niedziela, 21 października
08:59

Połów na fiordach

FOT. Krzysztof Stoś

Kilkuosobowa grupa wędkarzy z Wągrowca spędziła ponad tydzień w norweskich zatokach.

Z inicjatywy Tadeusza Przybyła amatorzy wędkarstwa morskiego wybrali się na wycieczkę do Norwegii. Na archipelagu Lofoty, położonym na północy kraju, na wodach Morza Norweskiego zarzucali wędki w poszukiwaniu dorszy, czarniaków, plamiaków, molw i brosm. Każdy z ośmiu uczestników wyprawy marzył także o złowieniu sporego halibuta.
Podróż licząca około 2700 kilometrów była najcięższą częścią wyprawy. Marszruta rysowała się następująco: z Bydgoszczy autokarem do Gdańska, potem na prom przez Bałtyk do Nynashamm u wybrzeży Szwecji, następnie trasą przez Szwecję do Norwegi, z Skutvik ponownie promem do Svolvaer i w końcu Ure. Po drodze zatrzymali się na kole podbiegunowym, by zrobić dobre zdjęcie, kupić pamiątki i napić się kawy. Dotarcie do celu zajęło niespełna trzy dni (...)

FOT. Krzysztof Stoś

FOT. Krzysztof Stoś

FOT. Krzysztof Stoś

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 25 z 22 czerwca 2016 r.

We dwoje. Bez przerwy

Fot. Archiwum Marty Sobczak

Spali u rodziny uprawiającej marihuanę, przez 9 godzin jechali w wagonie na żelazo, a Amerykę zamierzają przejechać tandemem. Opowiadają o swoich przygodach i o tym, jak wytrzymać w swoim towarzystwie przez 24 godziny na dobę.

Poznaliśmy się dwa lata temu w Jordanii. Ja studiowałam tam język arabski, a Ben podróżował. Połączył nas portal couchsurfing.org. Ben był gościem mojej współlokatorki i przyjaciółki.

SZALONE PRZYGODY
Okazało się, że oboje najbardziej na świecie kochamy podróżować. Odwiedziliśmy już prawie wszystkie kraje Europy, Afrykę Północną i Zachodnią oraz sporą część Bliskiego Wschodu. Oboje mamy za sobą szalone przygody - Ben, dzięki marokańskim poszukiwaczom skarbów, przeżył kilka niewiarygodnych chwil. Ja musiałam uciekać z miejsca pracy w Sudanie z powodu sytuacji politycznej (...)

MAMY JUŻ TANDEM
Szukamy sponsorów, którzy zechcą z nami współpracować. Mamy już tandem - to nasz największy sukces.
W czerwcu wyruszamy na wyprawę testową - zobaczymy Anglię, Irlandię, Islandię i Grenlandię (...)

Fot. Archiwum Marty Sobczak

Fot. Archiwum Marty Sobczak

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 24 z 15 czerwca 2016 r.

 

  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak
  • Autor: Archiwum Marty Sobczak

Och, Karol!

Fot. NEWSPIX.PL

Droga, jaką przeszedł KAROL LINETTY od boiska w Damasławku do Lecha Poznań i do reprezentacji narodowej, jest niesamowita.

Swoją piłkarską pasję rozpoczął w klubie GLKS Sokół Damasławek. Ostatnio powołany zosta do kadry narodowej Polski, W niebiesko-białych barwach Lecha Poznań jest wysokiej klasy zawodnikiem, okrzykniętym odkryciem sezonu ligi w 2014-2015 roku.

W SAMYM OGNIU
Karol Linetty był jednym z sześciu piłkarzy, którzy w poniedziałkowym meczu z Litwą nie zagrali. Przed wyjazdem na EURO 2016 odpoczywał też m.in. Robert Lewandowski. To właśnie „Lewego” Karol zmienił w drugiej połowie meczu towarzyskiego z Holandią w Gdańsku. We wtorek kadra biało-czerwonych z podkrakowskich Balic wyleciała do Francji.
Niezwykle pracowity i uparty, dążący do celu swoich marzeń... Karol Linetty do Lecha Poznań trafił w 2004 roku, kiedy to ówczesny trener grup młodzieżowych Lecha Patryk Kniat wypatrzył go na turnieju we Lwówku. Dziś damasławianin jest jednym z ważniejszych ogniw Kolejorza i samej kadry trenera Adama Nawałki. Od tygodnika Piłka Nożna dostał statuetkę Odkrycia Roku 2014 (...)

FOT. Anna Borczykowska

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 23 z 8 czerwca 2016 r.

Ziobro puka do drzwi w Wągrowcu

Fot. fakt.pl

Nieoczekiwany zwrot akcji w sprawie kobiety ze Skoków skazanej za nieprzerejestrowanie w terminie samochodu. W jej obronie stanął Prokurator Generalny, ZBIGNIEW ZIOBRO, polecając wągrowieckiej prokuraturze wszczęcie procedury wstrzymania wykonania kary.

Głos Wągrowiecki dotarł do pisma Biura Prezydialnego Prokuratury Krajowej, w którym czytamy: „Zbigniew Ziobro wstrzymał areszt dla samotnej matki. Prokurator Generalny polecił prokuratorowi rejonowemu w Wągrowcu podjęcie działań zmierzających do wstrzymania wykonania w stosunku do niej kary pięciu dni pozbawienia wolności. (...) W ocenie Prokuratora Generalnego jest to zbyt surowa sankcja wobec matki, która wychowuje samotnie sześcioro dzieci”.


ZBRODNIA I KARA
Ewa D. najpierw została skazana przez Sąd Rejonowy w Wągrowcu na 100 złotych grzywny. Była to kara za to, że nie przerejestrowała samochodu w wymaganym terminie. Z uwagi na niepewną sytuację materialną kobieta zgodziła się w zamian odpracować 20 godzin na cele użyteczne społecznie. Była umówiona z kuratorem na dogodne dla niej terminy, ale nie stawiła się w pracy. W związku z tym sąd postanowił o zamianie kary na pięć dni za kratami. I to z tym postanowieniem nie zgadza się Prokurator Generalny. Dlatego, że „Zgodnie z artykułem 26 Kodeksu wykroczeń nie można wymierzać kary aresztu, jeśli warunki osobiste sprawcy uniemożliwiają jej odbycie. Tak jest w tym przypadku. Dlatego powołując się na treść tego przepisu, Prokurator Rejonowy powinien wnioskować o zmianę postanowienia sądu”, - argumentuje Zbigniew Ziobro (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 16 z 20 kwietnia 2016 r.

Spiderwtopa, każdy może być superbohaterem

Fot. Tomasz Sosnowski

To przeczytacie tylko w Głosie Wągrowieckim. Żadna inna gazeta w Wielkopolsce nie ma takiego wywiadu! Rozmawiamy z najbardziej popularnym na świecie polskim youtuberem, SYLWESTREM WARDĘGĄ. Mogłoby się wydawać, że w pierwszym zdaniu powinno znaleźć się odstrzeżenie: Uwaga! Niecenzuralne Teksty, a tu jest tylko drobny „fuck” policji i słowa o... mamie.

Powtarzasz, że Twoje początki były trudne. Opowiedz o tym.
- Na początku nie wiedziałem, co to znaczy subskrybent. Dopiero, gdy wrzuciłem pierwszy plik, dowiedziałem się, że trzeba zbierać subskrybentów. Nie wiedziałem w ogóle na czym to polega i gdy miałem 10 tysięcy subskrybentów, każdemu z nich wysyłałem wiadomość: hej, twoja subskrypcja jest dla mnie ważna. Tworzę nowy kanał. Proszę zasubskrybuj mój nowy kanał...
Naprawdę wysyłałeś oddzielną wiadomość każdemu z dziesięciu tysięcy ludzi?
- Tak, tak. Pisało się maile. To znaczy wtedy na Youtubie wysyłało się wiadomości. I też przypominam sobie, gdy było Euro 2012. Wiedziałem, że będzie dużo ludzi z zagranicy. Podrukowałem sobie takie małe karteczki, chodziłem i rozdawałem te małe karteczki w stroju Supermana. Tam było napisane: tutaj jest mój Facebook, tu jest kanał na Youtubie. Taka determinacja i wychodzi na to, że się opłaciło (...)
Jaka to miejscowość, z której pochodzisz?
- Nowe Piegłowo. Nic to raczej nikomu nie powie.
Nowe Piegłowo, dobrze słyszę? Gdzie to jest?
- Koło Szydłowa i Nosarzewa Borowego, północne Mazowsze, powiat mławski. To jest strasznie mała miejscowość. Tam mieszka sto osób, a nie, nawet nie. Moja mama była bardzo martwiąca się. W związku z tym od domu mogłem oddalać się najwyżej siedemset metrów. Gdy miałem jechać rowerem, mówiła, że na drogę asfaltową mam nie wyjeżdżać. To siedziałem przed komputerem i internetem. Przez to, jako dwunastolatek stworzyłem serwis Play by Chat i uruchomiłem najpopularniejszą w Polsce grę na czacie. Graliśmy z rówieśnikami. To było RPG oparte o Dragon Balla (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 15 z 13 kwietnia 2016 r.

Dobro zawsze powraca

Fot. Jerzy Mianowski

Z MARKIEM DANIELEM, Honorowym Wągrowczaninem A.D. 2015, rozmawia Jerzy Mianowski.

Jakie są Twoje związki z ziemią wągrowiecką?
- Urodziłem się w Janowcu Wielkopolskim, który przed wielu laty administracyjnie należał do tej ziemi, ale do dzisiaj występują silne związki, mimo że Janowiec leży w sąsiednim województwie. Przed II wojną światową Wągrowiec był dla Janowca metropolią. Pochodzę z rodziny kupieckiej i wszystkie kontakty handlowe mojego ojca związane były z miastem nad Wełną i Nielbą. Jako małe dziecko przyjeżdżałem tutaj z ojcem na jarmarki. Po transformacji ustrojowej Janowiec walczył o przynależność do powiatu wągrowieckiego, czemu sekundowałem.
Tam spędziłeś dzieciństwo, ale potem trafiłeś do Poznania...
- To było związane z nauką i przyszłą pracą. W wieku 14. lat zamieszkałem w Gnieźnie i po zdaniu matury udałem się na studia medyczne w Poznaniu. Kontakt jednak urwał się z tą ziemią na jakiś czas, lecz dziś tutaj wracam mentalnie i fizycznie.
Wciąż jednak żyjesz środowiskiem z lat dzieciństwa?
- Trudno uciec od tych lat, zapomnieć o nich, dlatego pozostałem wierny temu miasta i mieszkańcom. Uważam, że po latach każdy winien coś zrobić dla byłego swojego środowiska. Nie da się ukryć, że z tą ziemią się zżyłem... (...)
A co jest kulą u nogi wągrowieckiej służby zdrowia?
- Przede wszystkim brak współpracy wewnątrz tego środowiska. W powiecie nadal brakuje pozytywnych relacji pomiędzy szpitalem, ordynatorami i lekarzami rodzinnymi. System organizacji służby zdrowia w Polsce nie sprzyja tym relacjom, ale wiele rzeczy można zrobić we własnym zakresie. 
A dworek w Brdowie to wyraz miłości do Karola Libelta, drugie miejsce na ziemi, czy też przyświecała Tobie inna idea?
- Z zawodu jestem ginekologiem i niosłem pomoc kobietom. Pod koniec pracy zawodowej moje myślenie zaczęło się przestawiać na niesienie pomocy ludziom podczas ich przechodzenia na drugą stronę. Myślałem o założeniu w Brdowie hospicjum lub domu seniora. To było moje credo, ale droga do tego celu okazała się ciernista. W Brdowie czuję się dużo lepiej niż w domu. Tutaj spełniam swoje marzenia i zaspokajam ambicje, spotykam się z ciekawymi ludźmi różnych wyznań i barwy politycznej. Nieważne jest dla mnie ich pochodzenie, rasa, rodowód, zasobność portfela, ale to co oni sobą reprezentują i jakie mają pasje (...)

Fot. Jerzy Mianowski

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 14 z 6 kwietnia 2016 r.

Galeria Sław

FOT. Archiwum

Pewnie sami nie nazwaliby się sławnymi, ale my nie wahamy się użyć tego sformułowania. Tydzień po wręczeniu nagród najpopularniejszym wągrowczanom 2015 roku rozmawiamy z naszymi laureatami. Każdy z nich był zaskoczony samą nominacją w plebiscycie Głosu Wągrowieckiego. A tym bardziej nie spodziewali się, że Czytelnicy oddadzą na nich aż tyle głosów.

Wraz z prezentowanymi zwycięzcami laur w naszym plebiscycie odebrała także Ewa Tanous, która otrzymała statuetkę Most Przyjaźni. Honorowym Wągrowczaninem 2015 został natomiast doktor Marek Daniel. Gdy przygotowywaliśmy to wydanie Głosu Wągrowieckiego oboje byli daleko poza granicami Polski.

Wiatr w skrzydła
- Jestem bardzo szczęśliwa. Byłam zaskoczona już samą nominacją. Potem, gdy okazało się, że o 50 procent przebiłam pozostałe znamienite panie, aż nie mogłam w to uwierzyć – zaznacza laureatka. Nasza Kobieta Sukcesu 2015 jest neurologopedą i wykładowcą akademickim. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że sukces w plebiscycie zawdzięcza głosom oddanym przez jej pacjentów i ich bliskich (...)

Mistrz męskiej wycinanki
- Jestem niezmiennie zadowolony. Co drugi klient wchodzi i składa gratulacje, a telefonów to mam zatrzęsienie. No super – zachwyca się. 
Jak sam przyznaje, na siebie głosu nie oddał. Wygląda więc na to, że wygraną zapewniły mu głosy wdzięcznych klientów jego zakładu fryzjerskiego. Ale Wacław Rosół nie jest takim zwykłym fryzjerem – to mistrz brzytwy.
- Specjalizuję się w wycinankach na głowie, po prostu władam brzytwą na głowie już 55 lat. Jak jakiegoś zygzaka trzeba wyciąć, pajęczynę lub inny wzór, to wycinam brzytwą – wyjaśnia (...)

Przebojem
Kiedy dowiedziałeś się o nominacji do plebiscytu?
- Byłem wtedy na zawodach. Powiedział mi o tym trener i koledzy z drużyny.
Jaka była Twoja reakcja?
- Bardzo się ucieszyłem, ponieważ to była moja pierwsza nominacja, dlatego nie ukrywałem radości.
A jak teraz, po zwycięstwie, oceniasz odniesiony sukces?
- Sądzę, że to duży krok naprzód i oczywiście ogromny zaszczyt, oraz ogromna motywacja do dalszej ciężkiej pracy.
Dlaczego wybrałeś akurat pływanie, a nie np. piłkę nożną, jak większość Twoich rówieśników?
- Kiedy byłem mały, marzyłem o karierze piłkarza. Chciałem grać w ukochanym klubie, czyli Lechu Poznań. Trenowałem jednak w Nielbie. Niestety, nie miałem nadzwyczajnych zdolności piłkarskich. Z czasem było jednak coraz lepiej i zaczynałem dostawać od trenera więcej szans na grę. Szkoda, że za oceny w szkole mama mnie wypisała. Ja uważam, że nie były takie tragiczne (...)

Nie miałem wyboru
Czy spodziewał się Pan nominacji?
- Przyznam się, że do dzisiaj nie wiem, kto mógł zgłosić moją kandydaturę? 
Jak Pan i Pańska rodzina przyjęliście wiadomość o zwycięstwie?
- Do różnego rodzaju plebiscytów podchodzę trochę z przymrużeniem oka, ale zawsze miło jest, jeśli dostrzeżona zostaje czyjaś praca. Rzeczywiście, w ostatnim roku z grupą chłopaków rocznika 2000 osiągnęliśmy duży sukces, grając w turnieju finałowym mistrzostw Polski w Kielcach. Po drodze wygraliśmy ligę wielkopolską i turniej półfinałowy. Na wieść o wygranej w plebiscycie dumna była żona, siostra oraz syn, który jest czynnym zawodnikiem, a kiedyś był moim podopiecznym. To oni pierwsi pospieszyli z gratulacjami. 
Skąd taka pasja do piłki ręcznej? Czy był Pan czynnym zawodnikiem?
- Pasja do piłki ręcznej przyszła w szkole podstawowej. Zresztą w Wągrowcu nie było wielkiego wyboru, jeśli chodzi o uprawianie jakiegoś sportu: albo ręczna, albo nożna. Wybór padł na ręczną, choć w nożnej też próbowałem swych sił. O takim wyborze zadecydowały również tradycje rodzinne. Mama uprawiała kiedyś szczypiorniaka. Trenowałem do momentu ukończenia wieku juniora. Po podjęciu pracy zawodowej moja miłość do piłki ręcznej poszła w kierunku szkolenia młodzieży. Z zawodu jestem nauczycielem wychowania fizycznego (...)

Wschodząca gwiazda
Kiedy dowiedziałeś się o nominacji do plebiscytu, to co sobie pomyślałeś?
- Było mi bardzo miło, że ponownie zostałem nominowany do tak prestiżowego plebiscytu. Nie mam pojęcia kto mnie nominował, ale to miłe uczucie. 
Kiedy i od kogo otrzymałeś wiadomość o zwycięstwie?
- O wygraniu plebiscytu dowiedziałem się natychmiast, bo oglądałem transmisję live na jednym z portali. Byłem przecież ciekawy kto został wybrany przez głosujących. 
Dlaczego wybrałeś akurat lekkoatletykę i biegi, a nie np. piłkę nożną czy szczypiorniaka, jak większość Twoich rówieśników.
- Początek mojej przygody ze sportem związany jest z piłką nożną, ponieważ ładnych parę lat grałem w Nielbie. Nie ukrywam jednak, że nie byłem świetnym piłkarzem. Przygodę z lekkoatletyką zacząłem pod koniec szóstej klasy podstawówki. Łukasz Osiecki, mój nauczyciel wychowania fizycznego w Siennie, zabierał mnie na czwartki lekkoatletyczne. Pamiętam, że tam wygrywałem wszystkiego biegi na 60 metrów, a było ich chyba cztery (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 13 z 30 marca 2016 r.

 

 

MODELOWO

Fot. 2x Franciszek Szklennik

TERESA i AREK ANDRAKOWIE poznali się podczas dyskoteki w mieście, w którym żadne z nich wówczas nie mieszkało. Dziś wrośli w pejzaż tego miejsca.

Teresa urodziła się w Nakle n/Notecią. Mieszkała z rodziną w Iwnie niedaleko Kcyni. Stamtąd jej rodzice trafili do pracy w PGR, w maleńkiej wsi Chociszewo, na granicy gmin Skoki i Mieścisko. To taka wieś, której można nie zauważyć. Nie ma swojej tablicy oznaczającej miejscowość.

MAMA I TATA
W swoim życiu była modelką. Pojawiała się na wybiegu podczas pokazów mody. Miała wtedy osiemnaście lat, a szkoła w Poznaniu, którą kończyła stworzyła jej możliwość spróbowania tego trudnego i wymagającego wyrzeczeń zajęcia. Kariera modelki przerwało zajście w ciążę.
- To fajne zajęcie, ale nie każda dziewczyna marząca o karierze modelki wie, że to niekiedy ciężka harówka, aby efekt był jak należy - wspomina Teresa.
Arek pochodzi z Poznania. Od czasu do czasu wybierał się na dyskoteki do Skoków. Tu wpadła mu w oko zgrabna, śliczna dziewczyna. Jego mama, Halina Przybylska była sportsmenką uprawiającą biegi, skok w zwyż i w dal. Wśród sportowców nazywana była „Czarną” (...)

MARZENIA
Tata urządza trudne treningi synowi. Wiesza, np. na bramce różne przedmioty i Alan stara się trafić w nie kopniętą piłką. Cały czas i on, i mama pamiętają o chorobie, która dotknęła ich syna. Alan ma za sobą długie pobyty w szpitalu. Wielu innych chłopców poddałoby się, ale nie Alan. Bardzo przeżywa podczas meczu, gdy któryś z chłopaków nie trafi do pustej bramki, albo źle poda piłkę. Sam przyznaje, że zdarza się mu być trochę indywidualistą na boisku. Tata twierdzi, że przyjmowane leki sterydowe maja wpływ na jego reakcje (...)

Teresa w okresie nauki w Poznaniu była modelką wielokrotnie uczestniczyła w pokazach mody. FOT. Archiwum prywatne

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 12 z 23 marca 2016 r.

Dwa razy naj...

Józef Klemens. Fot. Franciszek Szklennik

JÓZEF KLEMENS jest co najmniej dwa razy naj: najstarszym pszczelarzem w Wągrowcu i najstarszym czynnym myśliwy.

W listopadzie ubiegłego roku Józef Klemens skończył 90 lat. Szesnaście lat temu zmarła po ciężkiej chorobie, żona.
- Nie związałem się już z nikim. Mam przyjaciół, rodzinę i od pięciu lat tę wdzięczną suczkę Lusię - mówi refleksyjnie. - Jestem dawno na emeryturze, ale musiałabym pójść jeszcze raz, bo nie mam czasu się nudzić i zawsze coś do zrobienia.Lusia jest z nim pięć lat. Wcześniej mieszkała na ranczo koło Żelic. Kiedy jeździł polować w te okolice, wielokrotnie widział przez ogrodzenie samotną psinę. Jej opiekunki mieszkały na co dzień w Wągrowcu i zaglądały do czworonoga jakby przejazdem. Poprosił je, aby dały mu ją, ponieważ w tym czasie zdechła dotychczasowa suczka, którą się opiekował. Zgodziły się (...)

Lusia. Fot. Franciszek SzklennikPSZCZOŁY I ŁOWY
- Moje roczniki z pracy i w kole łowieckim już są po tamtej stronie. Jestem jedynym żyjącym założycielem Koła Łowieckiego „Cyranka” w Wągrowcu - wyjaśnia. - Poluję do tej pory, a razem ze mną zięć i wnuk.
Jego przygoda z łowiectwem zaczęła się w 1953 roku. Łowczy Franciszek Kamieniecki, zwołał zebranie, żeby zorganizować koło łowieckie.- Żona w żartach powiedziała mi, żebym zapisał się, to nie będę szukał innych rozrywek na boku - śmieje się pan Józef. Pokazuje mi ostatnie trofea strzelonych w tym roku kozłów. Ma najwyższe oznaki łowieckie. Przez ponad pół wieku był łowczym w kole. Kiedyś niespodziewanie zaczęła się jego przygoda z pszczołami. Ma teraz dwadzieścia uli w Żelicach w gospodarstwie państwa Sempołowiczów, którym nieszczęśliwie pożar strawił dwa lata temu dom. Kiedyś chętnie jeździła z nim żona, która spacerowała sobie po lesie, kiedy mąż zajmował się pasieką.
- Nie miałem pojęcia o pszczołach i kiedy ktoś zaproponował mi to zajęcie, byłem nieco wystraszony. W rodzinie nie było pszczelarskich tradycji. - mówi ze śmiechem. - Moja rodzina jest mundurowa.- Kiedy umiera pszczelarz, umiera i pasieka - tłumaczy pan Józef. - Teściowie moich braci mieli dużą pasiekę. Kiedy umarli, ule opustoszały, bo nikt z nas nie umiał się nimi zająć. Okrutny los sprawił, że zmarł nagle człowiek, który mnie miał nauczyć tego fachu. Pozostawił mi swoje ule i pszczoły (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 11 z 16 marca 2016 r.

Pieszo i tandemem przez azjatycki ląd

FOT. Archiwum prywatne Aleksandra i Karoliny Klajów

Japończycy planują każdy swój ruch, Chińczycy należą raczej do skrytych, za to w Mongolii każdy zna czterech pancernych i psa Szarika. O tym wszystkim na własnej skórze przekonali się ALEKSANDER i KAROLINA KLAJA, którzy na tandemie przejechali przez niemal całą Azję.

Aleksander już wcześniej miał niezłe doświadczenie z tego typu wyprawami: zaliczył rowerową wycieczkę między australijskimi miastami Brisbane a Sydney. Dystans 1000 km przebytych na zwykłym polskim junaku stanowił niezły wstęp do epickiej podróży, jaka była jeszcze wtedy przed nim (..)

PRZEZ STEPY, TAJGĘ, GÓRY
Ruszają w kwietniu, gdy na polskich ulicach leży jeszcze śnieg (taka tego roku była u nas wiosna). Na Ukrainie pogoda równie mroźna, zmiana następuje dopiero w Mołdawii.Wraz z wjazdem do Republiki Kałmucji zmienia się też krajobraz: oto zaczynają się bezkresne azjatyckie stepy.
- Na stepie jest pięknie, ma się niesamowite poczucie wolności. Niestety, tak jak pięknie, tak i bywa tam ciężko – wspomina Aleksander (...)

FOT. Michał Smyk

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 3 z 20 stycznia 2016 r.

Kula, która zmieniła życie

FOT. 2x Franciszek Szklennik

Dziewiętnastoletni wówczas PIOTR BABRAKOWSKI ze starszym o rok bratem PAWŁEM wyruszyli w 1980 roku na Śląsk za pracą. Kula wystrzelona na terenie kopalni „Wujek” zmieniła jego życie.

Kopalnie i przedsiębiorstwa pracujące dla kopalni potrzebowały ludzi. Emisariusze ze Śląska jeździli po kraju i namawiali na przyjazd do pracy.

WIZJA ŻYCIA
To działało. Kusiły zarobki, możliwość skorzystania z przywilejów górniczych, szansa na zdobycie atrakcyjnego zawodu, zaliczenie obowiązkowej służby wojskowej. Skusiło i Piotra, i Pawła, zwłaszcza, że mieli na Śląsku rodzinę, która zaoferowała pomoc w znalezieniu dobrej pracy. - Przyjęli nas do pracy w Przedsiębiorstwie Robót Górniczych Katowice przy kopalni „Wujek”. Zanim górnicy mogli zacząć fedrować na przodku montowaliśmy maszyny, urządzenia i zabezpieczenia chodników - wspomina Piotr (...)

FOT. Franciszek Szklennik

Więcej w wtorkowym wydaniu Głosu nr 52 z 22 grudnia 2015 r.

 

Nasz felietonista ministrem

FOT. Archiwum prywatne

PAWEŁ SZAŁAMACHA, który miał biuro poselskie w Wągrowcu, został ministrem finansów nowego rządu.

O tym co dzieje się w szerokiej polityce i jaki ma ona wpływ na nas i na nasz regionu poseł ubiegłej kadencji Paweł Szałamacha pisał w felietonach na łamach Głosu Wągrowieckiego. Od poniedziałku jest już oficjalnie ministrem finansów w rządzie Beaty Szydło (...)

RODZINA PRIORYTETEM
A czym zajmować się będzie nowy minister finansów? W pierwszej kolejności obiecał zająć się sztandarowym projektem PiS: 500 zł na dziecko (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 47 z 18 listopada 2015 r.

Po drugiej stronie globu

FOT. Archiwum prywatne

Niezapomniane wrażenia i widoki, czyli wągrowczanie w USA.

Wyprawa marzeń. Tak można nazwać ostatni wyjazd czwórki wągrowczan, którzy odwiedzili zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych.

ADRENALINA
- O wyjeździe do Ameryki marzyłem już wcześniej. Niestety, wówczas albo nie było paszportu, albo wizy, tym razem się udało i na długo pozostanie on w mojej pamięci. Takich widoków i przeżyć nie da się szybko zapomnieć - wspomina Ryszard Rączkowski. Najpierw kilka godzin lotu samolotem. Była adrenalina, bo lecąc nad Oceanem Atlantyckim nie widziało się nic oprócz wody. Później lądowanie w San Francisco i zwiedzanie miasta, które wyjątkowo było bezmgielne. Gorzej było nad Wielkim Kanionem, gdzie z powodu mgły odwołano lot helikopterem. Mimo wszystko przeżycia były wyjątkowe (...)

FOT. Archiwum prywatne

FOT. Archiwum prywatne

Więcej w wtorkowym wydaniu Głosu nr 46 z 10 listopada 2015 r.

 

Nasze drogi wciąż krzyżowały się...

FOT. Archiwum Głosu

Ciężko jest usiąść do napisania wspomnienia o przyjacielu, zwłaszcza w kilka godzin po otrzymaniu wiadomości o jego śmierci. Kilka dni temu Władka odwiedziłem w szpitalu. Wtedy kurczowo trzymał się poręczy łóżka, jakby chciał mi powiedzieć, że ma dość sił na samodzielne wstanie, ba, kilka dni wcześniej nawet odbył krótki spacer. Walczył z chorobą do końca...
W poniedziałek rano dotarła do mnie wieść o śmierci Władka. Przyjąłem ją godnie, jakbym przewidywał, że niebawem nastąpi najgorsze. No i przyszło to, czego nikt nie chce dopuszczać do siebie. Wówczas człowiekowi trudno znaleźć swoje miejsce na ziemi, ogarnia go niepokój i dręczą myśli. Do głowy wracają wspomnienia z tamtych lat (...)

W 1990 r. Władek był współzałożycielem Głosu Wągrowieckiego i Agencji Wydawniczo-Reklamowej „Głos Wągrowiecki”, a jeszcze wcześniej współredagował ze mną Gazetę Wągrowiecką. Prawie przez ćwierćwiecze pisał i redagował teksty,makietował, prowadził wydania, a nawet nadzorował druk gazety w miejscowych zakładach poligraficznych. W 2001 roku założyliśmy firmę wydawniczą Wągrowiecka Oficyna Wydawnicza Sp. z o.o., która jest aktualnym wydawcą Głosu Wągrowieckiego. Dziennikarstwo pochłonęło Go bez reszty. Nowa pasja, obok historycznej, przełożyła się w opasłe tomy roczników gazety oraz niewiele cieńsze książki (...)

 

Dr Władysław Purczyński

ur. 10 września 1947 r. w Wągrowcu, zm. 2 listopada 2015 r. w Wągrowcu po heroicznej walce z chorobą.

Edukacja oraz praca zawodowa i społeczna:

1966 - ukończył Liceum Pedagogiczne w Wągrowcu,
1966-1974 - nauczyciel w szkole podstawowej w Mokronosach, Wągrowcu, Chojnie,
1974-1975 - pracownik w Wydziale Oświaty i Wychowania w Wągrowcu,
1975-1980 - kierownik internatu w ZSZ nr 1 w Wągrowcu,
1976 - ukończył Wydział Historyczny na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu,
1980-2009 - dyrektor Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2 w Wągrowcu (dawniej Zespół Szkół Zawodowych nr 2),
1990–2013 - redaktor i współzałożyciel Głosu Wągrowieckiego,
1998-2014 - radny Rady Miejskiej,
2000 - uzyskał tytuł doktora nauk humanistycznych w Instytucie Historii na UAM w Poznaniu,
2006-2014 - przewodniczący Rady Miejskiej

Nagrody i wyróżnienia:

1977, 78, 89, 99 - nagrody Ministra Oświaty i Wychowania za wybitne osiągnięcia w pracy dydaktycznej i wychowawczej,
1982 - medal „Za wybitne zasługi w rozwoju województwa pilskiego”,
1985 - medal „Za zasługi w rozwoju kultury fizycznej w szkole - SZS zarząd wojewódzki w Pile”,
1986 - Złoty Krzyż Zasługi,
1997 - Medal Komisji Edukacji Narodowej,
1998 - honorowe wyróżnienie „Złoty Kaganek Historii” - Stowarzyszenie Popularyzacji Historii Szkolnictwa,
2001 - nagroda honorowa „Dobosz Powstania Wielkopolskiego”
2001 - Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski
2001 - Nagroda Powiatu Wągrowieckiego „Złota Pieczęć” w dziedzinie kultura, edukacja i sport,
2003 - odznaka honorowa „Za zasługi dla województwa wielkopolskiego”,
2003 - srebrny medal „Opiekuna Miejsc Pamięci”,
2007 - Honorowy Wągrowczanin A.D. 2006 Głosu Wągrowieckiego,
2010 - Nagroda Pracy Organicznej „Złoty Liść” Głosu Wągrowieckiego.
Oprócz tego dr Władysław Purczyński otrzymał liczne odznaczenia LOK, SZS, OHP, MON, MKS „Nielba”, nagrody Kuratora Oświaty i wyróżnienia.

Wydane książki:

1994 - „Seminarium Nauczycielskie i Liceum Pedagogiczne w Wągrowcu w latach 1920-1969” (otrzymał za nią, „Złoty Kaganek Historii”, główną nagrodę Nadnoteckiego Stowarzyszenia Popularyzacji Historii Szkolnictwa w 1998 r.),
1995 - „Ppłk dr Stanisław Kuliński”,
1998 - „Wągrowiec w dobie powstania wielkopolskiego 1918-1919”,
2008 - „Społeczeństwo ziemi wągrowieckiej w dobie powstania wielkopolskiego i w walce o granicę wschodnią Rzeczypospolitej w latach 1918-1920”,
2010 - „Swastyka nad miastem. Okupacyjne dzieje Wągrowca 1939-1945”.
2014 - „Swastyka nad miastem. Okupacyjne dzieje Wągrowca i losy mieszkańców ziemi wągrowieckiej 1939-1945” (wydanie drugie rozszerzone).

FOT. Archiwum Głosu

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 45 z 4 listopada 2015 r.

Liczymy na kolejne lata

FOT. Wioletta Gryczka

To już 70 lat, odkąd czytelnicy sięgają po kolejne książki z miejskiej książnicy.

Wielu gości, ale także wiernych Czytelników odwiedziło Miejską Bibliotekę Publiczną, która w czwartek świętowała swoje 70-lecie.

PRZYTULNE REGAŁY
Gości przywitała Alina Woźniak, dyrektor placówki, która podkreśliła, że największym skarbem książnicy są jej wierni czytelnicy, jacy ciągle sięgają po kolejne pozycje i uczestniczą w życiu biblioteki, bo przecież nie tylko książki tam królują (...)

FOT. Wioletta Gryczka

FOT. Wioletta Gryczka

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 44 z 28 października 2015 r.

O człowieku, który znalazł się na szczycie

Fot. Archiwum prywatne Mariusza Sprutty

O wągrowczaninie MARIUSZU SPRUTTCIE jak o nikim innym można mówić, iż dotarł na same szczyty świata.

Jak to często bywa, wszystko zaczęło się od wpływu inspirujących ludzi. Miłość do gór zaszczepili w nim bowiem nauczyciel geografii, nieżyjący już Waldemar Balcerowicz i matematyki Józef Wojciechowski. Po skończeniu liceum Sprutta wyjechał na studia do Poznania, ale i to miejsce na pewnym etapie życia dla Mariusza było za małe. Świat wzywał.

W STRONĘ GÓR
Na himalajską wyprawę Sprutta trafił po raz pierwszy w 1991 r. Ponieważ sponsorzy zaczęli pojawiać się dopiero później, początkowo więc każdy, kto chciał przeżyć wielkie górskie wyzwanie, musiał sięgnąć do własnej kieszeni.
Po wylądowaniu samolotem w Nepalu czy Pakistanie, trzeba jeszcze jakoś dostać się pod samą górę. Dociera się tam np. na pace ciężarówki, a gdy droga jest nieprzejezdna, sprzęt bierze się na plecy i rusza na piechotę. W końcu jednak i tak szosa – jak i cywilizacja zresztą – kończy się nieodwołalnie i do pierwszej z górskich baz trzeba już dotrzeć o własnych siłach. Konieczne staje się wynajęcie tragarzy (...)

Fot. Michał Smyk

Fot. Michał Smyk

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 42 z 14 października 2015 r.

 

  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty
  • Autor: Archiwum prywatne Mariusza Sprutty

 

 

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem