości swoich dzieci, to one byłyby może zwyczajnymi gryzipiórkami, albo co najwyżej radnymi w powiecie lub w gminie. Niby kadencja teraz o rok dłuższa, ale co tam znaczy pięć lat wobec wieczności i to w dodatku za taką dietę.
A żeby nie być posądzonym o pastwienie się nad samorealizującymi się dziećmi prominentnych polityków (bo muszą gdzieś pracować), wracam do kwestii rzecznika. Ostatni z kandydatów na rzecznika nie spełnia ponoć jednego z ważnych kryteriów: nie przepracował pięciu lat z dziećmi. Wprawdzie w ministerstwie zajmował się nieletnimi, ale myślę, że to nie oni właśnie ustawiali się w kolejce do jego gabinetu. Kuriozalnie zabrzmiała odpowiedź na te zastrzeżenia jednego z posłów, który mówił na antenie radia, że może jednak znajdzie się jakiś epizod w jego życiu, np: działalność w stowarzyszeniu lub w fundacji, który pozwoli zapełnić trzyletnią czarną dziurę. Mam lepszy pomysł - znam gościa na terenie naszego powiatu, który chyba ze trzydzieści lat wozi dzieciaki autobusem do szkoły. Może jego? Przecież dorobek i doświadczenie bezcenne. Był przecież przez te lata świadkiem tylu sytuacji wychowawczych, tylu wyznań wywołujących rumieniec na twarzy i tyluż samo szkolnych zawodów miłosnych, że starczałoby za lekturę wszystkich ostatnio napisanych i wydanych książek szkolnych, szczególnie tych do nauczania wychowania do życia w rodzinie.
Niezależnie od chęci dworowania sobie z całej tej sytuacji tragiczne wydają się targi w sprawie powołania rzecznika. Wstyd, wszystkie dzieci są nasze. Nawet te, których nie chcecie dostrzec.

Za i... za

Jestem w dobrym nastroju, bo w małomiasteczkowym klimacie ludzie stanęli ponad wszystkimi czarnymi dziurami i uczynili 11 listopada prawdziwym świętem. Kiedy w stolicy boksowano się na marsze - odwołane i te nie - my świętowaliśmy. W rozmowie z wieloma uczestnikami uroczystości usłyszałem, że nie mogliby sobie darować, gdyby zabrakło ich w tym dniu. Wszak nie będzie nam dane uczestniczyć w nich za kolejne sto lat. No chyba, że w charakterze bohaterów.
U nas w domu było wszystko, co miało lub mogło być: łzy wzruszenia podczas przeżywania widowiska, wcześniej prawdziwe rogale świętomarcińskie (z białym makiem) i pieczona gąska. Wcześniej obok naszego lokum przejechała potężna kawalkada motocyklistów z flagami, objeżdżająca nasz powiat na stulecie. Oczywiście niekoniecznie z tego musi się składać przeżywanie, ale dlaczego nie?
Zanim wyruszyłem z rodzinką do skockiej hali sportowej, poczytaliśmy z satysfakcją na jednym z portali felietonowe wymienienie stu rzeczy, za które autor jest wdzięczny Polsce w dniu jej stulecia niepodległości. Portal niekoniecznie zawsze z mojej bajki, ale czytuję. Czytało się to momentami ze śmiechem, ale nie szyderczym. Jakoś tak przywykliśmy do tego, że jak nie zaorzemy kawałka Kosmosu, to nic nie znaczymy. Że jak nie postawimy kolejnego pomnika o kilka centymetrów większego od sąsiada na cokole, to uciekniemy z pamięci. A w przytoczonym felietonie autor dziękuje Polsce za rzeczy wielki, ale i też za... kanapki z pomidorem i cebulą. Ponieważ autor raczej nie z Wielkopolski, to dopisuję: za poznańskie „he” i „szak” słyszane jeszcze w rozmowach, za wybory, z rezultatów których nie wszyscy są zadowoleni, za naszych piłkarzy ręcznych, którym palce już bolą od pukania do drzwi Superligi, za piłkarzy powiatowych drużyn, które zawsze mogą sprawić niespodziankę, za grzyby, które potrafią spłatać figla, za wielu ojców jednego sukcesu, za szpital, który zawsze będzie nośnym tematem i za księży, którzy w zaciszu plebanii oglądali „Kler”.
Dorzucę jeszcze placki ziemniaczane z kwaśną śmietaną, którymi zajadam się, a córeczka z cukrem, za naszych rodziców, którzy wychowali nas nie tak, jak chcieli, ale jak umieli, za pocztę, która nigdy nie dostarcza listów nigdy niewysłanych. Za zapracowanych w marketach tak mocno, że nie mają czasu pomyśleć o innej robocie.
I zapomniałbym: za cenę świętego spokoju, która nie podlega regulacjom.

Zaczarowany dym

SzklennikSzklennik

Ludzie są zabawni: jest listopad, a oni narzekają, że zimno. To tak, jakby zgłaszać reklamację od praw natury. Jak mnie pamięć nie myli, to w moim dzieciństwie zima zaczynała się już w połowie października i kończyła niekiedy w kwietniu. Wprawdzie zimy kalendarzowej jeszcze nie ma, ale nocne przymrozki spowodowały, że kopcą kominy w moim miasteczku oddechem pieców wypełnianych mokrym drewnem i Bóg tylko wie, czym jeszcze. Bóg, bo nikt inny nie kontroluje, a sąsiad na sąsiada też nie doniesie. Dlatego też w niecce Skoków późną nocą można zaobserwować niby mgłę, która mgłą nie jest, dowodem na to jest jej zapach i po której - jak po nitce do kłębka - można trafić do właściwego komina. Istny Kraków w apogeum zadymienia. Kraków to chociaż swojego smoka ma i dymy oraz zapach siarki jest uzasadniony. My, peryferie świata, jesteśmy alibi pozbawieni. Jak przejrzałem programy wyborcze czworga kandydatów na burmistrza, to każdy dawał nadzieję na czyste powietrze, bo chciał dopłacać do wymiany kotłów grzewczych. Teraz jest już burmistrz i pozostało nam tęsknym okiem patrzeć na niego. Co jednak będzie, jeśli właściciele palenisk nie zechcą w tym szczytnym dziele brać udziału? Podczas ostatniej sesji rady miejskiej w starym składzie podjęto uchwałę, która zamyka drogę do budowy dużych chlewni trzody, będącej nie tylko źródłem wieprzowiny, ale i swoistego odoru, zwłaszcza z gnojowicy. Tak więc przez co najmniej pięć lat smród łez z oczu nie będzie wyciskał i tylko patrzeć, jak naród za naturalnymi zapachami zatęskni, kiedy płuca przepełnione będą wyziewami z palonych śmieci, opon i plastików. Przed wieloma laty jesienią unosił się w powietrzu zapach dymu z ognisk palonych na polach, na których zebrano ziemniaki (kartofle), a tzw. łęty stanowiły źródło żaru do pieczonych pyruszek. Teraz to zakazane i współczesne pokolenie dzieci może polegać tylko na opowieściach swoich dziadków lub rodziców. Nadzieja dla nich w tym, że ktoś wyprodukuje syntetyczny dym z kartoflanego ogniska i będzie sprzedawał jako niezwykłą atrakcję regionalną.

A jak już jesteśmy przy ogniu, to przysłowiowy ogień w oczach mają teraz bankierzy, którzy nie wiedzą, kiedy zostali nagrani, bo że zostali jest pewniejsze niż wypłata. Wprawdzie na ludzi nie działają jakieś dziesiątki milionów, które trzeba byłoby komuś wsunąć delikatnie tak, jak kilo ośmiorniczek. Takie operacje i takie pieniądze są tak abstrakcyjne dla statystycznego rodaka, jak tworząca się kolejna mgławica w Drodze Mlecznej. Groźba tego ognia polega na tym, że pukamy do drzwi nie państwa obywateli, ale do drzwi państwa partii, a każda partia lubi skrót: TKM - Teraz K..My.

Z kością i bez

Środa. Piękna słoneczna pogoda i... Dzień Kotleta Schabowego. Produkt strategiczny, świadczący o naszej tożsamości narodowej i temat wielu towarzyskich rozmów przy każdej okazji. jedni wola bez kości rozbitego do rozmiaru dużego talerza, inni z kostką. W Dniu Kotleta Schabowego dotarła do mnie wypowiedź pani wicepremier, która poinformowała na antenie radia, że minister od policji gotowy jest im nieba przychylić. Kotlet na cały talerz. Tymczasem w kraju policjanci w dwuszeregu lub nie stawiają się w poradniach lekarza rodzinnego i potem wędrują na L4. Jak tak dalej pójdzie to wkrótce ruchem na skrzyżowaniu będzie kierował komendant główny albo minister.
Schabowych z kostką więcej jakoś. Żeby wyborcy nie zapomnieli na kogo głosowali, albo żeby wiedzieli, na kogo nie głosowali, gdy na kogoś głosowali, liderzy partii wszelakich ogłosili w mediach, że właśnie wygrali. PiS, PO, PSL, SLD, itp. - wszyscy na plusie. U nas też, chociaż trudno nawet z lupą znaleźć reprezentantów poszczególnych sztandarów. Dodatkowo wygrali: Wełna Skoki, Zamek Gołańcz, Unia Wapno, Sokoły z Damasławka i Mieściska, szczypiorniści Nielby. Znalazłem jednak tych, którzy przegrali. Okazali się nimi kopacze nożnej z Nielby i...ja, bo zaryzykowałem i na „chybił trafił” opłaciłem podatek od marzeń w kolekturze. I tyle mojego, że opłaciłem. A co, pomarzyć już zakazano?
Kiedy piszę te słowa nie wiadomo jeszcze jak świętować będziemy szczególne stulecie niepodległej. Wiadomo jednak, że mezalianse popełniane przez polityków zakończą się prawdopodobnie ich rejteradą przed „rozentuzjazmowanym tłumem” z lekko wyciągniętą ręką ku górze. Wygląda na to, ze gromkie wzywanie do jedności w tym dniu są tyle warte, co dokładnie obgryziona kostka ze schabowego. Wielcy tego świata szerokim łukiem ominą pałace władzy, a sami władcy pałaców też wybierają się w rejony, skąd Warszawę kiepsko widać. Poznań zachowa twarz, bo Poznań wyrasta na centrum ważnych wydarzeń.
Jest mi zwyczajnie przykro i jest mi wstyd z tego powodu, że znowu schowamy się w szkolnych i sportowych salach oraz w kościołach, by tam prawić o niepodległości, a potem rozejdziemy się szybko do domów i słychać będzie już tylko walenie młotka do rozbijania kotletów. Wszak to niedziela. A, i o rosole nie zapomnijmy...
Chciałoby się spotkać ze znajomymi i nieznajomymi, przyjaciółmi i tymi z drugiej strony myślenia. Podobno to nic trudnego, ale gdzie ich spotkać? W kuchni?

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem