Ojciec brał skrzypce i była zabawa

  • Drukuj

k.julgak.julga

SAGA RODZINY JUŁGÓW. Dostali od losu smykałkę do pracy rzemieślniczej i do sztuki, takiej przez duże „S”.

Urodzili się w Rybowie, administracyjnie umiejscowionym w gminie Gołańcz. Dosłownie, bo wszyscy urodzili się w domu. Od Wągrowca tę wioskę dzieli około piętnastu kilometrów. Rodzice Anna (z domu Silska) i Stanisław przeprowadzili się tam w 1934 roku. Ojciec Stanisława był  kołodziejem pracującym dla dworów. W tamtych czasach w całej Polsce, w niemal co drugiej wsi, był jakiś majątek, pałacyk, albo dworek. W każdym mieszkał dziedzic, który od poniedziałku do soboty jeździł wozem „codziennym”, a w niedzielę bardziej odświętnym. Dlatego możemy przypuszczać, że mając taki fach w ręku ojciec Stanisława na brak pracy nie narzekał. Zajęcie to zmuszało go jednak do mobilności w obrębie powiatu wągrowieckiego. Mieszkali więc w kilku miejscowościach.



PODRÓŻE MAJĄ WE KRWII
Ojciec Anny, jak wynika z informacji posiadanych przez rodzinę, był jeszcze bardziej mobilny. Za pracą rzucało go nie tylko po Europie. Pochodził z  okolic wielkopolskich Pyzdr, znajdujących się w okolicach Wrześni. Jako że w tamtych czasach Rosjanie rządzili tym terenem, wyjechał, aby nie iść do carskiego wojska. W okolicach Wągrowca poznał swoją żonę. Co ciekawe, nie potrafił pisać ani czytać. Mówił za to zarówno po polsku, jak i rosyjsku. Kiedy na miejscu zabrakło pracy, poradził sobie z tym problemem tak jak tysiące nam współczesnych. Za przysłowiowym chlebem jeździł do Francji, Niemiec, był też w Ameryce Północnej. Nie wiadomo czym dokładnie się zajmował, ale możemy przypuszczać, że tak jak wielu emigrantów wykonywał niezbyt skomplikowane prace fizyczne.  Nie dorobił się żadnego majątku. Ale co przeżył, to jego. Na przykład uciekając ze Stanów Zjednoczonych, bez biletu wszedł na pokład statku płynącego do Europy. Kiedy go tam znaleziono, musiał odpracować darmową podróż.
-W każdym z tych krajów był po kilka miesięcy, bo bardzo go ciągnęło do Polski - mówi Zofia Zawol, córka Anny i Stanisława Jułgów. - W ogóle był  niezwykłym patriotą. Mama opowiadała, że mawiał: lepsza pyra z gzikiem w Polsce, niż chleb z masłem na obczyźnie.
Zmarł tuż po zakończeniu II wojny światowej. Właściwie to zginął tragicznie. Po przyjeździe radzieckich czołgów wyszedł porozmawiać z czołgistami, oczywiście po rosyjsku. Cieszył, się, że po pięciu latach okupacji widzi inne mundury niż hitlerowskie. Kiedy skończył pogawędkę i chciał wracać na swoje podwórko, przejeżdżająca obok inna maszyna potrąciła go.

DZIECIŃSTWO PRZY LAMPIE NAFTOWEJ

Dzisiaj nie ma już domu, w którym Anna i Stanisław Jułgowie mieszkali i wychowywali swoje dzieci. Jest tam dół.  Ten dom to była oficyna przy pałacu: dwa pomieszczenia razem z kuchnią. Potem ojciec rodziny przedzielił kuchnię i zyskali kolejny pokój.  We wsi nie było bogatych. Większość to rolnicy indywidualni, raczej biedniejsi. Wychowywali się przy świetle naftowej lampy. Prąd do Rybowa zawitał dopiero  mniej więcej w połowie lat sześćdziesiątych.
-Mieszkaliśmy w bardzo biednym domu. Tak dokładnie to wyglądało - opowiada pani Zofia.- Skoro było nas pięcioro, ojciec tylko buty kuł i mieliśmy jakiś kawałek wydzierżawionej ziemi, więc żyło się naprawdę trudno. Nasi rodzice musieli się bardzo spinać, żebyśmy nie chodzili głodni spać. Pewnie dlatego wszystkich nas ciągnęło, żeby się wyuczyć, bo to był jedyny dla nas ratunek.
Pochodzący z rzemieślniczej rodziny Stanisław Jułga był szewcem - jedynym w Rybowie i okolicach, więc na brak pracy nie narzekał. Żeby się wyrobić ze wszystkimi zleceniami, miał ucznia. Przed wojną to było coś! Wtedy rzadko się buty kupowało. Jak już ktoś we wsi je miał, naprawiał tę swoją parę ile tylko było można. Jak większość przedwojennych szewców, prócz naprawy, szył obuwie (tutaj musimy przypomnieć sobie, że wtedy nie było raczej sklepów z butami, ani fabryk produkujących je). Buty swojej produkcji zelował zwykle na gumowej lub skórzanej podeszwie, łączył delikatnymi, drewnianymi gwoździami. Po wojnie z pracą w zawodzie nie było tak łatwo. Podatki, jakie wtedy nałożono na prywatne, małe, rzemieślnicze firmy, niszczyły je. Zamknął zakład i buty naprawiał „po cichu”. Dostał etat w miejscowej zlewni mleka, gdzie miał swoje małe laboratorium. Oprócz odsyłania białego napoju do gołanieckiej mleczarni, określał zawartość tłuszczu. Chude mleko miało 3.2 procent, a tłuste nawet 5 procent.
Anna Jułga z wykształcenia była krawcową, ale już w latach trzydziestych ubiegłego wieku zatrudniła się jako kucharka w majątku Dębiniec pod Lipią Górą. Spotkała tam ludzi bardzo wykształconych. Nauczyła się manier i zasad obowiązujących w tamtym świecie.
- Dlatego Mama razem z Ojcem próbowała nas wychować na grzecznych ludzi, z zasadami, które podpatrzyła w majątku. A było kogo wychowywać. W domu było nas pięcioro. Najstarszy brat urodził się w 1935 roku, ja - najmłodsza - w 1948. Byliśmy nie tylko grzeczni, ale też zdolni. Dobrze się uczyliśmy w szkole podstawowej. Wszyscy poszliśmy do  szkoły średniej i potem na studia - wspomina Zofia Zawol.

MALARZ, POETA, FOTOGRAF
Żadne z dzieci nie odziedziczyło po ojcu warsztatu szewskiego, ani po matce krawieckiego. Za to wszystkie - zdolności manualne. Najstarszy z rodzeństwa Jułgów, Kazimierz, jest największą chlubą rodziny. Skończył liceum plastyczne w Bydgoszczy, a następnie  Wydział Sztuk Pięknych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Przez około trzydzieści lat był dyrektorem jednej z najprężniej działających za czasów PRL-u instytucji kulturalnych, czyli Biura Wystaw Artystycznych (oprócz pokazywania sztuki zajmowało się też jej sprzedażą). Ale nie to jest tutaj najważniejsze. Kazimierz sam był artystą i to w pełnym tego słowa znaczeniu: malował, fotografował, pisał też wiersze.
Jego malarstwo (w domu pani Zofii, w salonie, wiszą obrazy autorstwa Kazimierza), przypominają mi osobiście niektóre dzieła znane z wielkich ekspresjonistycznych oraz impresjonistycznych katalogów sztuki. Jednocześnie są niepowtarzalne. Widzę, jak musiał się napracować, tworząc każdy z nich. Malował naturę. Źdźbło trawy u niego nie jest machnięciem umoczonego w farbie pędzla po płótnie. To mnóstwo małych plamek, które widziane dopiero z pewnej odległości tworzą jakąś formę. Krytycy uznali, że jego obrazy są skonstruowane starannie.  
- W twórczości pomorskiego środowiska plastycznego prace Kazimierza Jułgi są niewątpliwie swego rodzaju ewenementem, posiadają bowiem własną euforię, tematykę i zwięzłą stylistykę warsztatową. Być może się mylę, albowiem „tylko nieliczni mają niejasne wyobrażenie o rozmiarach pomieszczenia, do którego są wprowadzani przez przewodnika ukrytego w wyobraźniach...” - pisał w „Dzienniku Wieczornym” (1968 rok) o obrazach K. Jułgi kultowy wtedy poeta Ryszard Milczewski - Bruno (cyt. za albumem „K. Jułga Odczytywanie Natury”).
Swoje życie, już od czasów liceum plastycznego Kazimierz spędzał w Bydgoszczy. Jednak do ziemi rodzinnej wracał często.
- Był bardzo związany z Bydgoszczą. Mieszkał tam razem z rodziną. Ale bardzo często tu przyjeżdżał. Miał działkę pod Wągrowcem. Obiecał sobie, że na emeryturze zamieszka na tej działce, będzie tu pisał i malował. Niestety, po przejściu na emeryturę żył tylko pół roku. Okazało się, że był bardzo chory. Miał 67 lat - dopowiada pani Zofia.

GRYMKI W RYBOWIE
Na koniec wróćmy do czasów, kiedy Zofia (w 1988 roku zostanie dyrektorką Muzeum Regionalnego w Wągrowcu), Kazimierz, Bernard (późniejszy komendant hufca ZHP w Wągrowcu), Jerzy i Zbigniew byli jeszcze dziećmi. Mimo biedy było u nich w domu wesoło. Przede wszystkim dlatego, że Stanisław Jułga grał na skrzypcach. Okazję do potańcówki znajdywały się i to często.
-Z dzieciństwa pamiętam grymki, czyli potańcówki. Przychodzili do taty i mówili: „Jułga, przyjdź do nas, zrobimy sobie grymki”. Ojciec szedł, jeszcze był taki jeden chłopak, który grał na akordeonie i to wystarczało, żeby ludzie się bawili - snuje swą opowieść pani Zofia. - Czasami, jak ktoś we wsi miał imieniny, podchodzili pod okna i grali od rana skoczne piosenki. Mama też ładnie śpiewała...


(Autor Szymon Cieślak, Fot. Archiwum Zofii Zawol)