sobota, 14 grudnia
09:07

Płonie ognisko...

„... I szumią knieje” - głoszą słowa harcerskiej piosenki. Wielu ludzi wręcz przepada za zapachem dymu z ogniska. Ja swoje biegając w harcerskim mundurze też poczułem, gdy np. u stóp Jaworzyny rozpalaliśmy ognisko po wielkiej ulewie, która zmyła nam połowę obozowiska. Zanim weszły w życie ostre przepisy p-poż. i ochrony środowiska, to dzieciaki na wsi biegały wokół ognisk palonych na kartofliskach i obecne pokolenie dzieci chyba już nie zna tego niezastąpionego niczym zapachu palonych łęcin i rozkoszowało się smakiem pieczonych w ogniskowym żarze ziemniaków.
Gdzie by nie spojrzeć, wszędzie wygasłe ogniska i paleniska. Po kilku latach konsumowania tego, za co państwo kupiło sobie głosy w wyborach, przychodzi czas szukania pozostałości w pogorzeliskach. Schudło 500 plus, a obiecana podwyżka płacy minimalnej już spowodowała, że nie czekając na jej wprowadzenie, powszechne staje się redukowanie zatrudnienia, bądź zamiana umów na częściowe. Tylko silni się nie lękają, bo wystarczyło kilka tupnięć nogą i spółki z kapitałem państwowym zadeklarowały bądź podwyżki, bądź dodatkowe gratyfikacje dla pracowników.
Duży może więcej. Mały będzie zawsze pracować na dużego. Reprezentanci dużego zawsze stworzą przekaz dnia na użytek gawiedzi. Mały co najwyżej usłyszy, że przekaz jest niepotrzebny, a jak ktoś się będzie upierał, to duzi znajdą sposób na utemperowanie temperamentu. Jestem świeżo po lekturze informacji z naszych powiatowych samorządów, z których wynika, że będą poważne cięcia w wydatkach. Zgadnijcie Państwo, co pójdzie jako pierwsze pod nóż? Bez względu na ustrój i zapatrywania władzy nożyczki skierują się w stronę wytwarzania lub konsumowania dóbr kultury, finansowania działalności organizacji pozarządowych, rozwoju bazy sportowej. Oświacie nie będzie trzeba przycinać, bo proces skrobania boczków trwa w najlepsze. Gminy już dopłacają do skutków reformy, bo rząd głosi, że się wzbogaciły na pozyskaniu podatków. Milczy jednak na temat negatywnych skutków realizacji obietnic wyborczych: zwolnienia z podatków młodych, obniżenia podatku CIT. A stąd pochodzą w znacznej mierze przychody gmin.
Nie ma co ukrywać - będzie jeszcze ciężej. Krew mnie zalewa, bo ledwo co człowiek staje na nogi i wierzy w długoletnie prognozy. Młodym to może zwisa - jak zwykli mawiać. Ja jestem już ten, co ma z górki i staje przed pytaniem: co dalej, czy mam wszystko zaczynać od nowa, kiedy siły już nie te? Patrzę na swoje dzieci, które ufnie spoglądają na świat stworzony im przez dorosłych i zastanawiam się, kiedy sięgną po zapałki, gdy dowiedzą się prawdy.

Koniec i początek?

SzklennikSzklennik

Prześwietny myśliciel i autor frapujących książek, ks. prof. Józef Tischner, mawiał - podobnie jak ks. Jan Twardowski - „W życiu musi być dobrze i niedobrze. Bo jak jest tylko dobrze, to jest niedobrze”. I jestem przekonany, że powiedzenie to sprawdza się w życiu. Tak samo mam i ja. Bywa, że jestem jakby spętany niemożnościami, przeszkodami, by za moment mieć chwile euforii, pełnego zadowolenia i chęci do ruszania z ziemi posad świata. Niektórzy mogą to nazwać chwiejnością nastrojów, popadaniem w skrajności, itp. Jak zwał, tak zwał. Moje to i już. Należę do ludzi, którzy jeśli już angażują się w cokolwiek, to do końca. Nawet za cenę własnego komfortu. „Głos Wągrowiecki” jest taką sprawą, w którą zaangażowałem się na amen. I wtedy, gdy mieszkałem jeszcze w Poznaniu i przez rok dojeżdżałem do Wągrowca, i potem, kiedy osiadłem w sąsiednich Skokach. Życie lokalnymi sprawami jest pewnie zajęciem trudnym, ale zapewniam, że niezmiernie ciekawym. Praca w prasie lokalnej przyciągnęła moją uwagę, bo dała mi możliwość spróbowania wyrwania ludzi, o których pisałem z cienia. Dawałem im szansę na pokazanie siebie w całej krasie. I było miło, kiedy następni po lekturze tekstów godzili się na podobne rozmowy. To także mój zysk, bo zjednywałem sobie przyjaciół, a niekiedy - zdawałoby się - wrogowie stawali się znajomymi, rozmawiają ze mną, także radzą się w trudnych sprawach. To jest dowód na to, że dziennikarstwo jest nie tylko warsztatowym opisaniem zdarzeń i faktów, ale także wypełnianiem pewnej misji, którą trudno zmierzyć dostępnymi przyrządami.
Świat jest tak urządzony, że nikt nie daje gwarancji na nieustające szczęście. Dlatego też - wierząc już w to - kilka razy w życiu resetowałem je i zaczynałem od nowa. Oczywiście, z biegiem lat sił ubywa i nie ta już energia, ale popychała mnie zawsze do przodu chęć czynienia dobra. Dziennikarz może czuć się spełniony wtedy, gdy nabierze przekonania i zobaczy, że ktoś stał się dzięki jego pióru choć trochę lepszy. A i przy okazji może się otrząsnąć z krępującego sztucznego pancerza, który przywdział po to, aby pokazać innym, jakim chciałby być, a nie takim, jakim jest. Ale do tego potrzebni są inni ludzie, skorzy do rozmowy. Lubiłem i lubię rozmowy z: Małgorzatą Osuch, Markiem Danielem, Tomkiem Krukiem, Rafałem Różakiem i wieloma innymi ludźmi. Zagoniony w pracy przestawałem rozmawiać ze samym sobą. Łapię się na tym, że uciekam niekiedy od rozmowy z moją żoną i dziećmi, co te skrupulatnie mi wypominają. To ciemna strona mojego życia.
Może to dobry moment na kolejny reset, by wrócić na swoje tory? Coś się musi wydarzyć, by nastąpił oczekiwany zwrot. Nie wiem kto, ale był ktoś taki, który wymyślił termin stosowany i w nauce, i w muzyce, i w rywalizacji, a nazywa się on po prostu „pauza”.

Jutro i za parę dni

Kiedy wrócę z zaplanowanej wizyty zagranicznej będzie już jeden dzień po październikowych wyborach. Wszechobecny Internet pozwoli jednak śledzić prognozy i wyniki. Tak więc wyląduję w Warszawie z pytaniem: jak żyć, panie premierze... i tu wystarczy tylko wpisać nazwisko. Wszystko wskazuje na to, że obudzimy się w starej - nowej rzeczywistości. A póki co trwa walka na plakaty i banery. Rządzący obwiesili powiat zaraz na starcie kampanii, a opozycja wiesza teraz swoje plakaty nad tamtymi. Słychać już pomruki brudnej kampanii, w której raczej nikt nie będzie przebierał w środkach. Teraz na tapecie jest prezes Najwyższej Izby Kontroli, czy też - jak mawiają inni - Najwyższej Kontroli Izby. Szczególnie w kamienicach kryjących swoje tajemnice i tajemnicze osoby.

Wągrowiec nawiedził wicepremier Gowin na zaproszenie posła i kandydatki na senatora z naszego okręgu wyborczego. Tak już w Wągrowcu mamy, że możemy liczyć na VIP-owskie wizyty z pewnością wtedy, gdy liczone są ewentualne szable wyborcze. A potem idziemy w zapomnienie. Jesteśmy takie miasto przejazdem, ale wynika to również z tego, że brakuje chętnych do walki o najwyższe statusy. No może nie do końca brakuje, ale brakuje na pewno liderów mogących zapewnić sobie ekstraklasowy awans. Lubimy biegać w ligach prowincjonalnych chyba.

Tymczasem mieszkańcy coraz częściej zadają pytania o to, jak bliżej ludzi są włodarze? Czy oddzwaniają wtedy, gdy obiecują, że to zrobią? Czy wszystko w porządku jest z układaniem kadr w żłobku i czy powtórzony zostanie chociażby projekt edukowania mieszkańców w zakresie prawidłowego palenia w piecach i kominkach, bo coraz zimniej i czarne smugi z kominów coraz częściej zasłaniają niebo.

***

Chodzą słuchy, że burmistrz i jego ekipa szykuje sobie front medialny. Mamy nadzieję, że nie będą prekursorami tworzenia "samorządu dziennikarskiego", o jakim marzy obecna władza polityczna i państwowa. Pomysł z piekła rodem i nikt przy zdrowych zmysłach nie ma wątpliwości, że prowadzić może wyłącznie do złapania niepokornych wydawców i redakcje "za twarz". Wierzcie mi Państwo, że spotykam już takich mieszkańców powiatu, którzy przekonują mnie, że jest to doskonałe rozwiązanie i powinniśmy cieszyć się z tego, jak np. dziecko z lizaka. Przypomina to trochę reakcje na pojawiające się kontrowersyjne filmy: nie oglądałem, ale jestem przeciw. W tym przypadku jestem za.

***

Mam smutną wiadomość dla tych, którzy walczyli uparcie o zakaz lokalizowania ferm zwierzęcych i śmietnisk w pobliżu zabudowań. Właśnie wchodzą w życie przepisy umożliwiające lokalizowanie ich w odległości 101. metrów od zabudowań. W dużym skrócie opisując regulacje ustawowe osoby protestujące przeciwko fermie bądź chlewni w sąsiedztwie będą zagrożone łatwą utratą statusu strony w konflikcie sądowym, bo wystarczy, by inwestor przesunął granicę obiektu na 101 m od zabudowań mieszkaniowych, żeby nie mogli się odwoływać. Ministerstwo ma swoje wytłumaczenie, ale należy się spodziewać rozstrzygania tej kwestii przed obliczem Komisji Europejskiej. Wprawdzie przepisy mówią, że będzie uwzględniany teren, na którym mają być lokalizowane, ale - jak życie niejednokrotnie pokazywało - zawsze się znajdzie furtka, żeby obejść restrykcje i zakazy.

Między sową a podgrzybkiem

Istne szaleństwo w lasach. Pierwszy najazd grzybiarzy ruszył na Wyszyny, bo tam grzyby rosły nawet wtedy, gdyby nie było tam lasów. Kto żyw wrzuca na fejsa zdjęcia pełnych grzybów koszy tudzież bagażników. No bo taki mamy czas. Indianie ponoć zbierają chrust, co ma zwiastować srogą zimę, a Polacy zbierają i zaprawiają grzybki, które potem albo pławią się w zupie, albo w pierogach na wigilijnym stole, albo stanowią dodatek do czegoś wyskokowego. A ja sobie tak myślę, że lubimy zbieractwo, bo to chyba mamy zapisane w genach. Gorzej mają ci, którzy prowadzą skup grzybów, bo brakuje chętnych do ich przynoszenia. Media informują, że to także efekt 500 plus, podobnie jak w przypadku zbierania ziół, kwiatu lipy i kasztanów. W sieci krążą informacje, że w polskich lasach działa już „grzybowa mafia”, która łupi zbieraczy i wywozi grzyby do tych krajów, gdzie są one pożądane i w dobrej cenie. Policja nie potwierdza tych faktów, ale rodacy już uknuli teorię, że to ludzie o ciemnej karnacji stoją za tym procederem. I już. Mamy kolejnego wroga zamiast wilka, który czyha na Czerwonego Kapturka.
Na szczęście nie odnotowano jeszcze żadnych groźnych zatruć grzybami, ale sezon się jeszcze nie skończył. Może to i sprawka tego, że zewsząd brzmią ostrzeżenia i wiara trochę czyta zamiast eksperymentować z każdym znalezionym egzemplarzem.

***
To było o grzybach na serio, a teraz nieco w przenośni. Zadzwonił do mnie we wtorek mieszkaniec Wągrowca, którego złości bałaganiarstwo służb i samych mieszkańców. Przy nowo oddanej ulicy Nad Nielbą nadal piratują kierowcy osobówek, których nie zrażają zbyt niskie - zdaniem Czytelnika - progi zwalniające. - Na grzyba takie zrobili. One nikogo nie skłaniają do rozwagi - mówi Czytelnik.
A żeby były dwa grzyby w barszczu, to dorzuca, że w pojemnikach z używaną odzieżą dzieją się rzeczy przedziwne. Dobre ciuchy są wybierane przez gospodarzy pojemników, a kiepskie wywalane są w pobliżu, stąd zastać tam można widok sterty szmat, którymi nikt się nie interesuje.

***
Pisałem tydzień temu, że prędzej czy później zacznie się utyskiwanie na dymiące kominy w mieście. Problem nie dotyczy zresztą tylko Wągrowca. Codziennie mamy z okien redakcji widok buchającego czarnym dymem komina przy ul. Janowieckiej. Póki co wiatr zawiewa kłęby w drugą stronę, ale zawsze może się zmienić. W ubiegłym roku prowadzony był pokaz prawidłowego palenia w piecach i kominkach, a wiceburmistrz Piotr Pałczyński obiecywał, że nie będzie to działanie jednorazowe. Ludzie są przekonani, że przyczyną takiego smolenia z komina jest spalanie w piecach plastików, opon i Bóg wie czego. Tymczasem z naszych kominów wydobywa się to, co powinno się spalić w piecu. Można powiedzieć: lepszy rydz - niż nic. Ale my apelujemy o ponowne grzybobranie w tym zakresie. Zwłaszcza, że burmistrz Wągrowca dotykany jest kłębami kominowego dymu na co dzień w Skokach.

***
I na koniec wracamy do prawdziwego lasu. Nie tak dawno Nadleśnictwo Durowo zorganizowało udaną akcję sprzątania lasów. Szkoda tylko, że przejęło się tym kilka szkół i przedszkoli, a absolutnie lotem sowy nad tym przemknęli budowlańcy, którzy właśnie dorzucili nową porcję połamanych plastikowych wiader po farbach i kawałków styropianu do lasu w okolicach Łosińca. Pomóżcie nam ujawnić te trujaki.

Chata z kraja

Codziennie spotykam ludzi, którzy sprawiają wrażenie, że żyją na jakiejś wyimaginowanej planecie i nic ich nie dotyczy oraz nie obchodzi, co wyczynia jakakolwiek władza. Ot, moja chata z kraja. Do egzystencji wystarczy im jakakolwiek - nawet byle jaka - obietnica wyborcza i są gotowi pójść za głosicielami w ogień.
Gdy lewica mamiła sprawiedliwością społeczną, budując przy okazji przede wszystkim swój kapitalizm - patrzyli zauroczeni. Gdy liberałowie rzucili ich na pożarcie gospodarki wolnorynkowej i zasady: kto słaby - odpada, psioczyli pod nosem, ale patrzyli na zachód, który otworzył się na ościerz.
A gdy do władzy przyszli ci, którzy potrafili być z ludźmi i wciskać im, że elity, wartości demokratyczne, sędziowie i nauczyciele są „be”, stało się jasne, że prędzej czy później zostaniemy wzięci za twarz. Nominat władzy na prezesa telewizyjnej tuby rządzących stwierdził przecież, że niezbyt jasny lud to kupi. I kupił. Wystarczyło, że władza powiedziała, iż kasa jest, tylko poprzednicy nie chcieli jej dać, bo zapewne odłożyli sobie na kolejną porcję ośmiorniczek. Nie da się ukryć, że poprzednicy byli nieudolni, bo zamiast gadać co ślina na język przyniesie o swoich kiepskich zarobkach, szemranych interesach i znajomościach, powinni opowiadać przaśne dowcipy, co pozwoliłoby chociażby na wspólny narodowy rechot w rytm muzyki disco polo, której ponoć nikt nie słucha.
Jak już przebrzmiały echa jednego i drugiego 500 plus i wzrosła przy okazji sprzedaż używanych aut oraz tzw. „małpek” na stoiskach monopolowych, to teraz w głowach rodaków rozpaliła się wizja płacy minimalnej na poziomie 4000 brutto i to za niedługo. Kto by nie chciał? A są tacy. To pracodawcy, którzy przede wszystkim będą musieli zabezpieczyć koszty pracy, bez żadnej gwarancji ze strony nieudolnych pracowników, że skoczy wydajność i jakość pracy. Stąd już tylko krok do przypomnienia sztandarowego hasła byłej pani premier, że: im się po prostu należały. Z trwogą wysłuchałem tuż przed ukazaniem się Głosu wypowiedzi kilku pracodawców, którzy - zanim obietnice staną się ciałem - już planują zwolnienia i ucieczkę w szarą strefę. Tym bardziej, że zapowiadane są po wyborach drastyczne podwyżki składek na ZUS. Sytuację mamy taką, że obiecana płaca minimalna jest nieco wyższa niż kwota wolna od podatku dla osób, które zarabiają powyżej 13 tysięcy rocznie.
Prawa ekonomii są nieubłagane i zapłacimy za to wszyscy. Także ci, którzy ślepo wierzą w każdą obietnice, każdej władzy.

***
Chciał nie chciał, zahaczyć muszę o nasz powiatowy szpital. Trwa jego rozbudowa, ale nie wiadomo, czy starczy pieniędzy? Samorządy powiatowy - podobnie jak i gminne - płacą ze swoich budżetów za zadania nałożone przez rząd, za którymi nie idą dodatkowe środki. Ale władza z premedytacją tak czyni, bo wie, iż statystyczny Polak nie pójdzie ze skargą do premiera lub ministra, ale pójdzie ciosać kołki na głowie wójta lub burmistrza. Bo ma bliżej. A każda władza powie, że rząd się stara, ale samorządy są winne. I statystyczny rodak pójdzie głosować za tymi, którzy mówią, a nie za tymi, którzy ponoć zabierają. I jak zabraknie kasy na dokończenie szpitala, to będzie draka, a to przecież rząd ustanowił warunki dla sieciowych szpitali. I dlaczego nie płaci obiecanych pieniędzy?
Nic więc dziwnego, że do starosty napływają skargi na lekarzy, którzy nie wykonują właściwie swoich popartych przysięga Hipokratesa powinności. Sam doświadczyłem ostatnio, że po działaniach jednego lekarza inni skwitowali to krótko: tak nie powinno być. A pomyśleć, że starosta ma dodatkowo kampanię wyborczą na głowie.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem