poniedz., 19 listopada
14:21

Nasz felietonista ministrem

FOT. Archiwum prywatne

PAWEŁ SZAŁAMACHA, który miał biuro poselskie w Wągrowcu, został ministrem finansów nowego rządu.

O tym co dzieje się w szerokiej polityce i jaki ma ona wpływ na nas i na nasz regionu poseł ubiegłej kadencji Paweł Szałamacha pisał w felietonach na łamach Głosu Wągrowieckiego. Od poniedziałku jest już oficjalnie ministrem finansów w rządzie Beaty Szydło (...)

RODZINA PRIORYTETEM
A czym zajmować się będzie nowy minister finansów? W pierwszej kolejności obiecał zająć się sztandarowym projektem PiS: 500 zł na dziecko (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 47 z 18 listopada 2015 r.

Po drugiej stronie globu

FOT. Archiwum prywatne

Niezapomniane wrażenia i widoki, czyli wągrowczanie w USA.

Wyprawa marzeń. Tak można nazwać ostatni wyjazd czwórki wągrowczan, którzy odwiedzili zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych.

ADRENALINA
- O wyjeździe do Ameryki marzyłem już wcześniej. Niestety, wówczas albo nie było paszportu, albo wizy, tym razem się udało i na długo pozostanie on w mojej pamięci. Takich widoków i przeżyć nie da się szybko zapomnieć - wspomina Ryszard Rączkowski. Najpierw kilka godzin lotu samolotem. Była adrenalina, bo lecąc nad Oceanem Atlantyckim nie widziało się nic oprócz wody. Później lądowanie w San Francisco i zwiedzanie miasta, które wyjątkowo było bezmgielne. Gorzej było nad Wielkim Kanionem, gdzie z powodu mgły odwołano lot helikopterem. Mimo wszystko przeżycia były wyjątkowe (...)

FOT. Archiwum prywatne

FOT. Archiwum prywatne

Więcej w wtorkowym wydaniu Głosu nr 46 z 10 listopada 2015 r.

 

Nasze drogi wciąż krzyżowały się...

FOT. Archiwum Głosu

Ciężko jest usiąść do napisania wspomnienia o przyjacielu, zwłaszcza w kilka godzin po otrzymaniu wiadomości o jego śmierci. Kilka dni temu Władka odwiedziłem w szpitalu. Wtedy kurczowo trzymał się poręczy łóżka, jakby chciał mi powiedzieć, że ma dość sił na samodzielne wstanie, ba, kilka dni wcześniej nawet odbył krótki spacer. Walczył z chorobą do końca...
W poniedziałek rano dotarła do mnie wieść o śmierci Władka. Przyjąłem ją godnie, jakbym przewidywał, że niebawem nastąpi najgorsze. No i przyszło to, czego nikt nie chce dopuszczać do siebie. Wówczas człowiekowi trudno znaleźć swoje miejsce na ziemi, ogarnia go niepokój i dręczą myśli. Do głowy wracają wspomnienia z tamtych lat (...)

W 1990 r. Władek był współzałożycielem Głosu Wągrowieckiego i Agencji Wydawniczo-Reklamowej „Głos Wągrowiecki”, a jeszcze wcześniej współredagował ze mną Gazetę Wągrowiecką. Prawie przez ćwierćwiecze pisał i redagował teksty,makietował, prowadził wydania, a nawet nadzorował druk gazety w miejscowych zakładach poligraficznych. W 2001 roku założyliśmy firmę wydawniczą Wągrowiecka Oficyna Wydawnicza Sp. z o.o., która jest aktualnym wydawcą Głosu Wągrowieckiego. Dziennikarstwo pochłonęło Go bez reszty. Nowa pasja, obok historycznej, przełożyła się w opasłe tomy roczników gazety oraz niewiele cieńsze książki (...)

 

Dr Władysław Purczyński

ur. 10 września 1947 r. w Wągrowcu, zm. 2 listopada 2015 r. w Wągrowcu po heroicznej walce z chorobą.

Edukacja oraz praca zawodowa i społeczna:

1966 - ukończył Liceum Pedagogiczne w Wągrowcu,
1966-1974 - nauczyciel w szkole podstawowej w Mokronosach, Wągrowcu, Chojnie,
1974-1975 - pracownik w Wydziale Oświaty i Wychowania w Wągrowcu,
1975-1980 - kierownik internatu w ZSZ nr 1 w Wągrowcu,
1976 - ukończył Wydział Historyczny na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu,
1980-2009 - dyrektor Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 w Wągrowcu (dawniej Zespół Szkół Zawodowych nr 2),
1990–2013 - redaktor i współzałożyciel Głosu Wągrowieckiego,
1998-2014 - radny Rady Miejskiej,
2000 - uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych w Instytucie Historii na UAM w Poznaniu,
2006-2014 - przewodniczący Rady Miejskiej

Nagrody i wyróżnienia:

1977, 78, 89, 99 - nagrody Ministra Oświaty i Wychowania za wybitne osiągnięcia w pracy dydaktycznej i wychowawczej,
1982 - medal „Za wybitne zasługi w rozwoju województwa pilskiego”,
1985 - medal „Za zasługi w rozwoju kultury fizycznej w szkole - SZS zarząd wojewódzki w Pile”,
1986 - Złoty Krzyż Zasługi,
1997 - Medal Komisji Edukacji Narodowej,
1998 - honorowe wyróżnienie „Złoty Kaganek Historii” - Stowarzyszenie Popularyzacji Historii Szkolnictwa,
2001 - nagroda honorowa „Dobosz Powstania Wielkopolskiego”
2001 - Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski
2001 - Nagroda Powiatu Wągrowieckiego „Złota Pieczęć” w dziedzinie kultura, edukacja i sport,
2003 - odznaka honorowa „Za zasługi dla województwa wielkopolskiego”,
2003 - srebrny medal „Opiekuna Miejsc Pamięci”,
2007 - Honorowy Wągrowczanin A.D. 2006 Głosu Wągrowieckiego,
2010 - Nagroda Pracy Organicznej „Złoty Liść” Głosu Wągrowieckiego.
Oprócz tego dr Władysław Purczyński otrzymał liczne odznaczenia LOK, SZS, OHP, MON, MKS „Nielba”, nagrody Kuratora Oświaty i wyróżnienia.

Wydane książki:

1994 - „Seminarium Nauczycielskie i Liceum Pedagogiczne w Wągrowcu w latach 1920-1969” (otrzymał za nią, „Złoty Kaganek Historii”, główną nagrodę Nadnoteckiego Stowarzyszenia Popularyzacji Historii Szkolnictwa w 1998 r.),
1995 - „Ppłk dr Stanisław Kuliński”,
1998 - „Wągrowiec w dobie powstania wielkopolskiego 1918-1919”,
2008 - „Społeczeństwo ziemi wągrowieckiej w dobie powstania wielkopolskiego i w walce o granicę wschodnią Rzeczypospolitej w latach 1918-1920”,
2010 - „Swastyka nad miastem. Okupacyjne dzieje Wągrowca 1939-1945”.
2014 - „Swastyka nad miastem. Okupacyjne dzieje Wągrowca i losy mieszkańców ziemi wągrowieckiej 1939-1945” (wydanie drugie rozszerzone).

FOT. Archiwum Głosu

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 45 z 4 listopada 2015 r.

Liczymy na kolejne lata

FOT. Wioletta Gryczka

To już 70 lat, odkąd czytelnicy sięgają po kolejne książki z miejskiej książnicy.

Wielu gości, ale także wiernych Czytelników odwiedziło Miejską Bibliotekę Publiczną, która w czwartek świętowała swoje 70-lecie.

PRZYTULNE REGAŁY
Gości przywitała Alina Woźniak, dyrektor placówki, która podkreśliła, że największym skarbem książnicy są jej wierni czytelnicy, jacy ciągle sięgają po kolejne pozycje i uczestniczą w życiu biblioteki, bo przecież nie tylko książki tam królują (...)

FOT. Wioletta Gryczka

FOT. Wioletta Gryczka

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 44 z 28 października 2015 r.

O człowieku, który znalazł się na szczycie

Fot. Archiwum prywatne Mariusza Sprutty

O wągrowczaninie MARIUSZU SPRUTTCIE jak o nikim innym można mówić, iż dotarł na same szczyty świata.

Jak to często bywa, wszystko zaczęło się od wpływu inspirujących ludzi. Miłość do gór zaszczepili w nim bowiem nauczyciel geografii, nieżyjący już Waldemar Balcerowicz i matematyki Józef Wojciechowski. Po skończeniu liceum Sprutta wyjechał na studia do Poznania, ale i to miejsce na pewnym etapie życia dla Mariusza było za małe. Świat wzywał.

W STRONĘ GÓR
Na himalajską wyprawę Sprutta trafił po raz pierwszy w 1991 r. Ponieważ sponsorzy zaczęli pojawiać się dopiero później, początkowo więc każdy, kto chciał przeżyć wielkie górskie wyzwanie, musiał sięgnąć do własnej kieszeni.
Po wylądowaniu samolotem w Nepalu czy Pakistanie, trzeba jeszcze jakoś dostać się pod samą górę. Dociera się tam np. na pace ciężarówki, a gdy droga jest nieprzejezdna, sprzęt bierze się na plecy i rusza na piechotę. W końcu jednak i tak szosa – jak i cywilizacja zresztą – kończy się nieodwołalnie i do pierwszej z górskich baz trzeba już dotrzeć o własnych siłach. Konieczne staje się wynajęcie tragarzy (...)

Fot. Michał Smyk

Fot. Michał Smyk

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 42 z 14 października 2015 r.

 

  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty

 

 

Szczególne prace odkrywkowe

Fot. Franciszek Szklennik

Burmistrz Wągrowca odwołał poprzedniego kierownika Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Nastał teraz czas GRZEGORZA TOMASZEWSKIEGO, który powrócił z Gołańczy. O to, jak ośrodek przybiera nowy garnitur, pyta Franciszek Szklennik.

Przenosiny, a właściwie powrót do Wągrowca zaskoczył burmistrza Mieczysława Durskiego?
- Burmistrz Durski w takich sytuacjach mówi zawsze: To do pana należy decyzja. Niech się pan dobrze zastanowi, czy aby się tam pan nie utopi.
Decyzja o przyjęciu propozycji burmistrza Krzysztofa Poszwy była szybka.
- Od dwóch lat realizowałem z powodzeniem pewne projekty w zakresie pomocy socjalnej i jeszcze w kwietniu tego roku nie brałem pod uwagę na serio powrotu do Wągrowca. Zwłaszcza, że w Gołańczy miałem sprzyjający klimat dla swoich projektów. Kiedy okazało się, że pierwszy konkurs ogłoszony przez burmistrza Krzysztofa Poszwę nie wyłonił kierownika, uznałem to za jakiś znak, że mogę spróbować wrócić do mojego rodzinnego miasta. Ewentualny powrót dawałby szansę na dokończenie projektów, które zarastały kurzem. Jednym z nich była ogrzewalnia dla bezdomnych, do której mnie namawiają także pracownicy socjalni MOPS. Nie uważam siebie za ministra do spraw pomocy społecznej w powiecie, ani w mieście i jestem przekonany, że jeśli do konkursu zgłosiłoby się kilka dobrze przygotowanych osób, burmistrz wybrałby odpowiednią. Uważam jednak, że mam wizję zreformowania MOPS-u.
Reformowanie wiąże się z ryzykiem...
- ...postanowiłem podjąć to ryzyko, bo ja zawsze lubiłem wyzwania.
Burmistrz pozbył się wydziału z urzędu.
- I to był dobry ruch. Podobnie działo się w Gołańczy, więc nie było to dla mnie zaskoczeniem. Pomoc społeczna jest dla jej potrzebujących, a nie na odwrót.
To teraz ma Pan szansę zbierać większe baty...
- (śmiech) Jakoś przyzwyczaiłem się do tego, że mój zakres odpowiedzialności zwiększa się statystycznie co siedem i pół roku, jak obejmuję nowe stanowisko. W Gołańczy zarządzałem budżetem pięciu milionów, tutaj jest tego ok. piętnastu.
I co trzeba było zrobić w Wągrowcu na początku?
- Szczególne prace odkrywkowe (śmiech). Pokazały one, że nie funkcjonuje w ośrodku tak jak należy przepływ informacji pomiędzy pracownikami a komórkami organizacyjnymi. Wzmocnienia wymaga pion finansowo-księgowy w związku z przejęciem dodatkowych obowiązków przez ośrodek. Reorganizacji wymaga dzienny dom seniora (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 40 z 30 września 2015 r.

Jak burmistrz uratował mi życie

Fot. Wioletta Gryczka

Chciała się zabić... Los przygotował jednak dla niej inny scenariusz.

Dziś Janina Różewska tryska energią. Gdy się z nią spotykam, energicznie ćwiczy i niemal robi szpagaty, ale jak sama przyznaje, nie zawsze tak było. Nie tak dawno chciała się zabić...

BÓL ROZRYWAŁ SERCE
- Nie ma większego bólu, niż strata ukochanego dziecka. Taki ból czuje tylko matka... - głos się jej łamie na wspomnienie ciężkich chwil (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 38 z 16 września 2015 r.

 

Lawendowe życie

Fot. Piotr Romanowski

O pachnącej lawendzie i decyzji o porzuceniu Warszawy Annie Borczykowskiej opowiedziała JOANNA POSOCH, która gościła w lipcu 50-osobowa grupę wągrowczan.

Odeszłam z dużego miasta, pozostawiłam dobrą pracę i wyjechałam na głęboko zapadłą wieś, bo...?
- Pracowałam dużo, szybko, intensywnie. Poczułam, że życie przecieka mi między palcami, że w gruncie rzeczy nic nie wiem o sobie, bo w ogóle nie mam dla siebie czasu. Dlatego w 1999 roku podjęłam decyzję o przenosinach na wieś. Liczyłam, że bliskość natury rozjaśni mi w głowie, odpocznę, a potem wymyślę jakiś nowy pomysł na życie.
Dlaczego akurat lawenda?
- Lawenda od zawsze mnie ujmowała pięknem i zapachem, posiałam pierwsze nasiona w 2001 roku. Początkowo miałam około 300 roślinek, a po pierwszej udanej zimie posadziłam więcej... Teraz plantacja zajmuje niecały hektar, jest kilka tysięcy roślin. Żeby były naprawdę pięknymi krzaczkami, trzeba poczekać jakieś 3-4 lata.
Lawenda jest niezwykłą rośliną, o relaksujących właściwościach. Wykorzystujemy ją zamykając aromat suszonych kwiatów w materiałowych saszetkach, bukietach. Co jeszcze można zrobić z lawendy, jak ją pielęgnować?
- Z lawendy można robić kosmetyki o działaniu łagodącym i przeciwbólowym, pielęgnującym i antyalergicznym. Poza tym lawenda świetnie nadaje się do przyprawiania potraw, można ją łączyć np. z rozmarynem (zapiekane ziemniaki, warzywa, sosy), dobrze komponuje się z płatkami róży (napoje, herbatki, desery). Pielęgnacja lawendy sprowadza się do odchwaszczania, które również napowietrza glebę. Ziemia dla lawendy powinna być zasadowa, czyli warto posypać ziemię dolomitem lub wapnem ogrodniczym, ew. rozdrobnionymi skorupkami jaj. Ogólnie rzecz biorąc lawenda jest rośliną gleb ubogich, więc nawożenie trzeba stosować umiarkowanie, co kilka lat (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 31 z 29 lipca 2015 r.

Majestat życia i śmierci

Władysława Kupczyńska z Jaroszewa Pierwszego. Fot. Franciszek Szklennik

Radość z wyzwolenia mieszała się z rozpaczą na widok ludzkich sądów nad wrogami, w których mógł być tylko jeden wyrok - śmierć.

Władysława Kupczyńska jest znana we wsi jako posiadająca dużą wiedzę historyczną osoba mówiąca pięknym językiem. Urodziła się w 1936 roku. Pomimo upływu lat pamięta wiele momentów ze swojego życia w czasie okupacji i zaraz po niej. A miała wtedy zaledwie dziewięć lat, kiedy zakończyła się wojenna pożoga.

OCZAMI DZIECKA
- Pamiętam piękne lipy, które rosły na funkcjonującym wtedy cmentarzu ewangelickim. Teraz nie ma już tam żadnej z nich. Na cmentarzu tym znajduje się do dziś mogiła młodego Niemca, na której umocowany jest duży głaz - wspomina pani Władysława. - Słyszałam w dzieciństwie opowieści, że zginął na polowaniu. Podobno jednak prawda jest bardziej tragiczna. W tle pojawiał się romans młodego chłopaka z właścicielką ziemską i gniew jej męża.
Moja rozmówczyni wspomina, że Niemcy, którzy mieszkali we wsi, byli dobrzy dla Polaków.
- Kiedy nadchodziły święta, dostawaliśmy w koszykach różne produkty i prezenty. Ale do czasu. Wielu mieszkańców znało język niemiecki. Podczas obowiązkowego darcia pierza w majątku niemieckim słuchali niemieckiego radia - wspomina pani Władysława.
Jej mama, która dobrze znała język niemiecki, słyszała przemówienie Hitlera, który swoim zwyczajem wrzeszczał podczas przemówienia, że jego żołnierze zamarzają pod Stalingradem, a niektórzy Niemcy dobrze sobie żyją. Ponoć padły słowa, że gdyby miał swoją broń i polskich żołnierzy, to doszedłby do Ameryki.
- Mama roześmiała się. Niemcy zorientowali się, że ona rozumie po niemiecku. Wtedy skończyły się dobre czasy. Radio nie było już włączane - wyjaśnia (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 30 z 22 lipca 2015 r.

 

Kącik marzeń

Fot. Franciszek Szklennik

Mają po dwadzieścia sześć lat, odmienne charaktery i z tym bogactwem są skazani na sukces. Ich okrętem jest dom pomocy społecznej w Jabłkowie. KAROLINA i MATEUSZ KOZŁOWSCY są na nim sternikami.

Gospodarstwo jest ostatnim przed lasem. Prowadzi tam – póki co – polna droga. Z daleka rzuca się w oczy zadbany, przyciągający wzrok obiekt. Jeszcze tylko skręt w lewo i docieram do celu.

Fot. Franciszek Szklennik

A DALEJ JUŻ TYLKO LAS
- Droga jest w planach gminy Skoki do remontu. Ten odcinek prowadzący do nas musimy jednak zrobić sami – wyjaśnia Mateusz Kozłowski
- Mama męża prowadziła tu agroturystykę. Często przyjeżdżali tu ludzie starsi. Podobała im się natura, spokój i piękne otoczenie – mówi Karolina Kozłowska. – Ktoś kiedyś rzucił myśl, że może warto uruchomić tu dom dla osób starszych.
Oprócz budynków jest jeszcze kilkanaście hektarów ziemi, staw i las. Wewnątrz pachnie nowością. Mateusz Kozłowski pokazuje wyposażenie gabinetu lekarskiego, pokoi dla przyszłych mieszkańców. Uwagę zwraca duży salon, który jest jednocześnie jadalnią. Jest też wyposażona już sala ćwiczeń. Z drugiej strony budynku znajduje się wielki taras. Świetne miejsce na spotkania, imprezy, wygrzewanie się na słońcu. Panuje tutaj niesamowita cisza, zakłócana jedynie śpiewem ptaków i szumem drzew. Pokoje są słoneczne i wyposażone w nowe meble (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 30 z 22 lipca 2015 r.

Kontrowersyjne „This Is Life”

klaudia

KLAUDIA PYSSA jest tegoroczną absolwentką wągrowieckiego I Liceum Ogólnokształcącego w Wągrowcu i marzy o muzyczno-wokalnej karierze. O swoim pierwszym teledysku i karierze piosenkarki opowiedziała Annie Borczykowskiej.

Śpiewanie sprawia Ci ogromną radość, ale żeby zaraz teledysk? Skąd ten pomysł, kto Ci w tym przedsięwzięciu pomaga?
- W zasadzie śpiewam od kiedy pamiętam. Odkąd byłam mała, wyobrażałam sobie siebie na scenie. W sumie to nagrałam już siedem piosenek, sześć z nich to inspiracje innymi piosenkami - tak zwane „covery”. Natomiast piosenka „This Is Life” jest moją pierwszą własną, wraz z teledyskiem. Trochę to smutne, ale nikt mi nie pomaga. W produkcji teledysku pomogły mi koleżanki z klasy: reżyserem i montażystą jest Sandra Piotrkowska, która marzy o studiach reżyserskich, Aneta Koprowska obsługiwała kamerę. A z nagraniem piosenki pomogło Studio Undersound Studio Nagrań w Poznaniu. Tekst jest mój, ale siostra pomagała mi go „skleić”.
Co chcesz przekazać tą piosenką? Widzę w jednym ujęciu grób mamy...
- Singiel „This Is Life” ma tematykę prześmiewczą, łatwo jest „rapować”- o tym mówi wstęp „Polski rap to shit, a nie art” . Mimo samego wstępu tematyka piosenki jest bardzo poważna. Ukazuję w nim problemy, różne stosunki jakie panują w Polsce. Stosunki zawodowe, jak i mentalne. Refren jest odskocznią od poważnych zwrotek, łatwo wpada w ucho i jest prosty. Owszem, w jednym ujęciu ukazał się grób mojej mamy, jak i cmentarz, który miał ukazać, jak wielu ludzi odchodzi, nagle, po ciężkich chorobach, w młodym wieku, co ma zasugerować, iż polska medycyna do najwybitniejszych nie należy... (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 29 z 15 lipca 2015 r.

 

Przybrani rodzice z Mieściska

Fot. Cezary Kucharski

- Dobrze mieć kogoś, nad kim można roztoczyć opiekę. Chociaż na początku nie wiedzieliśmy czy damy sobie radę - mówi MIROSŁAW SZYMAŃSKI, przybrany ojciec z Rodzinnego Domu Dziecka.

Los różnie układa ludzkie życie i wówczas dzieci trafiają do domów dziecka lub do rodzin zastępczych, gdzie mają możliwość życia i wychowania w miłości. W naszym powiecie takich rodzin mamy 11 i - jak widać - nie ma kolejek do przygotowania się do tej szlachetnej misji. Jednak pracownicy Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie wciąż poszukją chętnych ludzi gotowych troszczyć się o cudze dzieci. Ale są i tacy, którzy otwierają swoje serca (...)

Fot. Cezary Kucharski

Więcej we wtorkowym wydaniu Głosu nr 23 z 2 czerwca 2015 r.

 

Nie mam nic do ukrycia

Fot. Cezary Kucharski

Czym kieruje się MAŁGORZATA FIMIAK w swoich decyzjach, jak komentuje opinie na swój temat? Radna zdradza w rozmowie z Cezarym Kucharskim.

Pani Małgorzato, jak narodził się pomysł kandydowania?
- Do rady trafiłam z rekomendacji Samorządności Wągrowieckiej 2000, chociaż do niej nie należałam. Udział w wyborach zaproponował mi były burmistrz Stanisław Wilczyński. Początkowo odmówiłam ze względu na nadmiar obowiązków.
Kogo zostawiła Pani w pokonanym polu?
- Rywalizowałam z Łukaszem Nowickim, który nieznacznie, bo chyba siedmioma głosami ze mną przegrał. Startowały jeszcze trzy osoby, ale wszyscy prawdopodobnie po raz pierwszy.
Do jakiej partii Pani należy?
- Do żadnej, jestem człowiekiem Kościoła i głębokiej wiary, która pozwala mi pokonywać trudy dnia codziennego. Partia nie jest mi do niczego potrzebna. Jeśli chodzi o SLD, to jest mi bliski jej program, kiedy walczy o cele społeczne. Ja jednak zawsze będę bronić życia poczętego. Staram się myśleć i samodzielnie wyciągać wnioski.
SW 2000 nie jest partią polityczną. Czy to przyciągnęło Panią do tego stowarzyszenia?
- Nie, to była wyłącznie propozycja poprzedniego burmistrza, którą przyjęłam. Nie mieliśmy wspólnych poglądów.
To był powód późniejszego przejścia do klubu „Razem dla Wągrowca”?
- Zaraz po wyborach miałam telefon z propozycją członkostwa w klubie nowego burmistrza. W tym środowisku jestem bardziej znana z wcześniejszej działalności. Przed 20 laty byłam zastępcą przewodniczącego NSZZ Solidarność Pracowników Oświaty w Wągrowcu. Moje zapatrywania były i są raczej prawicowe. Znam też dobrze radnych z nowego klubu. Burmistrza wcześniej nie znałam.
To nie zdrada?
- Bardzo trudno było mi podjąć decyzję, chociaż zrobiłam to w parę minut. Starałam się być wierna, bo Stanisław Wilczyński uwierzył, że dam sobie radę. Nie ukrywam, że wtedy liczyłam na jego kolejną kadencję. Nikt z radnych nie chce być nazywany zdrajcą. Myślę jednak, że wyborcy głosowali konkretnie na mnie, a nie na SW 2000. Nie miałam problemu z przejściem ponieważ - jak wspominałam - z SW 2000 nie miałam wspólnych zapatrywań (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 22/2015

„Bogatym” nie pomagamy

Fot. Cezary Kucharski

Potrzebująca pomocy finansowej LILIANA KOMOROWSKA może liczyć tylko na operatywność rodziców. Pensja ojca i zasiłek matki stawiają ich wśród tych, którzy nie zasługują na państwową pomoc.

Liliana ma cztery latka i wygląda jak każde zdrowe dziecko. Chodzi do przedszkola i bawi się z rówieśnikami. Jest wesoła, więc nikt obcy nie zorientuje się jak ciężko choruje.
- Córka urodziła się z zespołem wad wrodzonych układu pokarmowego, wydalniczego, moczowego, płciowego - opowiada Roksana Komorowska, z Mieściska. - Ma chory kręgosłup i zakotwiczony rdzeń kręgowy, jego jamistość i rozszczep, ale mimo to biega, skacze i doskonale czuje się wśród rówieśników.
Danuta Ciszewska, dyrektor przedszkola: - Z Lilą nie ma żadnych dodatkowych kłopotów. To pogodne dziecko, które normalnie funkcjonuje w grupie, chociaż jest bardzo chore. Jest lubiana przez inne dzieci.
Roksana i Bartosz Komorowscy robią wszystko, żeby dziecko miało normalne życie. Szukają wsparcia wszędzie, ale mają pecha, bo za dobrze sobie radzą. Warto dodać, że ich syn Nataniel chodzi do pierwszej klasy i ma astmę oraz alergię (...)

ZA BOGACI NA POMOC
Matka Lilianny zaraz po zamieszkaniu w Mieścisku, czyli półtora roku temu, zaczęła współpracę z fundacją zajmującą się pomocą chorym dzieciom. Avalon to profesjonalne Centrum Rehabilitacji i Porad. Bezpośrednio pomaga niepełnosprawnym, zakładając im konta, na które wpływają pieniądze od ludzi dobrej woli.
- To jednak tylko pośrednik, o organizowanie licytacji oraz funkcjonowanie konta muszę dbać sama - dodaje mama dziecka. - Szukam chętnych ludzi dobrej woli, którzy mają coś, co zechcą oddać pod młotek. Częste licytacje, choćby na mniejszą kwotę, bardzo pomagają przy zakupie woreczków stomijnych, niezbędnych do normalnego życia mojej córeczki. Wcześniej organizowane były zbiórki plastikowych nakrętek.
Pieniądze gromadzone są głównie z przeznaczeniem na woreczki, które refundowane są do kwoty 300 zł, a  Komorowscy wydają na nie ponad tysiąc złotych miesięcznie. Koszty generują również wyjazdy do Poznania, Wrocławia, Opola itd.
Wydatki na leczenie Lili oscylują w granicach 2,5 tys. zł miesięcznie. Właśnie tyle zarabia mąż R. Komorowskiej. Rodzina żyje więc z zasiłku kobiety, który ledwo przekracza tysiąc złotych.
Takie dochody stawiają rodziców dziecka w sytuacji „bogaczy”, dla których nie ma pieniędzy w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej. Dostali jedynie symboliczne 80 zł na węgiel, którego tona kosztuje ponad cztery „stówki”.
Rodzinie potrzebna jest pomoc, bo godne życie dzieci to przecież cel dla każdej matki i ojca na świecie.

Pomoc dla Liliany Komorowskiej:

Fundacja Avalon Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym.
Numer konta: 62 1600 1256 0003 0031 8642 6001 tytułem Komorowska 3625.

Samorządowa komercjalizacja?

Fot. Cezary Kucharski

JERZY SPRINGER to znany samorządowiec. Cezary Kucharski spróbował ustalić kim naprawdę jest i jak widzi swoją polityczno-lokalną rzeczywistość.

Kim Pan się czuje: nauczycielem, rzemieślnikiem, samorządowcem lub może politykiem?
- Oceniam siebie jako współczesnego człowieka renesansu. Chcę udowodnić sobie i innym, że każdy ma pokłady energii. Najpierw byłem pracodawcą i rzemieślnikiem, chociaż działalności już nie prowadzę. Nie czuję się jednak politykiem, tylko samorządowcem i to z pokaźnym, bo 20-letnim stażem. My tutaj rozwiązujemy ludzkie problemy i nie dotyczy to wielkiej polityki.
Ale jako członek Platformy Obywatelskiej tkwi Pan w niej po uszy.
- To prawda, że jestem związany z PO, ale przypomnę, że początkowo był to miękki ruch, a nie partia. Polityk buduje zręby porozumienia. Później należy rozwiązywać kluczowe problemy. Politykiem jestem wtedy, kiedy przyjeżdżają do nas parlamentarzyści z Warszawy, a my staramy się im pomagać. Ja nie uciekam od polityki w sensie realizowania takich inicjatyw jak Karta Dużej Rodziny czy Budżet Obywatelski. Polityka zawsze jest dla mnie na drugim miejscu, za samorządem. Jestem wągrowczaninem i tu moje kości zbieleją, dlatego w taki sposób do tego podchodzę.
Jakie priorytety przyświecają teraz Pańskiej pracy?
- Zarząd kreuje pewne strategiczne kierunki poddawane radzie pod rozwagę. Ja jestem na razie takim nieopierzonym członkiem zarządu. Wiem jak on funkcjonuje, ale muszę się jeszcze trochę pouczyć, bo tego nigdy za wiele .
Dobrze, to wobec tego przyjąłby Pan polityczny awans?
- Zależy jaki to byłby awans i czy przyniósłby korzyści powiatowi lub miastu. Mnie to nie rajcuje. Skrajną nieodpowiedzialnością byłoby jednak niewykorzystanie dobrych propozycji, pomocnych w załatwieniu czegoś pozytywnego dla społeczności. Nie mamy jeszcze systemowego działania i wiele rzeczy należy normalnie, po prostu załatwić. Do tego potrzeba ciągle układów i układzików (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 21/2015

Piłkarska krew

Karol Linetty. Fot. Anna Borczykowska

KAROL LINETTY ma z zaledwie dwadzieścia lat i jest uważany za jeden z większych talentów piłkarskich w kraju. O życiu, miłości i piłce rozmawia z Anną Borczykowską.

Nie łatwo zastać Cię w rodzinnej miejscowości, a umówienie się na rozmowę to już „wyższa szkoła jazdy”. To niedzielne spotkanie, zgotowane przez sąsiadów, chyba Cię zaskoczyło?
- Jeszcze jak! Cały czas jestem pod jego wrażeniem! Nie spodziewałem się takiego przyjęcia. I szczerze, nic o tym nie wiedziałem. Do Damasławka przyjeżdżam rzadko, bardzo rzadko. Co tydzień mamy mecze, treningi, wyjazdy i dlatego z tymi powrotami jest ciężko. Dodam tylko, że jestem sentymentalny. Przywiązuję wagę do pamiątek, wspomnień, a tu taka niespodzianka i ten puchar, który dla mnie przygotowali moi sąsiedzi, przyjaciele i najwierniejsi kibice. I jeszcze to zdjęcie od pani, z Piotrem Reissem, tak dawno temu zrobione!

Karol Linetty w czasach gimnazjalnych z Piotrem Reissem. Fot. Anna Borczykowska
Jeśli uda się przyjechać tak jak teraz - dosłownie - na kilkanaście godzin do rodzinnego domu, to co najchętniej robisz?
- Lubię jeść! (śmiech). Jestem tradycjonalistą pod każdym względem, również polskiej kuchni. Stały zestaw jak zawsze: schabowy, ziemniaki, buraczki. Uwielbiam to od dziecka, jeszcze jak babcia to przygotowywała. Poza tym nie mam specjalnych życzeń, choć nie ukrywam, że przed przyjazdem jest telefon do mamy...
Karol, Twoje fanki, pewnie są w rozpaczy. Jest przy tobie piękna i mądra dziewczyna, od kiedy jesteście razem?
- Poznaliśmy się we wrześniu ubiegłego roku. Miałem kontuzję, a z naszym klubem współpracuje klinika Rehasport w Poznaniu. Wioletta pracuje tam w rejestracji. Spotkaliśmy się w windzie, zaproponowałem jej... wodę. Podziękowała. Przekazałem później przez pielęgniarkę tę wodę, zapisując na butelce mój numer telefonu. Spotkaliśmy się kilka dni później i tak to trwa do dzisiaj (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 20/2015

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem