poniedz., 19 listopada
13:53

A co u was?

Fot. Archiwum

Nie żyje nieodżałowana wągrowczanka Maria Baar.

Maria Baar zmarła w wieku 78 lat w Józefowie pod Warszawą, gdzie ciężko chora przebywała w tamtejszym Domu Pomocy Józefina. Opiekowała się nią wnuczka Kamilla Baar, znana aktorka. Wnuczka często gościła w Wągrowcu. Dla Marii Baar była szczególnie bliską krewną.

KOCHALI JĄ WSZYSCY
W bólu zostawiła wielu przyjaciół, znajomych, koleżanek i kolegów. Większość z nich martwiła się chorobą i losem pani Marii. Jednak przyszło to najgorsze...
- Miałam wielkie szczęście spotkać na mojej drodze zawodowej i osobistej tak wybitną postać, jaką była pani Maria Baar. Przez 31 lat znajomości traktowałam panią Marię jak drugą mamę. Bardzo Ją kochałam. Zawsze mogłam liczyć na Jej mądre wskazówki i pomoc. Pani Maria zatelefonowała do mnie trzy dni przed swym odejściem. Oprócz pozdrowień zadała pytanie: „A co u was”? Nie przypuszczałam, że to było pożegnanie. Tej rozmowy nigdy nie zapomnę. Teraz moje życie będzie uboższe - mówi Aneta Andrzejewska, kierownik Biblioteki Pedagogicznej w Wągrowcu (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 45 z 9 listopada 2016 r.

Podróże tak globalne

FOT. Facebook/Jan Nowak

Laureat Złotej Pieczęci, aktor, nauczyciel, tłumacz literatury, współpracownik ERICA EMMANUELA SCHMITTA. Człowiek świata. JAN NOWAK rodem z Damasławka odpowiada na pytania Franciszka Szklennika.

Długo Ciebie nie było u nas. Którędy wiodły teatralne i literackie szlaki?
- Witaj serdecznie, zanim odpowiem na to pytanie, pozwól mi tylko powiedzieć jak bardzo cieszę się, wracając na łamy Głosu Wągrowieckiego. Serce jest zawsze lokalne, mimo iż podróże tak bardzo globalne. Jak zawsze miesiące wakacyjne - u nas jest to czerwiec, lipiec i sierpień - to podróże po zachodzie Europy. Chciałoby się powiedzieć - wakacje, ale tak nie jest. Nazwijmy to pracą w wakacyjnych warunkach, co nie zawsze pomaga. Wyobraź sobie bieganie od spotkania na spotkanie w garniturze przy 30 stopniach, w centrum Brukseli, Paryża lub Lozanny! Tak, byliśmy w Belgii, Francji, Szwajcarii, zahaczając nawet o Luksemburg, który jak wiemy lub nie, jest francuskojęzyczny. We Francji był to jak zwykle Festiwal w Avignon - największe teatralne święto na świecie! W tym roku grano tam dziennie 1410 spektakli!
Jaskółki doniosły, że otrzymałeś kolejne nagrody... Któż zatem nagradzał Cię i za co?
- Dobrze poinformowane mamy tutaj jaskółki, ale to może i dobrze. Tak! Z tym związany był mój sierpniowy pobyt w Belgii, w Seneffe. Co roku odbywa się tam rezydencja dla tłumaczy literackich i na końcu, w trakcie ceremonii zakończenia, pani Minister Kultury Belgii wręcza jednemu tłumaczowi nagrodę za wybitny wkład w tłumaczenia dzieł belgijskich autorów. W tym roku to właśnie mi przyznano tę nagrodę. Było to dość zabawne, bo mam zaledwie 30 lat, a nagroda to ma podobno wieńczyć karierę tłumacza(śmiech) (...)

FOT. Facebook/Jan Nowak

FOT. Facebook/Jan Nowak

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 41 z 12 października 2016 r.

Od mamuta do Irenki

Fot. Anna Borczykowska

Synkowi ANNY TOMASSI jako kilkumiesięcznemu dziecku zdarzało się zasnąć na podłodze. Uszyła więc dla niego mamuta, kilka razy większego od chłopca. I tak zaczęła się wielka przygoda z igłą i nitką. Szycie maskotek, pacynek i innych szmacianych cudeniek to jej wielka pasja, ale i prawdziwy dar.

Pomysłów tej niesamowitej artystce z Wapna nie brakuje, z pewnością. Powstają niemal w mig. Każda lalka, każda rzecz, która wychodzi spod igły pani Ani ma swoją historię, wręcz „duszę”.

MAMUT
Ta urocza i ciepła kobieta z wykształcenia jest krawcem odzieży lekkiej.Pierwszy był właśnie mamut dla synka.
- Mój tata wymieniał pokrowce w samochodzie na nowe. Stare były z dzianiny przypominającej ...zmierzwione futerko, a mnie skojarzyło się to właśnie z mamutem i w ten sposób dziecko miało ulubione miejsce do usypiania - wyjaśnia pomysł powstania pierwszej maskotki Anna Tomassi. - Skąd biorę pomysły? Świat jest tak pięknie urządzony, że wszystko może stać się inspiracją, a od kiedy w domu jest internet mogę podziwiać prace innych ludzi, ich techniki, które czasami po prostu wprawiają mnie w zachwyt. Mam wtedy motywację, żeby samej spróbować, zobaczyć czy i ja tak potrafię – dodaje.
Do szycia używa przeróżnych materiałów, które czasami kupuje okazyjnie. Znajomi pani Anny, już wiedzą, żeby nie wyrzucać odzieży, która jest w dobrym stanie, bo z bluzki można uszyć np. misia, a spodnie być może zamienią się w torebkę. Artystka często kupuje na grupach, gdzie ludzie wyzbywają się takich po większym szyciu
- Ja nie potrzebuję wielkich ilości, więc korzystam na tym. Czasami biorę do ręki kawałek materiału i od razu wiem co z niego będzie. Innym razem coś sobie zaprojektuję, zaczynam szyć i w trakcie szycia okazuje się, że to nie to... Na szczęście zawsze mogę zmienić plany – śmieje się pani Anna.

PRZYPADKI
Bywa tak, że coś powstaje przez przypadek. Z potrzeby chwili czy zaistniałej sytuacji.
-Tak było ze „Staruszkami”. Przez trzy dni szalał huragan, który pozbawił mnie prądu, więc maszyna stała się bezużyteczna – wspomina artystka. - Jednak czymś trzeba było zająć ręce, wyszperałam kawałki polaru i zaczęłam szyć bez konkretnego planu i to było to! Można powiedzieć, że „moi staruszkowie” podbili serca internautów, wszędzie gdzie się pojawili wzbudzali przesympatyczne reakcje ludzi (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 30 z 27 lipca 2016 r.

Świat jest przyjazny

Fot. vvagary.pl

Podróż dokoła świata - to brzmi jak tytuł powieści przygodowej. Jednak od fikcji do rzeczywistości jest tylko jeden krok. Wystarczy wziąć sprawy w swoje ręce i ruszyć w drogę. Udowodniła to mieszkanka Wągrowca.

Laura Gieczewska ukończyła wschodoznawstwo na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza i biznes międzynarodowy w Wyższej Szkole Bankowej w Poznaniu. Po studiach pracowała w korporacji. Zawsze lubiła podróżować, ale dwutygodniowy urlop, jaki zazwyczaj dostają etatowi pracownicy, nie wystarczał na zwiedzenie miejsc, które miała w planach. Pewnego dnia ze swoim chłopakiem Bartkiem stwierdziła, że trzeba coś zmienić. Wzięła roczny, bezpłatny urlop i postanowiła spełnić swoje marzenia.

KOMU W DROGĘ...
Planem była podróż dokoła świata. Najpierw trzeba było podjąć decyzję co do środków transportu. Początkowo Laura i Bartek rozpatrywali samolot, jednak ostatecznie zdecydowali, że odbędą podróż na motocyklach. Był tylko jeden problem – Laura nie miała prawa jazdy. Zapisała się na kurs i zdała egzamin na miesiąc przed wyjazdem. Motocykl zakupiła wcześniej, więc do ostatniej chwili wyjazd wisiał na włosku (...)

Fot. vvagary.pl

Fot. vvagary.pl

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 28 z 13 lipca 2016 r.

 

  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl
  • Autor: vvagary.pl

Z Kobylca do Rio

Fot. Archiwum Magdy Sierackiej

W małej miejscowości za Wągrowcem mieszka studentka, której pasje są godne podziwu. Żeby je realizować, udała się do malowniczej Brazylii.

Podróże kształcą - może brzmi to jak frazes, ale jest prawdziwe. Połączone ze spełnianiem marzeń stają się jednym z najważniejszych momentów w życiu człowieka. I wzbudzają zazdrość, którą na pewno poczułem ja, kiedy poznałem Magdę.

ZACZĘŁO SIĘ OD WIATRAKÓW
Magda Sieracka studiuje filologię portugalską. Pierwszy kierunek, jaki skończyła, to energetyka, specjalność energetyka jądrowa. Chce nauczyć się portugalskiego, żeby wyjechać ponownie do Brazylii. Powody są dwa: jeden to druga co do wielkości na świecie elektrownia wodna Itaipu - żeby dostać się tam na staż trzeba znać portugalski, drugi to tegoroczne igrzyska olimpijskie w Rio, na których będzie pomagać jako wolontariuszka. Magda uwielbia sport, lubi oglądać lekkoatletykę, kiedyś w liceum skakała przez płotki, dziś głównie jeździ na wrotkach i łyżwach. Poza tym na każdym nadarzającym się evencie sportowym stara się pomagać w obsłudze, gdyż - jej zdaniem - można tam zawsze spotkać wielu ciekawych ludzi (...)

Fot. Archiwum Magdy Sierackiej

Fot. Archiwum Magdy Sierackiej

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 26 z 29 czerwca 2016 r.

Połów na fiordach

FOT. Krzysztof Stoś

Kilkuosobowa grupa wędkarzy z Wągrowca spędziła ponad tydzień w norweskich zatokach.

Z inicjatywy Tadeusza Przybyła amatorzy wędkarstwa morskiego wybrali się na wycieczkę do Norwegii. Na archipelagu Lofoty, położonym na północy kraju, na wodach Morza Norweskiego zarzucali wędki w poszukiwaniu dorszy, czarniaków, plamiaków, molw i brosm. Każdy z ośmiu uczestników wyprawy marzył także o złowieniu sporego halibuta.
Podróż licząca około 2700 kilometrów była najcięższą częścią wyprawy. Marszruta rysowała się następująco: z Bydgoszczy autokarem do Gdańska, potem na prom przez Bałtyk do Nynashamm u wybrzeży Szwecji, następnie trasą przez Szwecję do Norwegi, z Skutvik ponownie promem do Svolvaer i w końcu Ure. Po drodze zatrzymali się na kole podbiegunowym, by zrobić dobre zdjęcie, kupić pamiątki i napić się kawy. Dotarcie do celu zajęło niespełna trzy dni (...)

FOT. Krzysztof Stoś

FOT. Krzysztof Stoś

FOT. Krzysztof Stoś

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 25 z 22 czerwca 2016 r.

We dwoje. Bez przerwy

Fot. Archiwum Marty Sobczak

Spali u rodziny uprawiającej marihuanę, przez 9 godzin jechali w wagonie na żelazo, a Amerykę zamierzają przejechać tandemem. Opowiadają o swoich przygodach i o tym, jak wytrzymać w swoim towarzystwie przez 24 godziny na dobę.

Poznaliśmy się dwa lata temu w Jordanii. Ja studiowałam tam język arabski, a Ben podróżował. Połączył nas portal couchsurfing.org. Ben był gościem mojej współlokatorki i przyjaciółki.

SZALONE PRZYGODY
Okazało się, że oboje najbardziej na świecie kochamy podróżować. Odwiedziliśmy już prawie wszystkie kraje Europy, Afrykę Północną i Zachodnią oraz sporą część Bliskiego Wschodu. Oboje mamy za sobą szalone przygody - Ben, dzięki marokańskim poszukiwaczom skarbów, przeżył kilka niewiarygodnych chwil. Ja musiałam uciekać z miejsca pracy w Sudanie z powodu sytuacji politycznej (...)

MAMY JUŻ TANDEM
Szukamy sponsorów, którzy zechcą z nami współpracować. Mamy już tandem - to nasz największy sukces.
W czerwcu wyruszamy na wyprawę testową - zobaczymy Anglię, Irlandię, Islandię i Grenlandię (...)

Fot. Archiwum Marty Sobczak

Fot. Archiwum Marty Sobczak

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 24 z 15 czerwca 2016 r.

 

  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak

Och, Karol!

Fot. NEWSPIX.PL

Droga, jaką przeszedł KAROL LINETTY od boiska w Damasławku do Lecha Poznań i do reprezentacji narodowej, jest niesamowita.

Swoją piłkarską pasję rozpoczął w klubie GLKS Sokół Damasławek. Ostatnio powołany zosta do kadry narodowej Polski, W niebiesko-białych barwach Lecha Poznań jest wysokiej klasy zawodnikiem, okrzykniętym odkryciem sezonu ligi w 2014-2015 roku.

W SAMYM OGNIU
Karol Linetty był jednym z sześciu piłkarzy, którzy w poniedziałkowym meczu z Litwą nie zagrali. Przed wyjazdem na EURO 2016 odpoczywał też m.in. Robert Lewandowski. To właśnie „Lewego” Karol zmienił w drugiej połowie meczu towarzyskiego z Holandią w Gdańsku. We wtorek kadra biało-czerwonych z podkrakowskich Balic wyleciała do Francji.
Niezwykle pracowity i uparty, dążący do celu swoich marzeń... Karol Linetty do Lecha Poznań trafił w 2004 roku, kiedy to ówczesny trener grup młodzieżowych Lecha Patryk Kniat wypatrzył go na turnieju we Lwówku. Dziś damasławianin jest jednym z ważniejszych ogniw Kolejorza i samej kadry trenera Adama Nawałki. Od tygodnika Piłka Nożna dostał statuetkę Odkrycia Roku 2014 (...)

FOT. Anna Borczykowska

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 23 z 8 czerwca 2016 r.

Ziobro puka do drzwi w Wągrowcu

Fot. fakt.pl

Nieoczekiwany zwrot akcji w sprawie kobiety ze Skoków skazanej za nieprzerejestrowanie w terminie samochodu. W jej obronie stanął Prokurator Generalny, ZBIGNIEW ZIOBRO, polecając wągrowieckiej prokuraturze wszczęcie procedury wstrzymania wykonania kary.

Głos Wągrowiecki dotarł do pisma Biura Prezydialnego Prokuratury Krajowej, w którym czytamy: „Zbigniew Ziobro wstrzymał areszt dla samotnej matki. Prokurator Generalny polecił prokuratorowi rejonowemu w Wągrowcu podjęcie działań zmierzających do wstrzymania wykonania w stosunku do niej kary pięciu dni pozbawienia wolności. (...) W ocenie Prokuratora Generalnego jest to zbyt surowa sankcja wobec matki, która wychowuje samotnie sześcioro dzieci”.


ZBRODNIA I KARA
Ewa D. najpierw została skazana przez Sąd Rejonowy w Wągrowcu na 100 złotych grzywny. Była to kara za to, że nie przerejestrowała samochodu w wymaganym terminie. Z uwagi na niepewną sytuację materialną kobieta zgodziła się w zamian odpracować 20 godzin na cele użyteczne społecznie. Była umówiona z kuratorem na dogodne dla niej terminy, ale nie stawiła się w pracy. W związku z tym sąd postanowił o zamianie kary na pięć dni za kratami. I to z tym postanowieniem nie zgadza się Prokurator Generalny. Dlatego, że „Zgodnie z artykułem 26 Kodeksu wykroczeń nie można wymierzać kary aresztu, jeśli warunki osobiste sprawcy uniemożliwiają jej odbycie. Tak jest w tym przypadku. Dlatego powołując się na treść tego przepisu, Prokurator Rejonowy powinien wnioskować o zmianę postanowienia sądu”, - argumentuje Zbigniew Ziobro (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 16 z 20 kwietnia 2016 r.

Spiderwtopa, każdy może być superbohaterem

Fot. Tomasz Sosnowski

To przeczytacie tylko w Głosie Wągrowieckim. Żadna inna gazeta w Wielkopolsce nie ma takiego wywiadu! Rozmawiamy z najbardziej popularnym na świecie polskim youtuberem, SYLWESTREM WARDĘGĄ. Mogłoby się wydawać, że w pierwszym zdaniu powinno znaleźć się odstrzeżenie: Uwaga! Niecenzuralne Teksty, a tu jest tylko drobny „fuck” policji i słowa o... mamie.

Powtarzasz, że Twoje początki były trudne. Opowiedz o tym.
- Na początku nie wiedziałem, co to znaczy subskrybent. Dopiero, gdy wrzuciłem pierwszy plik, dowiedziałem się, że trzeba zbierać subskrybentów. Nie wiedziałem w ogóle na czym to polega i gdy miałem 10 tysięcy subskrybentów, każdemu z nich wysyłałem wiadomość: hej, twoja subskrypcja jest dla mnie ważna. Tworzę nowy kanał. Proszę zasubskrybuj mój nowy kanał...
Naprawdę wysyłałeś oddzielną wiadomość każdemu z dziesięciu tysięcy ludzi?
- Tak, tak. Pisało się maile. To znaczy wtedy na Youtubie wysyłało się wiadomości. I też przypominam sobie, gdy było Euro 2012. Wiedziałem, że będzie dużo ludzi z zagranicy. Podrukowałem sobie takie małe karteczki, chodziłem i rozdawałem te małe karteczki w stroju Supermana. Tam było napisane: tutaj jest mój Facebook, tu jest kanał na Youtubie. Taka determinacja i wychodzi na to, że się opłaciło (...)
Jaka to miejscowość, z której pochodzisz?
- Nowe Piegłowo. Nic to raczej nikomu nie powie.
Nowe Piegłowo, dobrze słyszę? Gdzie to jest?
- Koło Szydłowa i Nosarzewa Borowego, północne Mazowsze, powiat mławski. To jest strasznie mała miejscowość. Tam mieszka sto osób, a nie, nawet nie. Moja mama była bardzo martwiąca się. W związku z tym od domu mogłem oddalać się najwyżej siedemset metrów. Gdy miałem jechać rowerem, mówiła, że na drogę asfaltową mam nie wyjeżdżać. To siedziałem przed komputerem i internetem. Przez to, jako dwunastolatek stworzyłem serwis Play by Chat i uruchomiłem najpopularniejszą w Polsce grę na czacie. Graliśmy z rówieśnikami. To było RPG oparte o Dragon Balla (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 15 z 13 kwietnia 2016 r.

Dobro zawsze powraca

Fot. Jerzy Mianowski

Z MARKIEM DANIELEM, Honorowym Wągrowczaninem A.D. 2015, rozmawia Jerzy Mianowski.

Jakie są Twoje związki z ziemią wągrowiecką?
- Urodziłem się w Janowcu Wielkopolskim, który przed wielu laty administracyjnie należał do tej ziemi, ale do dzisiaj występują silne związki, mimo że Janowiec leży w sąsiednim województwie. Przed II wojną światową Wągrowiec był dla Janowca metropolią. Pochodzę z rodziny kupieckiej i wszystkie kontakty handlowe mojego ojca związane były z miastem nad Wełną i Nielbą. Jako małe dziecko przyjeżdżałem tutaj z ojcem na jarmarki. Po transformacji ustrojowej Janowiec walczył o przynależność do powiatu wągrowieckiego, czemu sekundowałem.
Tam spędziłeś dzieciństwo, ale potem trafiłeś do Poznania...
- To było związane z nauką i przyszłą pracą. W wieku 14. lat zamieszkałem w Gnieźnie i po zdaniu matury udałem się na studia medyczne w Poznaniu. Kontakt jednak urwał się z tą ziemią na jakiś czas, lecz dziś tutaj wracam mentalnie i fizycznie.
Wciąż jednak żyjesz środowiskiem z lat dzieciństwa?
- Trudno uciec od tych lat, zapomnieć o nich, dlatego pozostałem wierny temu miasta i mieszkańcom. Uważam, że po latach każdy winien coś zrobić dla byłego swojego środowiska. Nie da się ukryć, że z tą ziemią się zżyłem... (...)
A co jest kulą u nogi wągrowieckiej służby zdrowia?
- Przede wszystkim brak współpracy wewnątrz tego środowiska. W powiecie nadal brakuje pozytywnych relacji pomiędzy szpitalem, ordynatorami i lekarzami rodzinnymi. System organizacji służby zdrowia w Polsce nie sprzyja tym relacjom, ale wiele rzeczy można zrobić we własnym zakresie. 
A dworek w Brdowie to wyraz miłości do Karola Libelta, drugie miejsce na ziemi, czy też przyświecała Tobie inna idea?
- Z zawodu jestem ginekologiem i niosłem pomoc kobietom. Pod koniec pracy zawodowej moje myślenie zaczęło się przestawiać na niesienie pomocy ludziom podczas ich przechodzenia na drugą stronę. Myślałem o założeniu w Brdowie hospicjum lub domu seniora. To było moje credo, ale droga do tego celu okazała się ciernista. W Brdowie czuję się dużo lepiej niż w domu. Tutaj spełniam swoje marzenia i zaspokajam ambicje, spotykam się z ciekawymi ludźmi różnych wyznań i barwy politycznej. Nieważne jest dla mnie ich pochodzenie, rasa, rodowód, zasobność portfela, ale to co oni sobą reprezentują i jakie mają pasje (...)

Fot. Jerzy Mianowski

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 14 z 6 kwietnia 2016 r.

Galeria Sław

FOT. Archiwum

Pewnie sami nie nazwaliby się sławnymi, ale my nie wahamy się użyć tego sformułowania. Tydzień po wręczeniu nagród najpopularniejszym wągrowczanom 2015 roku rozmawiamy z naszymi laureatami. Każdy z nich był zaskoczony samą nominacją w plebiscycie Głosu Wągrowieckiego. A tym bardziej nie spodziewali się, że Czytelnicy oddadzą na nich aż tyle głosów.

Wraz z prezentowanymi zwycięzcami laur w naszym plebiscycie odebrała także Ewa Tanous, która otrzymała statuetkę Most Przyjaźni. Honorowym Wągrowczaninem 2015 został natomiast doktor Marek Daniel. Gdy przygotowywaliśmy to wydanie Głosu Wągrowieckiego oboje byli daleko poza granicami Polski.

Wiatr w skrzydła
- Jestem bardzo szczęśliwa. Byłam zaskoczona już samą nominacją. Potem, gdy okazało się, że o 50 procent przebiłam pozostałe znamienite panie, aż nie mogłam w to uwierzyć – zaznacza laureatka. Nasza Kobieta Sukcesu 2015 jest neurologopedą i wykładowcą akademickim. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że sukces w plebiscycie zawdzięcza głosom oddanym przez jej pacjentów i ich bliskich (...)

Mistrz męskiej wycinanki
- Jestem niezmiennie zadowolony. Co drugi klient wchodzi i składa gratulacje, a telefonów to mam zatrzęsienie. No super – zachwyca się. 
Jak sam przyznaje, na siebie głosu nie oddał. Wygląda więc na to, że wygraną zapewniły mu głosy wdzięcznych klientów jego zakładu fryzjerskiego. Ale Wacław Rosół nie jest takim zwykłym fryzjerem – to mistrz brzytwy.
- Specjalizuję się w wycinankach na głowie, po prostu władam brzytwą na głowie już 55 lat. Jak jakiegoś zygzaka trzeba wyciąć, pajęczynę lub inny wzór, to wycinam brzytwą – wyjaśnia (...)

Przebojem
Kiedy dowiedziałeś się o nominacji do plebiscytu?
- Byłem wtedy na zawodach. Powiedział mi o tym trener i koledzy z drużyny.
Jaka była Twoja reakcja?
- Bardzo się ucieszyłem, ponieważ to była moja pierwsza nominacja, dlatego nie ukrywałem radości.
A jak teraz, po zwycięstwie, oceniasz odniesiony sukces?
- Sądzę, że to duży krok naprzód i oczywiście ogromny zaszczyt, oraz ogromna motywacja do dalszej ciężkiej pracy.
Dlaczego wybrałeś akurat pływanie, a nie np. piłkę nożną, jak większość Twoich rówieśników?
- Kiedy byłem mały, marzyłem o karierze piłkarza. Chciałem grać w ukochanym klubie, czyli Lechu Poznań. Trenowałem jednak w Nielbie. Niestety, nie miałem nadzwyczajnych zdolności piłkarskich. Z czasem było jednak coraz lepiej i zaczynałem dostawać od trenera więcej szans na grę. Szkoda, że za oceny w szkole mama mnie wypisała. Ja uważam, że nie były takie tragiczne (...)

Nie miałem wyboru
Czy spodziewał się Pan nominacji?
- Przyznam się, że do dzisiaj nie wiem, kto mógł zgłosić moją kandydaturę? 
Jak Pan i Pańska rodzina przyjęliście wiadomość o zwycięstwie?
- Do różnego rodzaju plebiscytów podchodzę trochę z przymrużeniem oka, ale zawsze miło jest, jeśli dostrzeżona zostaje czyjaś praca. Rzeczywiście, w ostatnim roku z grupą chłopaków rocznika 2000 osiągnęliśmy duży sukces, grając w turnieju finałowym mistrzostw Polski w Kielcach. Po drodze wygraliśmy ligę wielkopolską i turniej półfinałowy. Na wieść o wygranej w plebiscycie dumna była żona, siostra oraz syn, który jest czynnym zawodnikiem, a kiedyś był moim podopiecznym. To oni pierwsi pospieszyli z gratulacjami. 
Skąd taka pasja do piłki ręcznej? Czy był Pan czynnym zawodnikiem?
- Pasja do piłki ręcznej przyszła w szkole podstawowej. Zresztą w Wągrowcu nie było wielkiego wyboru, jeśli chodzi o uprawianie jakiegoś sportu: albo ręczna, albo nożna. Wybór padł na ręczną, choć w nożnej też próbowałem swych sił. O takim wyborze zadecydowały również tradycje rodzinne. Mama uprawiała kiedyś szczypiorniaka. Trenowałem do momentu ukończenia wieku juniora. Po podjęciu pracy zawodowej moja miłość do piłki ręcznej poszła w kierunku szkolenia młodzieży. Z zawodu jestem nauczycielem wychowania fizycznego (...)

Wschodząca gwiazda
Kiedy dowiedziałeś się o nominacji do plebiscytu, to co sobie pomyślałeś?
- Było mi bardzo miło, że ponownie zostałem nominowany do tak prestiżowego plebiscytu. Nie mam pojęcia kto mnie nominował, ale to miłe uczucie. 
Kiedy i od kogo otrzymałeś wiadomość o zwycięstwie?
- O wygraniu plebiscytu dowiedziałem się natychmiast, bo oglądałem transmisję live na jednym z portali. Byłem przecież ciekawy kto został wybrany przez głosujących. 
Dlaczego wybrałeś akurat lekkoatletykę i biegi, a nie np. piłkę nożną czy szczypiorniaka, jak większość Twoich rówieśników.
- Początek mojej przygody ze sportem związany jest z piłką nożną, ponieważ ładnych parę lat grałem w Nielbie. Nie ukrywam jednak, że nie byłem świetnym piłkarzem. Przygodę z lekkoatletyką zacząłem pod koniec szóstej klasy podstawówki. Łukasz Osiecki, mój nauczyciel wychowania fizycznego w Siennie, zabierał mnie na czwartki lekkoatletyczne. Pamiętam, że tam wygrywałem wszystkiego biegi na 60 metrów, a było ich chyba cztery (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 13 z 30 marca 2016 r.

 

 

MODELOWO

Fot. 2x Franciszek Szklennik

TERESA i AREK ANDRAKOWIE poznali się podczas dyskoteki w mieście, w którym żadne z nich wówczas nie mieszkało. Dziś wrośli w pejzaż tego miejsca.

Teresa urodziła się w Nakle n/Notecią. Mieszkała z rodziną w Iwnie niedaleko Kcyni. Stamtąd jej rodzice trafili do pracy w PGR, w maleńkiej wsi Chociszewo, na granicy gmin Skoki i Mieścisko. To taka wieś, której można nie zauważyć. Nie ma swojej tablicy oznaczającej miejscowość.

MAMA I TATA
W swoim życiu była modelką. Pojawiała się na wybiegu podczas pokazów mody. Miała wtedy osiemnaście lat, a szkoła w Poznaniu, którą kończyła stworzyła jej możliwość spróbowania tego trudnego i wymagającego wyrzeczeń zajęcia. Kariera modelki przerwało zajście w ciążę.
- To fajne zajęcie, ale nie każda dziewczyna marząca o karierze modelki wie, że to niekiedy ciężka harówka, aby efekt był jak należy - wspomina Teresa.
Arek pochodzi z Poznania. Od czasu do czasu wybierał się na dyskoteki do Skoków. Tu wpadła mu w oko zgrabna, śliczna dziewczyna. Jego mama, Halina Przybylska była sportsmenką uprawiającą biegi, skok w zwyż i w dal. Wśród sportowców nazywana była „Czarną” (...)

MARZENIA
Tata urządza trudne treningi synowi. Wiesza, np. na bramce różne przedmioty i Alan stara się trafić w nie kopniętą piłką. Cały czas i on, i mama pamiętają o chorobie, która dotknęła ich syna. Alan ma za sobą długie pobyty w szpitalu. Wielu innych chłopców poddałoby się, ale nie Alan. Bardzo przeżywa podczas meczu, gdy któryś z chłopaków nie trafi do pustej bramki, albo źle poda piłkę. Sam przyznaje, że zdarza się mu być trochę indywidualistą na boisku. Tata twierdzi, że przyjmowane leki sterydowe maja wpływ na jego reakcje (...)

Teresa w okresie nauki w Poznaniu była modelką wielokrotnie uczestniczyła w pokazach mody. FOT. Archiwum prywatne

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 12 z 23 marca 2016 r.

Dwa razy naj...

Józef Klemens. Fot. Franciszek Szklennik

JÓZEF KLEMENS jest co najmniej dwa razy naj: najstarszym pszczelarzem w Wągrowcu i najstarszym czynnym myśliwy.

W listopadzie ubiegłego roku Józef Klemens skończył 90 lat. Szesnaście lat temu zmarła po ciężkiej chorobie, żona.
- Nie związałem się już z nikim. Mam przyjaciół, rodzinę i od pięciu lat tę wdzięczną suczkę Lusię - mówi refleksyjnie. - Jestem dawno na emeryturze, ale musiałabym pójść jeszcze raz, bo nie mam czasu się nudzić i zawsze coś do zrobienia.Lusia jest z nim pięć lat. Wcześniej mieszkała na ranczo koło Żelic. Kiedy jeździł polować w te okolice, wielokrotnie widział przez ogrodzenie samotną psinę. Jej opiekunki mieszkały na co dzień w Wągrowcu i zaglądały do czworonoga jakby przejazdem. Poprosił je, aby dały mu ją, ponieważ w tym czasie zdechła dotychczasowa suczka, którą się opiekował. Zgodziły się (...)

Lusia. Fot. Franciszek SzklennikPSZCZOŁY I ŁOWY
- Moje roczniki z pracy i w kole łowieckim już są po tamtej stronie. Jestem jedynym żyjącym założycielem Koła Łowieckiego „Cyranka” w Wągrowcu - wyjaśnia. - Poluję do tej pory, a razem ze mną zięć i wnuk.
Jego przygoda z łowiectwem zaczęła się w 1953 roku. Łowczy Franciszek Kamieniecki, zwołał zebranie, żeby zorganizować koło łowieckie.- Żona w żartach powiedziała mi, żebym zapisał się, to nie będę szukał innych rozrywek na boku - śmieje się pan Józef. Pokazuje mi ostatnie trofea strzelonych w tym roku kozłów. Ma najwyższe oznaki łowieckie. Przez ponad pół wieku był łowczym w kole. Kiedyś niespodziewanie zaczęła się jego przygoda z pszczołami. Ma teraz dwadzieścia uli w Żelicach w gospodarstwie państwa Sempołowiczów, którym nieszczęśliwie pożar strawił dwa lata temu dom. Kiedyś chętnie jeździła z nim żona, która spacerowała sobie po lesie, kiedy mąż zajmował się pasieką.
- Nie miałem pojęcia o pszczołach i kiedy ktoś zaproponował mi to zajęcie, byłem nieco wystraszony. W rodzinie nie było pszczelarskich tradycji. - mówi ze śmiechem. - Moja rodzina jest mundurowa.- Kiedy umiera pszczelarz, umiera i pasieka - tłumaczy pan Józef. - Teściowie moich braci mieli dużą pasiekę. Kiedy umarli, ule opustoszały, bo nikt z nas nie umiał się nimi zająć. Okrutny los sprawił, że zmarł nagle człowiek, który mnie miał nauczyć tego fachu. Pozostawił mi swoje ule i pszczoły (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 11 z 16 marca 2016 r.

Pieszo i tandemem przez azjatycki ląd

FOT. Archiwum prywatne Aleksandra i Karoliny Klajów

Japończycy planują każdy swój ruch, Chińczycy należą raczej do skrytych, za to w Mongolii każdy zna czterech pancernych i psa Szarika. O tym wszystkim na własnej skórze przekonali się ALEKSANDER i KAROLINA KLAJA, którzy na tandemie przejechali przez niemal całą Azję.

Aleksander już wcześniej miał niezłe doświadczenie z tego typu wyprawami: zaliczył rowerową wycieczkę między australijskimi miastami Brisbane a Sydney. Dystans 1000 km przebytych na zwykłym polskim junaku stanowił niezły wstęp do epickiej podróży, jaka była jeszcze wtedy przed nim (..)

PRZEZ STEPY, TAJGĘ, GÓRY
Ruszają w kwietniu, gdy na polskich ulicach leży jeszcze śnieg (taka tego roku była u nas wiosna). Na Ukrainie pogoda równie mroźna, zmiana następuje dopiero w Mołdawii.Wraz z wjazdem do Republiki Kałmucji zmienia się też krajobraz: oto zaczynają się bezkresne azjatyckie stepy.
- Na stepie jest pięknie, ma się niesamowite poczucie wolności. Niestety, tak jak pięknie, tak i bywa tam ciężko – wspomina Aleksander (...)

FOT. Michał Smyk

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 3 z 20 stycznia 2016 r.

Kula, która zmieniła życie

FOT. 2x Franciszek Szklennik

Dziewiętnastoletni wówczas PIOTR BABRAKOWSKI ze starszym o rok bratem PAWŁEM wyruszyli w 1980 roku na Śląsk za pracą. Kula wystrzelona na terenie kopalni „Wujek” zmieniła jego życie.

Kopalnie i przedsiębiorstwa pracujące dla kopalni potrzebowały ludzi. Emisariusze ze Śląska jeździli po kraju i namawiali na przyjazd do pracy.

WIZJA ŻYCIA
To działało. Kusiły zarobki, możliwość skorzystania z przywilejów górniczych, szansa na zdobycie atrakcyjnego zawodu, zaliczenie obowiązkowej służby wojskowej. Skusiło i Piotra, i Pawła, zwłaszcza, że mieli na Śląsku rodzinę, która zaoferowała pomoc w znalezieniu dobrej pracy. - Przyjęli nas do pracy w Przedsiębiorstwie Robót Górniczych Katowice przy kopalni „Wujek”. Zanim górnicy mogli zacząć fedrować na przodku montowaliśmy maszyny, urządzenia i zabezpieczenia chodników - wspomina Piotr (...)

FOT. Franciszek Szklennik

Więcej w wtorkowym wydaniu Głosu nr 52 z 22 grudnia 2015 r.

 

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem