Drzewo rodziną malowane

  • Drukuj

barbara-i-joahim-mendlikbarbara-i-joahim-mendlik

SAGA RODZINY MENDLIKÓW. Kto z nas nie miał przynajmniej raz w życiu ochoty pozbierać archiwalne fotografie, jeździć po parafiach, żeby zebrać informacje o protoplastach swojego rodu? Państwo Mendlikowie mają taką właśnie pasję.

Joachim Mendlik ze zrobieniem drzewa genealogicznego swojej rodziny większych problemów nie miał. Wszystko przez coś, co moglibyśmy nazwać szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Jeden z jego przodków potrzebował udowodnić swoje pochodzenie, więc zebrał informacje dosyć daleko sięgające wstecz rodzinnej historii. Możnaby powiedzieć, że dużą rolę odegrała tutaj... urzędnicza skrupulatność.


- Brat mojej babci mieszkał w Niemczech. Podczas pierwszej Wojny Światowej walczył pod Verdun. Został ranny i trafił do szpitala. Tam poznał pielęgniarkę, po wojnie się pobrali i został tam. Nazywał się Józef Adamski. Został w Niemczech, choć przyjeżdżał tu zawsze kiedy mógł. Był nauczycielem. Kiedy przyszła II Woja Światowa musiał wykazać ileś pokoleń wstecz, że nie jest pochodzenia żydowskiego. W czasie wojny pojechał do Margonina i tam ksiądz pozwolił mu wyszukać dane o swoich przodkach. Po wojnie przysłał mi owoce swoich poszukiwań. Znalazł przodków do tysiąc siedemset któregoś roku - opowiada Joachim Mendlik. - Od strony mamy mam dane przodków od 1750 roku. Potem zająłem się stroną ojca, a później mojej żony. Do pradziadków „dojechałem”. Mam informacje i zdjęcia. Już mam papier przygotowany, ale jakoś nie mogę tego dokończyć.
Z przygotowaniem drzewa genealogicznego jest dużo pracy. I to żmudnej. Trzeba być cierpliwym i najlepiej na emeryturze. Po co ta wiedza? Żeby przekonać się kto należał do rodziny i przy okazji poznać, tak jak państwo Mendlikowie jak wyglądały, jakie są w dotyku fotografie z początków tego rzemiosła. Z czasów, kiedy fotografowie byli bardziej rzemieślnikami, niż artystami. Warto także dowiedzieć się o swoich przodkach jak najwięcej.
-Pradziadek Andrzej Adamski (1849 - 1923) w Szamocinie, tak jak wielu, był rolnikiem z drugim zawodem kowala. Zapytałem dlaczego? To był intratny zawód, ponieważ nad Noteć zawożono produkty rolne, a stamtąd transportowano je dalej barkami. Dlatego też zawsze był ruch z kuciem koni i naciąganiem obręczy na koła wozów. Potem po pradziadku kowalstwo przejął jego syn - mówi J. Mendlik.
Państwo Mendlikowie nie pochodzą z Wągrowca. Joachim urodził się w Szamocinie. Jego żona Barbara urodziła się w Warszawie, a potem mieszkała w Budzyniu. Jej ojciec, pochodzący z wielodzietnej rodziny, wyjechał do stolicy za pracą, żonę ściągnął do siebie. W wojnę ojciec pani Barbary pracował w zakładach zbrojeniowych. W te pięć trudnych lat przeżyli wiele tragicznych momentów. Pewnego razu okradli ich Rosjanie. Zabrali obrączki, a ojca pobili (matce chcieli uciąć palec wraz z obrączką, ale ojciec udaremnił to). Powstanie Warszawskie przetrwali w stolicy. Kiedy opuścili Warszawę byli przez jakiś czas w obozie w Oławie pod Wrocławiem.
-Mama ze mną była gdzieś indziej, a ojciec był w zakładach zbrojeniowych. Opowiadali mi jak się spotkali. W jedną stronę szła kolumna kobiet z dziećmi, w drugą  kolumna mężczyzn i przypadkowo się zobaczyli. Innego razu byliśmy w schronie i moi rodzice mieli szczęście, bo połowa schronu się zawaliła, ale była to inna część. Mówili, że położyli mnie na kimś kto był zabity, ale jeszcze ciepły. Dlatego się uratowałam - opowiada Barbara Mendlik.
Całą drogę z Warszawy do Budzynia szli pieszo, albo zabierali się z transportami niemieckimi.
-Dla taty ważna była harmoszka, taka na guziki, którą odkupił od Rosjanina. Jechałam na sankach przywiązanych do wozu. W pewnym momencie naszej podróży wpadłam do wody i przez wiele lat miałam odmrożenia - dodaje B. Mendlik. -Moje wczesne dzieciństwo ukształtowała wojna.  
Dziadek Joachima Mendlika - Franciszek Kopicki - brał udział w I Wojnie Światowej. Po jej skończeniu, w roku 1918, wracał do domu pociągiem z Piły, przez Chodzież do Szamocina.
-Szedł do domu. Po drodze spotkał elegancko ubranego znajomego. W rozmowie spytał się, czy jest dziś jakieś święto? Tak opowiadała mi jedna z cioć. Znajomy odpowiedział, że był na pogrzebie. „Czyim?”, zapytał mój dziadek. Okazało się, że na pogrzebie jego żony. Tu w tym czasie panowała grypa „hiszpanka”. Zachorowała moja babcia i czwórka jej dzieci. Babcia zachorowała jeszcze na zapalenie płuc i dosłownie na trzy dni przed powrotem męża zmarła- mówi J. Mendlik.
Ojciec pana Joachima walczył podczas II Wojny Światowej. Został ranny w kolano w bitwie pod Kutnem. Jedna kula trafiła go w szyję, ale tak szczęśliwie, że wszystkie ważniejsze organy ominęła. Na tym się dla niego tułaczka wojenna skończyła. Wrócił do domu. Ojciec Joachima Mendlika był rolnikiem i rzeźnikiem. W pierwszym zawodzie pracował w ciepłe miesiące. W te jesienne, zimowe i aż do Wielkanocy zajmował się drugim zajęciem - czyli rzeźnictwem.
Joachim Mendlik został nauczycielem, jego żona też jest nauczycielką. Mają trzech synów. Najmłodszemu z nich najprawdopodobniej rodzice podarują drzewo genealogiczne, kiedy będzie już gotowe.
-Jak powstanie drzewo genealogiczne, zostanie tutaj. Jeszcze muszę zobaczyć ile zajmie miejsca. Potem trzeba będzie zrobić porządną ramkę. Nasz najmłodszy syn odziedziczy to i będzie mógł dopisać kolejny rząd- mówi Joachim Mendlik.

 

(Autor Szymon Cieślak, Fot. Szymon Cieślak)