Widziałem (orła) cień

  • Drukuj
KrukKruk
We wtorek można było świętować odzyskanie niepodległości. Doskonała to okazja do wielkomiejskich nawalanek między różnistymi opcjami, zaś w środowiskach małych miasteczek - do odwiecznych rytuałów. Zwykle składają się nań: pełna decydentów msza, potem pokładanie rachitycznych wiązanek pod ciągle tymi samymi obeliskami, okolicznościowe przemowy lokalnych VIP-ów, lubiących podlansować się w historycznym kontekście, wreszcie akademia z udziałem recytujących czy zawodzących pod brzdąkający fortepian pacholąt. Smutne to i zwykle bez polotu. W tym roku w stolicy naszego nie-ziemskiego powiatu pod ową datę w kalendarzu umieszczono za to bombastyczną „Mszę koronacyjną”.
Rozumiem, że Urząd Miejski przez zasiedzenie chce pewnie jeszcze przed niedzielą uhonorować swego pryncypała. Ale żeby od razu kłaść Mu na skroń ów królewski symbol? W odrodzonej Najjaśniejszej ukoronowano raz tylko: Białego Orła. Jako nosiciel ptasiego nazwiska widzę z góry, że w naszym rodzimym grajdole ów monarcha – uzurpator to ledwo zarys orła, i to w kolorze bynajmniej nie królewskiej czerwieni. Czy jest się z czego cieszyć? Nasi pradziadowie nie mieli takich wahań, choć nad wągrowieckie tereny królewski ptak wzleciał dopiero półtora miesiąca później, przeganiając swego pruskiego odpowiednika w czarnych barwach. Dziś jednak znów czarne kolory dominują nad Wągrowcem i powiatem, choć w Poznaniu (i w całej prowincji także) 11 listopada to dzień spontanicznej, kalorycznej wyżerki spod znaku rogala i pochodu świętego Marcina przez główną ulicę tego miasta. U nas wśród świętych dominuje Jakub, który patronuje pochodom w dniu swych upalnych, lipcowych imienin. Może dlatego nie przyjął się u nas zwyczaj radosnego celebrowania tej tak niepolskiej, bo triumfalnej rocznicy? Pewnie aura nie ta, mało sprzyjająca kolorowym marszom.
Tymczasem na sam koniec tygodnia warto pomaszerować pod zupełnie inny adres, aby dopełnić aktu wyzwolenia: od biedy, bezrobocia, bylejakości, drożyzny i marazmu. W filmie „Dzień Niepodległości” katastrofisty Emmericha dzielni Amerykanie ratują glob przed wielkim statkiem kosmicznym, zawisłym złowrogim cieniem nad ich ojczyzną. Jeśli nasza, bardzo mała ojczyzna ma wyjść wolna spod podobnego cienia, od nas tylko zależy, czy - bez eskadr myśliwców i tuzina sztampowych bohaterów - podołamy temu ambitnemu zadaniu.