wtorek, 14 sierpnia
16:30

Piłkarska krew

Karol Linetty. Fot. Anna Borczykowska

KAROL LINETTY ma z zaledwie dwadzieścia lat i jest uważany za jeden z większych talentów piłkarskich w kraju. O życiu, miłości i piłce rozmawia z Anną Borczykowską.

Nie łatwo zastać Cię w rodzinnej miejscowości, a umówienie się na rozmowę to już „wyższa szkoła jazdy”. To niedzielne spotkanie, zgotowane przez sąsiadów, chyba Cię zaskoczyło?
- Jeszcze jak! Cały czas jestem pod jego wrażeniem! Nie spodziewałem się takiego przyjęcia. I szczerze, nic o tym nie wiedziałem. Do Damasławka przyjeżdżam rzadko, bardzo rzadko. Co tydzień mamy mecze, treningi, wyjazdy i dlatego z tymi powrotami jest ciężko. Dodam tylko, że jestem sentymentalny. Przywiązuję wagę do pamiątek, wspomnień, a tu taka niespodzianka i ten puchar, który dla mnie przygotowali moi sąsiedzi, przyjaciele i najwierniejsi kibice. I jeszcze to zdjęcie od pani, z Piotrem Reissem, tak dawno temu zrobione!

Karol Linetty w czasach gimnazjalnych z Piotrem Reissem. Fot. Anna Borczykowska
Jeśli uda się przyjechać tak jak teraz - dosłownie - na kilkanaście godzin do rodzinnego domu, to co najchętniej robisz?
- Lubię jeść! (śmiech). Jestem tradycjonalistą pod każdym względem, również polskiej kuchni. Stały zestaw jak zawsze: schabowy, ziemniaki, buraczki. Uwielbiam to od dziecka, jeszcze jak babcia to przygotowywała. Poza tym nie mam specjalnych życzeń, choć nie ukrywam, że przed przyjazdem jest telefon do mamy...
Karol, Twoje fanki, pewnie są w rozpaczy. Jest przy tobie piękna i mądra dziewczyna, od kiedy jesteście razem?
- Poznaliśmy się we wrześniu ubiegłego roku. Miałem kontuzję, a z naszym klubem współpracuje klinika Rehasport w Poznaniu. Wioletta pracuje tam w rejestracji. Spotkaliśmy się w windzie, zaproponowałem jej... wodę. Podziękowała. Przekazałem później przez pielęgniarkę tę wodę, zapisując na butelce mój numer telefonu. Spotkaliśmy się kilka dni później i tak to trwa do dzisiaj (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 20/2015

Surowy, ale sprawiedliwy

Fot. Archiwum Rafała Spachacza

Wągrowiecki szpital ma nowego dyrektora: został nim RAFAŁ SPACHACZ, który w rozmowie z Cezarym Kucharskim mówi czego mogą m. in. oczekiwać od niego współpracownicy.

Głośnym echem w mediach odbiło się zdarzenie podczas październikowej sesji Rady Miasta Gniezna. Czy zechce Pan skomentować ten przykry incydent ?
- Z reguły nie komentuję działań przestępczych, ponieważ od tego jest policja i prokuratura. Każdy, kto jest ofiarą przestępstwa, odwołuje się do tych organów, a one powodują, że winnym wymierza się karę. Mogę jedynie wspomnieć, iż było to dla mnie niemiłe wydarzenie, reżyserowane i zaplanowane przez oponentów, celem nadszarpnięcia mojego autorytetu przed wyborami samorządowymi. Działanie okazało się nieskuteczne, gdyż z natury jestem odważny i nieustępliwy, stąd nawet takie niesmaczne i przestępcze prowokacje nie powstrzymają mnie w działalności społecznej. Jestem i pozostanę obrońcą prawdy i dobra publicznego.
Czy kara została wymierzona?
- Ta przestępcza próba została już w ubiegłym roku zgłoszona stosownym organom. Policja pod nadzorem prokuratury stara się ująć winowajców.
Co skłoniło Pana do złożenia aplikacji właśnie w Wągrowcu?
- Jestem specjalistą z dziedziny zdrowia publicznego i doktorem nauk medycznych. Posiadam kwalifikacje do zarządzania jednostkami służby zdrowia. Myślę, że cieszę się sporym zaufaniem społecznym, bo zdobyłem mandat wyborczy w powiecie gnieźnieńskim. Nie wyobrażam sobie zawieść mieszkańców oraz wyborców, jednak realizację własnych planów zawodowych, związanych z zarządzaniem służbą zdrowia, musiałem przenieść poza miejsce zamieszkania. Szukałem pracy gdzie indziej, dlatego złożyłem aplikację w Wągrowcu.
Zechce Pan ujawnić swoje dochody po objęciu stanowiska dyrektora Zespołu Opieki Zdrowotnej?
- Poprosiłem o znaczne obniżenie zarobków w porównaniu do poprzedniczki ze względu na trudną sytuację finansową jednostki. Wiem, że tak się stanie.
Został Pan zatrudniony na umowę czy kontrakt?
- Mam pełnić obowiązki z powołania na okres sześciu lat.
Rozumiem, że będzie Pan radnym i dyrektorem wągrowieckiej placówki. Czy połączenie nie odbije się negatywnie dla jednej z tych funkcji?
- Deklaruję, że wręcz przeciwnie. Samorządowcem jestem od blisko dziesięciu lat i umiem godzić powierzone funkcje (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 20/2015

Życie wywróciło się do góry nogami

Fot. Franciszek Szklennik

Pochodzą z różnych miejscowości. MARLENA z Inowrocławia, TOMASZ z Kalisza. Poznali się w pracy.

Spotykamy się w Pawłowie Skockim w ich domu. W salonie, na oparciu kanapy rozciągnął się okazały kot. Są jeszcze trzy inne. To pupile pani domu. Marlena i Tomasz Wawrzyniakowie wrócili właśnie z pracy. Marlena pracuje jako księgowa, Tomasz jest przedstawicielem handlowym. Jest jeszcze córka Tosia, która wkrótce skończy 15 lat i jest uczennicą II klasy gimnazjum w Poznaniu. Po lekcjach jeździ na lekcje gry na gitarze.

NA WŁASNE ŚMIECI
Przez piętnaście lat mieszkali w Poznaniu na Wildzie. Wynajmowali mieszkanie, którego okna wychodziły na podwórko z północnej strony. Aż przyszedł czas na decyzję – co dalej? W 2008 roku zaczęli rozglądać się za działką budowlaną.
- Na dwa lata odłożyliśmy plany ze względu na powszechny kryzys finansowy. Zadzwonili do nas nasi znajomi i powiedzieli, że znaleźli fajne miejsce. I tak zapadła decyzja, że ze znajomymi kupujemy tu działki – mówi pan Tomasz. - W 2011 budowa ruszyła i po dwóch latach mogliśmy w pełni cieszyć się z własnego lokum.
Mieszkają w Pawłowie Skockim, tuż przy drodze prowadzącej do Stawian. - Fascynacja mieszkaniem w mieście u nas w pewnym momencie minęła. I żona, i ja też wychowywaliśmy się na wsi. W pamięci pozostała cisza, urok i brak miejskiego hałasu – z melancholią wyjaśnia małżonek. – Tu możemy sobie usiąść na tarasie i oglądać przyrodę i smakować święty spokój. Na pytanie o to, co decyzja o zamieszkaniu w Pawłowie Skockim zmieniała w ich życiu, ze śmiechem opowiadają: - Nasze życie wywróciło się do góry nogami.

INNY ŚWIAT
W mieście, po powrocie z pracy w ruch szedł pilot od telewizora, fotel był jakby przywiązany do człowieka. Tutaj telewizor odpoczywa. Małżonkowie mają świadomość, że wybór miejsca zamieszkania wiąże się koniecznością uprawy ogródka, koszeniem trawy, koniecznością dokończenia prac przy wybudowanym domu. Bywa, że wolne dni od pracy mają zajęte codziennymi pracami na swojej zagrodzie od rana do wieczora (...)

SMAK ŻYCIA
Postanowili być w wielu sprawach samowystarczalni. Pan Tomasz uprawia chmiel, ponieważ na własne, hobbystyczne potrzeby produkuje piwo. Pomidory będą już w tym roku dojrzewać we własnym tunelu, raz w tygodniu pieką chleb na zakwasie. Od czasu do czasu uruchamiają swoją wędzarnię, żeby przygotować wędzonki. Domowa spiżarnia zapełnia się w sezonie własnymi przetworami z owoców i warzyw.
- Pomidorowej nie gotujemy z koncentratu – ze śmiechem mówi Marlena.
Tomasz w czasach licealnych złapał wędkarskiego bakcyla. Teraz z kolegą są w trakcie budowy pomostu na Maciejaku. Poznali już wielu ludzi ze wsi. Ponieważ nie wszystkie prace na działce da się przeprowadzić bez maszyn, zawarli znajomość z panem Krzysztofem, który chętnie świadczy usługi swoim traktorem i sprzętem. Sąsiad zza płotu mieszka na stałe w Gnieźnie i tu pojawia się sporadycznie. Zapoznali się z rodzicami koleżanki córki. – Z pozostałymi widzimy się od czasu do czasu w sklepie, albo pod figurką podczas święcenia potraw wielkanocnych – dodaje pan Tomasz (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 19/2015

Nie wołamy na puszczy

Fot. Wioletta Gryczka

KRZYSZTOF PASZYK, przewodniczący Sejmiku Województwa Wielkopolskiego, wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego w Wielkopolsce, w rozmowie z Jerzym Mianowskim i Franciszkiem Szklennikiem odpowiada na pytania o swoje miejsce w polityce, zamierzeniach i strategii.

Jak ocenia pan koalicję z Platformą Obywatelską w sejmiku?
- Pierwsze miesiące V kadencji nie ujawniły żadnych zasadniczych różnic, które tworzyłyby przeszkody do dobrej współpracy, jaka ma zresztą wieloletnią tradycję. W województwie wielkopolskim trwa od 2005 roku.
Czy nazwałby ją Pan modelową?
- Chyba ryzykowne byłoby użycie takiego określenia. To współpraca oparta na wzajemnym poszanowaniu i zrozumieniu partnerów koalicyjnych.
Pana wybór na stanowisko szefa sejmiku był wynikiem kalkulacji politycznej, która zapobiegłaby wyborowi kandydata opozycji na to stanowisko?
- Tradycją w sejmiku jest wybór przewodniczącego z grona radnych większościowej koalicji. Podtrzymany został ten zwyczaj. Podobnie jest w sejmie. Wybór mojej osoby był wynikiem uzgodnień między koalicjantami oraz rozmowy wewnątrz Polskiego Stronnictwa Ludowego - kto spośród dwunastu radnych PSL ma objąć tę funkcję (...)

W gronie radnych PSL brzmiały głosy: chcemy teki marszałka?
-Wbrew medialnym spekulacjom, uznaliśmy zwycięstwo mandatowe Platformy i prawo do typowania kandydata na marszałka województwa. Koncentrowaliśmy się na podziale kompetencji w zarządzie województwa i obszarów, które znajdą się w nadzorze przedstawicieli PSL.
Strategia pozwoliła uzyskać to, czego chcieliście?
- Unikam słów: dostaliście, chcieliście. Istotny dla PSL był nadzór nad Programem Rozwoju Obszarów Wiejskich, ponieważ posiadamy dobre rozpoznanie potrzeb środowisk wiejskich. Warto przypomnieć, że poseł PSL, były minister rolnictwa Stanisław Kalemba wynegocjował przesunięcie 5,2 mld złotych z funduszu spójności do PROW-u.
Do zagospodarowania był Stefan Mikołajczak. Znalazł się jednak w klubie radnych PO.
- Zarówno były marszałek Stefan Mikołajczak, jak i Zbigniew Ajchler przed wyborami wykonywali sympatyczne gesty pod adresem PSL, ale ostatecznie znaleźli się na listach innych komitetów. Dziś bym powiedział, że w pewnym sensie są „pomostami między koalicjantami”. Spekulacje wyborcze nie mają dziś znaczenia.
Były marszałek Stefan Mikołajczak i obecny marszałek Marek Woźniak byli po dwóch stronach barykady. Brakowało gestu podania sobie ręki. Teraz mamy do czynienia z zasadniczą zmianą postaw.
- Nie chciałbym oceniać faktów z przeszłości, których nie byłem świadkiem. Można zastosować maksymę, że czas leczy rany, ponieważ obydwaj panowie nie mają teraz w ramach klubu radnych Platformy przeszkód w porozumieniu się.
Poseł Kalemba nie będzie startował w jesiennych wyborach parlamentarnych. Czy PSL powalczy o mandat w okręgu pilskim?
- Myślę, że realne są nawet 2 mandaty dla PSL. Wybory samorządowe pokazały, że PSL ma potencjał. W okręgu pilskim uzyskaliśmy dwa mandaty. Przebiliśmy szklany sufit, dotychczas to był tylko jeden mandat. Przegraliśmy z PO tylko ok. 5 tysiącami głosów. Dlatego będziemy budować listę wyborczą do parlamentu w oparciu o mocnych kandydatów, podobnie jak to było w wyborach samorządowych.
Chcemy, aby posłami PSL z okręgu pilskiego byli ludzie dobrze znający potrzeby zwykłych ludzi oraz potrafiący zarządzać nawet trudnymi problemami społecznymi. To potrafią tylko samorządowcy i dlatego właśnie na samorządowców postawimy, budując naszą listę kandydatów PSL do Sejmu (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 19/2015

Drogą grozy

Kazimierz Pomorski Fot. Franciszek Szklennik

Życie KAZIMIERZA POMORSKIEGO rozpoczęło się na Ukrainie. Wiodło przez cierpienia, okupację, obóz śmierci, aż znalazło przystanek w starym młynie.

Dziadkowie wraz z rodziną przesiedlili się z przeludnionej wówczas Lubelszczyzny na Kresy Wschodnie, w okolice Kostopola, w latach dwudziestych. Dziadek wybudował we wsi Rudnia młyn napędzany wodą z niewielkiej rzeczki Melnica. Ojciec Kazimierza odziedziczył ten młyn i pobudował tam nowy dom. On sam urodził się w 1937 roku.

PRZED BURZĄ
- Byliśmy jedynymi Polakami mieszkającymi we wsi. Nasze relacje z mieszkańcami układały się bardzo dobrze. Bardzo dobrze pamiętam, że często odwiedzaliśmy się nawzajem z rodzinami Wawrzyków i Winochwatów - wspomina pan Kazimierz.
Jego ojciec w 1942 roku zelektryfikował swoje gospodarstwo, czym wzbudził wielkie zainteresowanie nowością ze strony otoczenia.
W jego pamięci zachowały się jednak i złe wspomnienia. Mieszkający we wsi bracia Siemieniukowie, młodzi wówczas ludzie, przechwalali się tym, że jeden z nich uczestniczył w likwidacji getta żydowskiego w okolicach Saren i w egzekucjach mieszkańców. Prawdą jest, że kilku mieszkańców wsi zostało wyznaczonych do transportu Żydów z getta na miejsce egzekucji. Hitlerowcy stwarzali w ten sposób wrażenie, że mordy na Żydach nie są ich sprawką.
- Wiosna 1943 roku sąsiedzi powiadomili ojca o złych zamiarach ukraińskich bojówek nacjonalistycznych, współpracujących z hitlerowcami. Zaopatrywane były mianowicie w broń. Tu i ówdzie dochodziło do zbrojnych napaści na Polaków, mordowano ich, a dobytek palono - mówi ze smutkiem.
Rodzina opuściła wieś i przeniosła się do miejscowości, w której większość mieszkańców to byli Polacy. W nocy z 10 na 11 lipca niebo nad wioską rozgorzało łuną pożarów. Wszędzie było słychać strzały z broni maszynowej. Pociski zapalające wzniecały kolejne pożary. Wokół wybuchały pociski. Mieszkający tam Polacy uciekali, nie zdążywszy zabrać ze sobą najpotrzebniejszych rzeczy. Podobne sceny rozgrywały się w innych wsiach.

UCIECZKA
- Przedzieraliśmy się w ciemnościach do pobliskiej stacji kolejowej w Rafałówce. Tam już zgromadziły się tłumy uciekinierów - relacjonuje pan Kazimierz.
Wszystkich ich zgarnęli Niemcy. Zapakowali w bydlęce wagony i skierowali w stronę Auschwitz-Birkenau. Nie wiadomo, co stało się z tymi, którzy nie pomieścili się w wagonach. Sześcioletni wtedy chłopiec zapamiętał wielki ścisk, smród, wielkie pragnienie wody do picia.
Po jakimś czasie dowiedzieli się, że jadą do Lwowa. Stamtąd pociąg wyruszył w kierunku Rzeszowa i Krakowa. W wagonach zrobiło się już luźniej. W Krakowie wysiedli i zostali odesłani przed oblicze komisji lekarskiej w obozie Auschwitz - Birkenau. Doskonale zapamiętał widok obozowych baraków. Tam hitlerowcy dokonali selekcji transportowanych. Słabi, schorowani zostali skierowani do oddzielnych baraków i najczęściej ginęli.
- Taki los spotkał także matkę mojego wujka. Miała ciemną karnację i była drobną kobietą. Odseparowali ją od nas, nie dali się pożegnać. Więcej jej już nie zobaczyliśmy - wspomina. - Hitlerowcy prezentowali się nam jako eleganccy, dobrze ubrani ludzie. Nie mogę się do dziś nadziwić, jak byli zdolni do takich zbrodni - mówi ze smutkiem pan Kazimierz.
Jego mama miała wówczas 33 lata i została uznana przez komisję za zdolną do pracy. W ten sposób uratowała swoje życie, życie Kazimierza i starszej o cztery lata jego siostry.
Tych, których komisja lekarska uznała za zdrowych, załadowano ponownie do wagonów i wywieziono na roboty w okolice Wrocławia.
- Mój ojciec pracował w chlewni w  majątku rolnym, a jego brat w cukrowni. Ryzykował i wynosił w kieszeniach cukier, którego wszystkim brakowało. Przyłapano go i wywieziono do obozu Gross Rosen. Tam zginął - snuje swą opowieść pan Kazimierz.

WOLNOŚĆ, STRACH, PODRÓŻ
W lutym 1945 roku wojna dla nich się zakończyła wraz z oswobodzeniem Wrocławia. Radość z wolności mieszała się z kolejnym strachem, ponieważ niektórzy pijani żołnierze sowieccy zaczepiali nachalnie kobiety, przeprowadzali rewizje w poszukiwaniu złota i zegarków. Ponieważ w budynkach mieszkalnych przebywały jeszcze niemieckie rodziny, słychać było krzyki gwałconych kobiet.
Rodzina wyruszyła w marcu w kolejną podróż z podwrocławskiego Klecina. Rodzice wrócili na Lubelszczyznę, skąd pochodzili. W kwietniu ojciec postanowił szukać nowego siedliska, bo o powrocie na Ukrainę nie było mowy.
- Ojciec przyjechał do urzędu wojewódzkiego w Poznaniu i dostał przydział na zasiedlenie tego budynku w Siennie. Funkcjonował tu młyn napędzany lokomobilą parową - opowiada. - Główny silnik był uszkodzony. Miał pęknięty wał. Przyjechali majstrowie z zakładu H. Cegielskiego w Poznaniu, pomierzyli i wykonali nowy wał.
Do dziś zachował się tłok od tego jednocylindrowego silnika. Pan Kazimierz pokazał mi przybitą tabliczkę znamionową z maszyny. Silnik napędzany był na gaz wytwarzany z koksu. Młyn służył mieszkańcom do 1949 roku. Na drewnianych słupach widnieje wyryta cyfra 1912.

Mlyn Sienno Fot. Franciszek Szklennik

DOLE I NIEDOLE
Prywatny zakład był solą w oku działaczy partyjnych, więc postanowili ukrócić biznes młynarza. W czerwcu 1949 roku urzędnicy opieczętowali zakład i zamknęli. Trwało to do 1951 roku, kiedy to zabrano część maszyn. Dwa lata później postanowiono w młynie utworzyć świetlicę.
Zabużanie doświadczyli wielu przykrości po wojnie już na terenach Polski. Działo się to wówczas, kiedy odmawiali przystąpienia do tworzonych spółdzielni produkcyjnych w ramach kolektywizacji rolnictwa. W odwecie nakładano na nich zawyżone normy obowiązkowych dostaw, pomimo otrzymywania gorszych gruntów. Podobny los spotykał i Polaków, którzy mieli odmienne zdanie niż aktyw partyjny, ślepo realizujący wytyczne kierownictwa. Byli czasami traktowani jako wrogowie socjalizmu.
- Przywieźli fachowca budowlańca, który jednak orzekł, że uruchomienie takiego obiektu jest niemożliwe - mówi pan Kazimierz. - Powiedział również, że władze dopuściły do likwidacji zakładu, który służył ludziom.
Młyn powrócił jako własność gospodarstwa dopiero na początku lat siedemdziesiątych. Dziś pan Kazimierz jest już na emeryturze i uprawą ziemi zajmuje się przy okazji.

Wszystkie ręce na stół

Fot. Jerzy Mianowski

PIOTR PAŁCZYŃSKI po raz drugi zyskał zaufanie wyborców i jest radnym powiatowym. Jak odnosi się do różnych opinii na swój temat? Jaką ma wizję ugrupowania politycznego, do którego należy? Co zamierza dalej robić zarówno w sferze politycznej, jak i zawodowej? Pytają o to Cezary Kucharski i Jerzy Mianowski.

Panie Piotrze, różnie mówi się ludziach, którzy coś osiągnęli w życiu. Jak przyjmuje Pan opinie wyrażane słowami: komuch, młody beton...
- Nie rozumiem takiej fali nienawiści. Nie jestem betonem, ani komuchem. Moje poglądy są centrolewicowe i socjaldemokratyczne. Zależy mi na szeroko rozumianym postępie, którego fundamentem jest dobrze funkcjonująca służba zdrowia i edukacja oraz polepszanie komfortu życia uboższej części społeczeństwa. Nie wstydzę się swoich poglądów.
Zgadza się Pan z pogłoskami o posiadaniu możnych protektorów, a co za tym idzie, sterowaniu Pańską działalnością?
- Chcę zapewnić, że nie jestem przez nikogo sterowany, ani też nie mam protektora. Tak mówią ludzie, którzy są nieprzyjaźnie do mnie nastawieni lub posiadają niezrozumiałe dla mnie kompleksy. Samorządowa działalność publiczna wiąże się z tego typu komentarzami. Nie analizuję wypowiedzi w Internecie i plotek. Szkoda mi po prostu czasu. Takie oszczercze wypowiedzi nie są godne uwagi i nie zmienią mojego postępowania. W takim, a nie innym duchu zostałem wychowany. Jeżeli ktoś zechce się ze mną spotkać, dyskutować, to jestem otwarty i zapraszam do rozmowy.
Czyżby politykę wyssał Pan zatem z mlekiem matki?
- Raczej nie, prędzej przejąłem zamiłowania od dziadka, z którym już we wczesnej młodości uwielbiałem prowadzić rozmowy na temat bieżących wydarzeń politycznych. Bardzo lubiłem z nim rozmawiać. Mogę zdradzić ciekawostkę, że w wieku 10 lat potrafiłem z pamięci wymienić imiona i nazwiska wszystkich ówczesnych ministrów.
Rozciągnął Pan opiekuńcze skrzydła nad Jakubem Zadrogą?
- Bez wątpienia jest on moim dobrym przyjacielem, ale nie muszę rozciągać nad nim opiekuńczych skrzydeł, ponieważ sam sobie doskonale radzi. Ma wielki potencjał polityczny i co najważniejsze jest niezależny. Często rozmawiamy, jednak decyzje, jakie on podejmuje, są tylko i wyłącznie jego.
Może jednak wspiera go Pan w jakiś sposób?
- Pójdźmy w takim razie dalej w ocenach naszych relacji. Wspieramy się wzajemnie i znamy swoją wartość od kilku lat. Mamy do siebie zaufanie.
Jest Pan członkiem maleńkiego, trzyosobowego klubu SLD w Radzie Powiatu Wągrowieckiego. Czy tak „okrojony” klub może forsować Pana autorskie projekty?
- Czy moje pomysły zostaną wcielone w życie, to w gruncie rzeczy zależy od dobrej woli radnych, a głównie Zarządu Powiatu. Widzę taką wolę u starosty. W styczniu wystąpiłem o pilotażowe dofinansowanie samorządów uczniowskich. Mam na myśli chociażby kilkanaście tysięcy złotych. Zostałem zaproszony na posiedzenie Zarządu, gdzie odbyła się dyskusja na ten temat i dostrzegłem chęć współpracy.
Jak ocenia Pan te rozmowy?
- Cieszę się, bo pomysł nie wylądował w szufladzie. To daje powód do optymizmu, tym bardziej, że przedstawiłem dodatkowe argumenty. Podczas dyskusji lekko przeobraziliśmy projekt, który teraz idzie w kierunku podobnym do budżetu obywatelskiego. Zakładamy ogłoszenie konkursu jeszcze w tym roku kalendarzowym. Zostałby on rozstrzygnięty przed planowaniem budżetu na przyszły rok, w którym mógłby być realizowany. Zaznaczam, że na razie o tym jedynie dyskutujemy, jednak wiążę nadzieje na skuteczną realizację tego pomysłu.
Wszyscy pamiętają, że niegdyś złożył Pan obietnicę fundowania stypendiów dla młodych ludzi. Czy ten pomysł umarł śmiercią naturalną?
- Zadeklarowałem to w poprzedniej kampanii wyborczej. Trzy osoby dostały wsparcie w wysokości 1 500 zł. W maju ubiegłego roku zrezygnowałem z tej formy pomocowej, ponieważ rolę nagradzającego młodzież przejął powiat.
Czy to problem nagrodzić dwa razy za dobrą robotę?
- Nie chcę się dublować, więc pomyślałem o zmianach formuły. Rok temu przeprowadziłem konkurs pn. „Pomysł na powiat”, a na nagrody przeznaczyłem blisko 2000 zł. W tym roku staram się, co miesiąc finansować jakieś interesujące inicjatywy, np. w lutym konkurs fotograficzny. Nagrodą był tablet Samsung Galaxy. Mówimy, więc o mniejszych kwotach, ale za to częściej przyznawanych.
Jest Pan już zasiedziałym radnym. Co uczynił młody, niedoświadczony człowiek, aby ponownie znaleźć się w tym gonie?
- Bez wątpienia mój wynik wyborczy, który był najlepszy w okręgu obejmującym miasto Wągrowiec, dał mi olbrzymią satysfakcję. To daje mi chęci do jeszcze wydajniejszej pracy. Oczywiście prowadziłem kampanię, ale zwycięstwo jest zawsze efektem wcześniejszych, systematycznych poczynań. Tak duża liczba zdobytych głosów pozytywnie mnie zaskoczyła i jednocześnie zdopingowała do jeszcze wydajniejszej działalności (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 16/2015

Bohater Ojczyzny

Sylweria Szyfter Fot. Michał Smyk

Mimo upływu 75 lat od popełnienia przez Rosjan zbrodni katyńskiej, wciąż należy się głośno upominać o pamięć ofiar tego straszliwego mordu. Dlatego też postanowiliśmy przypomnieć sylwetkę JÓZEFA SZYFTERA.

O pamięć o swoim ojcu od dawna już dba znana wągrowiecka podróżniczka i emerytowana stomatolog, Sylweria Szyfter. To właśnie dzięki jej uprzejmości i opowieściom wągrowczanie mogli poznać tragiczną historię wiernego Polsce żołnierza, który miłość do Ojczyzny przypłacił własnym życiem.

Józef Szyfter z rodziną. Fot. Archiwum Sylwerii Szyfter

ZAWSZE GOTÓW WALCZYĆ

Józefa Szyftera bez wątpienia można uznać za polskiego patriotę. Uczestniczył w Powstaniu Wielkopolskim, tocząc boje m.in. pod Wolsztynem i Rakoniewicami. W 1920 r. ukończył Wyższą Szkołę Lotniczą w Ławicy, po kilku miesiącach walczył już jako pilot przeciwko bolszewikom. Po zakończeniu wojny objął dowództwo nad Toruńską Eskadrą Lotniczą Wywiadowczą przy Naczelnym Dowództwie. Sześć lat później mężczyzna przeszedł w stan spoczynku.
Polska upomniała się ponownie o swojego syna pod koniec sierpnia 1939 r. Wtedy to Szyfter został zmobilizowany do wojska. Oficjalne rozkazy nakazywały mu udanie się do Bukaresztu, by odebrać stamtąd wojskowe samoloty. W drogę wyruszył wraz ze swoim ordynansem. Na miejscu okazało się jednak, że samolotów już na terenie Rumunii nie ma. Służącemu w stopniu kapitana Szyfterowi nie pozostało nic innego, jak wrócić do Polski. Nie mógł on wiedzieć, że w czasie jego podróży na polskie ziemie wkroczyli radzieccy żołdacy. To właśnie oni zatrzymali Szyftera, ordynansa i towarzyszących im dwóch Rumunów.
- Jeden z nich kazał wszystkim wyjść i powiedział, że ojca z autem biorą do niewoli - wspomina pani Sylweria. - Później podeszli do Rumunów, ale oni nie chcieli opuścić samochodu. No to ich po prostu bagnetami Rosjanie zadźgali.
Losu kolegów nie podzielił za to kierowca, którego - jako niskiego stopniem - puszczono wolno. Dzięki jego relacji Szyfterowie dowiedzieli się wkrótce o losie, jaki spotkał ich głowę rodziny.

STRASZNY CZAS WOJNY
Również dla pani Sylwerii lata wojny były ciężką próbą. Błąkając się wraz z matką i siostrą po okupowanym kraju, ratunek często znajdowała w dobrej znajomości języka niemieckiego i działaniu innych ludzi. Gdy zagrożenie objawiło się pod postacią bojownika Ukraińskiej Armii Powstańczej, pomoc przyszła z dość niespodziewanej strony: to trzej niemieccy żołnierze uchronili ją od niewątpliwej śmierci z ręki agresywnego partyzanta. I tak oprawcy, bez których do wszystkich tych strasznych zdarzeń nigdy by nie doszło, uratowali samotną polską dziewczynę.
Ot i wojna, czas zaskakujących zdarzeń i zadziwiających paradoksów.

NIEWYGODNY DLA WŁADZY
W Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej niechętnie patrzono na potomków katyńskich ofiar. Na studiach pani Sylweria nie mogła głośno mówić o dramacie ojca. Zresztą gdyby nie posiadane 2 ha ziemi i przysługujące z tego powodu punkty klasowe, córka zamordowanego w Katyniu żołnierza nie miałaby co liczyć na przyjęcie w mury uczelni.
W niesmak władzy było także umieszczenie w 1975 r. - po śmierci matki S. Szyfter, Czesławy - na grobowcu rodzinnym płyty informującej o miejscu i przyczynie śmierci kapitana Szyftera.
- To nie była żadna odwaga, to się po prostu ojczulkowi należało - wspominała lata temu pani Sylweria.
Za życia odznaczony Krzyżem Niepodległości i Krzyżem Walecznych, w wolnej Polsce Józef Szyfter został pośmiertnie awansowany na stopień majora.
On swoje dla Ojczyzny zrobił, czy wymaganie od współczesnych Polaków pamięci o nim i wielu innych bohaterach wojennych to naprawdę tak wiele?

Walczak na kółkach

Fot. Michał Smyk

Pudło to jej naturalne środowisko, czyli o całej przygodzie z rowerowym szaleństwem z MARTĄ GOGOLEWSKĄ rozmawia Wioletta Gryczka.

To zacznijmy od Twoich początków. Skąd ta miłość do rowerowej przygody? Dostałaś pierwszy rower, wsiadłaś na niego i nie zeszłaś do dziś?
- Na początku to była tylko zabawa, wiadomo, każdy z nas miał rowerek. Uczył się jeździć na trzech kółkach, później na dwóch... U mnie zaczęło się od mojego wujka Wojciecha Gogolewskiego, który mnie pewnego dnia porwał na rower... Nikt wówczas nie pomyślałby, że będę jeździła na poważnie.
A jak trafiłaś na pierwsze zawody?
- Pewnego razu przyjechał Gogol. Jechał na rozjazd po swoich zawodach. Padła propozycja wspólnej przejażdżki. Jechaliśmy przez Bukowiec i w pewnym momencie zapytałam się, czy on tak zawsze szybko jeździ, bo ja już ledwo oddech łapię, a on mi odparł, że dziś to jest wolno. „Kurczę, ale oni muszą tam zapieprzać” - pomyślałam sobie, a już wkrótce stanęłam na linii startowej.
Traktowałaś to jako zabawę czy poważny start?
- Wtedy już wiedziałam, że startuję na zawodach, choć na samym początku jeszcze nie wiesz, na czym to dokładnie polega. Wraz z kolejnymi startami zdobywałam doświadczenie.
Czyli to było rozeznanie terenu?
- Dokładnie. Chciałam zobaczyć jak wyglądają starty, o których inni tyle opowiadali. Pamiętam tylko, że wówczas było bas trzy na starcie, a ja na mecie byłam druga.
Czyli bez tłoku. A teraz więcej kobiet jeździ?
- Nie powiem, że tłumy dziewczyn przyjeżdżają na zawody, ale trochę ich już jest. Na ostatnich zawodach startowało nas dwadzieścia. Wszystko zależy od dystansu - na dłuższych jest ich zdecydowanie mniej.
Na ulicach można zobaczyć wielu rowerzystów i to obu płci, a z tego co mówisz wynika, że ta ilość nie przekłada się na liczbę chętnych do wzięcia udziału w zawodach.
- Według mnie kolarstwo jest najcięższą dyscypliną. Wymaga wiele poświęcenia, czasu, wyrzeczeń, odpowiedniej diety i przygotowywania się do zawodów. Żeby przygotować się do maratonu, który pojadę 2h, muszę dziennie odbywać trzygodzinny trening. Teraz wyobraź sobie: kończę pracę o godz. 15.30 jadę do domu, jem obiad, wsiadam na rower i schodzę z niego dopiero około godz. 19.
Twoje życie jest równie dynamiczne jak jazda na rowerze?
- Zdecydowanie tak. Jak już nic nie zostaje do zrobienia, to wtedy mogę już tylko iść spać. Nie ma tak, że przychodzę do domu i np. oglądam telewizję. Teraz dopiero, gdy ćwiczę w domu na rolkach, mogę nadrobić zaległości filmowe.
Bezczynność u Ciebie to chyba pojęcie obce?
- Kiedyś się zastanawiałam, co będę robić, gdy znudzi mi się jazda na rowerze.
A znudzi Ci się kiedyś?
- No to jest pytanie. Nie wiem. Dzisiaj sobie tego nie wyobrażam. Zresztą jak nie rowery, to na pewno znajdzie się coś innego, inny sport, jestem o tym przekonana.
Co to by było?
- W zeszłym roku np. pływałam. Uczyłam się pływać kraulem i usłyszałam, że nawet całkiem nieźle mi to idzie. Chodziłam tam przez dwa miesiące i w tym czasie naprawdę nieźle mi to szło. Śmiano się, że mam długie nogi i szybko nimi przebieram, więc mnie nikt nie dogoni.
Czyli jak rower pójdzie w odstawkę, to zobaczymy Cię na zawodach pływackich?
- Możliwe, nie wykluczam tego. Chociaż bieganie też bardzo lubię. Myślałam o starcie w duathlonie w tym roku, szkoda, że nie wyszło. Nie wykluczam również startu w triathlonie. Zresztą od tego zaczęła się ta nauka pływania, żeby móc wystartować w takich zawodach.
Twój najlepszy start? Taki, który zapadł ci w pamięci? Niekoniecznie musi być zakończony zwycięstwem.
- Mam ten komfort, że rzadko nie stawałam na „pudle”. Niektórzy twierdzą, że to wynika z małej ilości kobiet startujących w zawodach. Z drugiej strony nie każda kobieta jednak staje na podium, więc nie można tego tak bagatelizować. Myślę jednak, że warto tu wspomnieć wyścig Bike Challenge (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 15/2015

Nie boję się wyzwań

Fot. Archiwum

SZYMON CHROSTOWSKI to prosty i uśmiechnięty chłopak „od nas”. Z naszym byłym kolegą redakcyjnym i tegorocznym laureatem nagrody Honorowy Wągrowczanin Roku 2014 rozmawia Anna Borczykowska.

Kilka wspomnień z dawnych lat. Jakim dzieckiem był Szymon? Majsterkowałeś jak inni chłopcy?
- Nie miałem jako takich zabawek. Sam konstruowałem je z przedmiotów codziennego użytku. Poza tym czas spędzałem na wyrzucaniu „obornika” od świń, gdy w tym czasie nasze krowy pasły się w województwie pilskim, a chodziły spać do poznańskiego.
Z czym kojarzy Ci się miejsce, z którego pochodzisz? Jakie zmiany po latach w rodzinnym gospodarstwie, domu, wprowadziłeś?
- Wszystko tu kojarzy mi się z dzieciństwem, chociaż dom jest innym domem. Wyremontowany w całości. W samym gospodarstwie też się zmieniło praktycznie wszystko, powstały nowe budynki. Po starych w 80% nie ma śladu.
Często wracasz do domu?
- Wracam czasami co tydzień, a czasami, jak wpadnę w wir pracy, potrafi mnie nie być miesiącami. Jednak święta, każde, staram się spędzać w domu. Ze świątecznych potraw najbardziej ulubione to bożonarodzeniowy karp, a na Wielkanoc oczywiście żurek!
Przejdźmy do dorosłego etapu życia. Jak wygląda Twój dzień? Jeśli jesteś w trasie, na spotkaniach, ile dziennie „kręcisz” kilometrów?
- Wstaję o szóstej rano, dzień kończę o dwudziestej trzeciej... Z czego cztery godziny spędzam w mieszkaniu, na pracy biurowej – przegląd ponad stu maili, czytanie, odpisywanie. W tle telewizor, albo muzyka. Rzadko się zdarza, że mam dzień luźniejszy. Jak nie jestem w drodze lub na konferencji, moje dziewczyny z biura wypełnią mi tak dzień spotkaniami, że wracam czasami o dwudziestej! Dzień w dzień to samo. Poza wyjazdami za granicę... Wtedy biuro jest w Warszawie i w miejscu, w którym jestem – ostatnio Wiedeń, Bruksela... Wtedy mam wrażenie, że więcej pracuję umysłowo, koncepcyjnie. Po powrocie do biura wszyscy ciekawią się, co jeszcze wymyśliłem.
Która z przeprowadzanych akcji zajęła Ci najwięcej czasu w przygotowaniach, która jest najważniejsza?
- Nie ma takiej najważniejszej, poza tymi akcjami, które bezpośrednio ratują życie człowiekowi... Mamy jako organizacja i ja bezpośrednio takie na swoim koncie.Większość koncepcji zrodziła się kilka lat temu w mojej głowie. Wiedziałem jak
i co zrobić, ale widać nie był to czas ani miejsce. Po latach temat dojrzał i... startowaliśmy, znajdując odpowiednie środki finansowe, ludzi, media...

Nad czym obecnie pracujesz? Myślę o akcji pn. „Nie ból się” .
- Z panem Jerzym Stuhrem walczymy z bólem. W stworzonej przeze mnie Koalicji Wygrajmy z Bólem wraz z Ministerstwem Zdrowia znosimy kolejne bariery w leczeniu bólu w Polsce. Dzisiaj z Koalicją i Fundacją Wygrajmy rozpoczęliśmy ogólnopolską kampanię społeczną pod hasłem „Rak wolny od bólu”. Chcemy walczyć z popularnymi stereotypami: „Rak musi boleć”, „Trzeba się przyzwyczaić do bólu”, „Leki opioidowe to narkotyki”. W naszą inicjatywę zaangażował się prof. Jerzy Stuhr, społeczny ambasador kampanii, który dzieli się swoim doświadczeniem w walce z chorobą nowotworową, promując ideę praw pacjenta do życia bez bólu, niezależnie od etapu choroby. Niestety, problem bólu polskich pacjentów wynika przede wszystkim z niewiedzy i braku wrażliwości środowiska lekarskiego. Chcemy wyraźnie podkreślić, że ból jest chorobą samą w sobie i powinien być leczony równie intensywnie jak sam nowotwór (...)

Fot. Jerzy Mianowski

SZYMON CHROSTOWSKI

Urodził się w Wągrowcu w 1983 r., a pochodzi z Łosińca w gm. Skoki. Ukończył szkołę podstawową w Siennie, a następnie Liceum Ogólnokształcące w Zespole Szkół Ponadgimnazjalych nr 2 przy ul. Kościuszki 49.
Jest laureatem konkursu dziennikarskiego im. biskupa Jana Chrapka, organizowanego przez Fundację Episkopatu Polski „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. I jako jeden z pięciu w kraju rozpoczął naukę na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. W tym też czasie był dziennikarzem Głosu Wągrowieckiego. Następnie pracował w Telewizji Polskiej, m.in.w Biurze Prasowym TVP.
Zawodowo od 10 lat wspomagał organizowanie Dni Papieskich. Jest doradcą Episkopatu Polski w zakresie PR, prezesem zarządu agencji produkcji telewizyjnej, producentem uroczystych gal, koncertów i wydarzeń artystycznych.
Ponieważ sam wygrał walkę z nowotworem, działa społecznie w obszarze profilaktyki i edukacji onkologicznej. Na przełomie 2003 – 2004, w trakcie leczenia założył Fundację Wygrajmy Zdrowie, wspierającą osoby chore na nowotwory. Utworzył też dział opieki psychoonkologicznej.
Współautor reformy w onkologii. Jako jedyny Polak został powołany do Grupy Ekspertów ds. Immunoonkologii przy Parlamencie Europejskim.
Laureat prestiżowych nagród, jak Nagroda św. Kamila za opiekę nad pacjentami, Złoty Otis – to nagroda zaufania, Złoty Laur – to uznanie dla marki Fundacji Wygrajmy Zdrowie. Szymon Chrostowski jest twórcą Obywatelskiego Porozumienia na rzecz Onkologii oraz współtwórcą ustawy dot. tzw. pakietu onkologicznego.
Od lipca 2014 r. pełni funkcję prezesa Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych, zrzeszającej 85 tys. ludzi. Wywalczył wraz z pacjentami zniesienie limitów w leczeniu onkologicznym.

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 15/2015

Decydują fakty

Fot. Franciszek Szklennik

Z EUGENIUSZEM PYRZYŃSKIM, prezesem Zarządu Powiatowego Polskiego Stronnictwa Ludowego, o koalicyjnej mozaice i sprawowaniu władzy rozmawia Franciszek Szklennik.

Panie prezesie, jakie jest samopoczucie członków partii rządzącej w powiecie?
- Jesteśmy bardzo zadowoleni z osiągniętego wyniku. Przez ostatnie dwie kadencje mieliśmy cztery mandaty. Teraz jest ich osiem. Mamy pełne prawo twierdzić, że mieszkańcy powiatu zawierzyli naszemu programowi. Te osiem mandatów przekłada się na 36 proc. poparcia dla programu Polskiego Stronnictwa Ludowego.
Spodziewał się Pan takiego wyniku?
- Liczyłem na sześć mandatów, w tym: dwa w gminie Wągrowiec, dwa mandaty w mieście, kolejne dwa w okręgu obejmującym Damasławek, Wapno i Gołańcz. Przewidywałem jeden mandat w okręgu obejmującym Mieścisko i Skoki. Miłe zaskoczenie spotkało nas w okręgu nr 2, gdzie z zakładanych dwóch mandatów zdobyliśmy trzy.
W mieście Wągrowcu dobrze już nie poszło...
- Zgłosiliśmy dobrych kandydatów, podobnie jak i w poprzedniej kadencji. Okazało się, że to nie wystarczyło.
Nie wszyscy Wam dobrze życzyli. Padały stwierdzenia z innych komitetów, że zabraliście im mandaty.
- Mieli w tym udział niektórzy działacze SLD i SW2000.
Naturalnym koalicjantem PSL w kraju jest Platforma Obywatelska. Wskazaliście jednak w pierwszej kolejności na Samorządność Wągrowiecką 2000.
- Z tym ugrupowaniem byliśmy w koalicji od 1998 roku. W poprzednich dwóch kadencjach mieliśmy stanowisko wicestarosty. Starostę wskazała SW2000, ponieważ mieli sześć mandatów w poprzedniej kadencji i siedem jeszcze wcześniej. Nie my wtedy byliśmy rozdającymi karty. Osiem lat temu PO miała pięć mandatów, SW2000 siedem i jeśliby wtedy podpisali umowę, tworzyliby koalicję. Tak się jednak nie stało (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 15/2015

Zadania, nie partia

Fot. Jerzy Mianowski

STEFAN MIKOŁAJCZAK - były marszałek województwa, a obecny radny sejmiku i wiceprzewodniczący Komisji Kultury - o motywach swoich politycznych decyzji rozmawia z Jerzym Mianowskim i Franciszkiem Szklennikiem.

Startował Pan do sejmiku wojewódzkiego z listy Sojuszu Lewicy Demokratycznej, a funkcjonuje Pan w klubie radnych Platformy Obywatelskiej. Po co Panu to było?
- Podjęcie tej decyzji było konsekwencją nie otrzymania z klubu radnych SLD żadnej propozycji objęcia funkcji w sejmiku województwa w obecnej kadencji. Uważam, że spośród czterech radnych sejmiku wybranych z listy SLD w pełni zasłużyłem na pełnienie jednej z dwóch funkcji, jakie przypadały temu klubowi. Klub SLD obsadzał dwie funkcje: wiceprzewodniczącego sejmiku i przewodniczącego klubu. Ze względu na moje doświadczenie samorządowe i wieloletnią pracę w klubie lewicowym nie otrzymanie żadnej propozycji uznaję za niesprawiedliwe i krzywdzące. W tej sytuacji uznałem, że wyczerpała się możliwość dalszej współpracy z klubem SLD. Funkcjonowanie w pojedynkę np. jako radny niezależny nie daje dobrej możliwości efektywnego pełnienia mandatu radnego. Przystąpienie do klubu radnych PO nie zmienia mojej osobowości i jest w tych okolicznościach rozwiązaniem optymalnym, dającym możliwość dobrej pracy na rzecz Wielkopolski i mojego środowiska.
Pachnie koniunkturalizmem...
- Można tak powiedzieć, ale nie miałem wyboru jako zwolennik skutecznego działania. Gdybym pozostał w klubie SLD, bez większego wpływu na funkcjonowanie sejmiku, pachniałoby dyskryminacją.
Pojawili się też u Pana wysłannicy innych klubów?
- Oczekiwałem, że będzie jakiś ruch ze strony Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ale aktywności większej z tej strony nie było. Rozmawiałem z klubem PO i otrzymałem akceptację dla swojego działania. Żeby przeprowadzić ważne decyzje, trzeba mieć za sobą większą część radnych. W pojedynkę niewiele można zdziałać. W poprzedniej kadencji byłem w opozycji, a ta żadnej sprawy nie mogła przeprowadzić.
Prawo demokracji...
- Prawem demokracji jest funkcjonowanie koalicji i opozycji. Mądra koalicja to ta, która słucha także opozycji i przyjmuje jej możliwe do spełnienia postulaty, a konstruktywna opozycja to gwarant prowadzenia merytorycznej dyskusji, prowadzącej do wyboru najlepszych decyzji. W poprzedniej kadencji opozycja nie była w stanie wiele osiągnąć (...)

Więcej w papierowej wersji Głosu nr 12/2015.

Po zawodach?

fot. Franciszek Szklennik

JACEK NAJDER zasilił szeregi posłów niezrzeszonych. Uważa jednak, że wywiązał się ze swej roli posła. Zawalczył o korzystne zmiany w ustawie o odnawialnych źródłach energii. Rozmawia z nim Franciszek Szklennik.

Łaska Janusza Palikota na pstrym koniu jeździ?
- Za pośrednictwem mediów całą Polskę obiegła wiadomość o domniemanych nieprawidłowościach w klubie. My nie otrzymaliśmy żadnej informacji. Dotychczasowy mentor, Janusz Palikot, rozwiązał klub, a następnego dnia posłowie: Rozenek, Kopyciński, Poznański i ja oświadczyliśmy, że do nowego koła poselskiego nie wstępujemy. Deklarowałem, że będę do końca w klubie - mojego lub klubu i słowa dotrzymałem. Dotrzymałem zasady honoru politycznego. Nie wyszedłem z klubu, dopóki on był. W polityce lojalność jest też ważna.
Dotychczasowy mentor zabiegał o Wasze pozostanie?
- Wręcz przeciwnie. W najgorszej sytuacji był poseł Rozenek, ponieważ jako rzecznik klubu głosił za Januszem Palikotem, że wszystko jest w porządku, a rzeczywistość okazała się inna. Chcieliśmy w tej sytuacji wejrzeć do dokumentów w klubie, dostaliśmy obietnicę, że następnego dnia je otrzymamy. Okazało się jednak, że zamiast dokumentów rozwiązano klub.
Jak to jest teraz być posłem niezrzeszonym?
- Nie wiem. Dopiero się przekonuję o tym.
Wybory tuż, tuż. Co Pan zamierza?
- Mam świadomość, że posłowi niezrzeszonemu jest o wiele trudniej zawalczyć o mandat poselski. Nie podjąłem jeszcze żadnej decyzji.
Skauci innych klubów już Pana odwiedzili?
- Te zabiegi zaczęły się już dawno. Nie tylko ja z Twojego Ruchu otrzymywałem propozycje, mniej lub bardziej otwarte, z innych klubów. Nie jest przecież tajemnicą, że posłowie spotykają się ze sobą i słychać było: co tam robisz w tej partii - chodź do nas. Pomimo wielu zawirowań, medialnie wątpliwych wydarzeń w TR, pozostawałem w klubie. Tak się przecież umawiałem z wyborcami i samym Palikotem.
A największy klub w Sejmie też za Panem chodził?
- Informacje, że zostałem już dawno „kupiony” przez Platformę, PSL lub PiS, są bardzo przesadzone.
I na dodatek namieszał Pan również przy ustawie o odnawialnych źródłach energii...
- Ta sprawa nie otwiera drzwi do frakcji rządzącej (śmiech). Rząd ma prawo być na mnie wściekły.
Chyba nie cały rząd, ponieważ PSL poparł odrzucenie poprawek Senatu?
- PSL nie miał wyboru. Rada Naczelna PSL zobowiązała posłów - ludowców do poparcia projektu obywatelskiego i nawet wicepremier Piechociński, który był orędownikiem projektu rządowego, zmuszony był głosować przeciwko rządowi. Od początku pracy w Sejmie obrałem sobie za cel tzw. energetykę obywatelską. Chodziło o to, aby wyrwać z rąk wielkich graczy na rynku energetycznym część przepisów i dać je obywatelom. Biegałem za tym trzy lata w sejmowej komisji gospodarki, której jestem wiceprzewodniczącym. Przewodniczę parlamentarnemu zespołowi ds. energetyki. Udało się w końcówce starań. Musiałem rozmawiać i z PSL, i SLD. W tym przypadku nie było większych problemów. Musiałem urobić także posłów PiS. Łatwo nie było, ponieważ zasadniczo różnimy się w wielu sprawach, ale zwyciężyło przekonanie, że to jest potrzebne zwykłym ludziom.
Co mieszkaniec powiatu wągrowieckiego może mieć z Pana zabiegów?
- Bank Ochrony Środowiska ma już przygotowany projekt stu tysięcy domów samospłacających się w ciągu pięciu lat. Jak to jest możliwe? Ano tak, że ludzie korzystający z urządzeń do wytwarzania energii z odnawialnych źródeł nie będą mieli rachunków do płacenia. Ogrzewanie będzie z pompy ciepła, prąd od tej pompy z paneli słonecznych lub wiatraków. Większość odbiorników prądu weźmie je z odnawialnych źródeł.
Wizje jak z powieści o szklanych domach...
- Jeśli ktoś będzie dysponował działką, to koszt budowy domu „pod klucz” powinien wynieść ok. 250 tys. złotych. Uzgadnia z wykonawcą, jakie chce mieć wyposażenie w kuchni i łazience i po dziesięciu miesiącach odbiera klucze. Jego koszty miesięczne wyniosą 800 - 900 złotych.Przez dwadzieścia pięć lat da się spłacić dom...

 

Więcej w papierowej wersji Głosu nr 11/2015.

Burmistrz nie jest carem

O ostatnich decyzjach i sytuacji w Radzie Miejskiej w Wągrowcu z najmłodszym radnym, JAKUBEM ZADROGĄ, rozmawiała Wioletta Gryczka.

Pojawiły się głosy, że wylansowałeś się na skateparku, dzięki któremu zdobyłeś poparcie, potem wygrałeś wybory, a teraz zamierzasz sobie łatwo żyć...
- Nie spotkałem się z takimi zarzutami, a moja działalność była poparta nie tylko skateparkiem, ale także innymi działaniami. Po moim odejściu z funkcji przewodniczącego młodzieżowa rada praktycznie przestała istnieć. Wcześniej już interesowałem się sprawami mieszkańców mojego osiedla, zakładając, że za rok wystartuję w wyborach samorządowych.
Czyli twój wiek wpływa wręcz negatywnie na działalność w samorządzie?
- Nie można powiedzieć, że to kula u nogi. Mam jednak wrażenie, że w  radzie są osoby, które - może nie bezpośrednio - ale komentują, że jestem młody i powinienem siedzieć cicho, uczyć się od starszych i nie zabierać głosu w dyskusji z bardziej doświadczonymi radnymi.
Pokazują ci twoje miejsce w radzie: siedź cicho i słuchaj!
- Dokładnie! Taki jest stereotyp, że jak nie jesteś radnym kolejną kadencję, to bądź cicho. Ta rada niewątpliwie się zmieniła, bo znalazło się w niej wielu nowych radnych, niedoświadczonych, a starsi czynią im przytyki. Uważam, że aby być radnym nie trzeba mieć wielkich umiejętności, a tylko chęci i pomysły na działanie poparte trafnymi argumentami (...)

Więcej w papierowej wersji Głosu nr 10/2015.

Kobieta z pazurem

Fot. Jerzy Mianowski

O społecznym powołaniu i prywatnym życiu z MAŁGORZATĄ OSUCH, pierwszą kobietą na stanowisku przewodniczącej Rady Powiatu Wągrowieckiego, rozmawia Wioletta Gryczka.

Jest Pani pierwszą przewodniczącą rady powiatu i poniekąd zaprzecza Pani stereotypowi, że kobiety na polityce się nie znają.
- Sama jestem zaskoczona tym wyborem i postrzegam go oczywiście jako ogromne zobowiązanie. Cieszę się, że obdarzono mnie takim zaufaniem i postaram się nie zawieść oczekiwań związanych z pełnieniem tej funkcji. To prawda, że w polityce kobiety są postrzegane inaczej, co nie oznacza, że gorzej. Sama jakoś tego nie widzę, ponieważ staram się patrzeć na wszystko w pozytywnych barwach.
Nie przeraziła się Pani, obejmując to stanowisko?
- Nie. Ale pojawiło się pytanie co i jak zrobić, aby godnie się z tej funkcji wywiązać. W moich działaniach kieruję się zasadą, że o problemach trzeba rozmawiać i podchodzić indywidualnie, ale zgodnie z obowiązującymi przepisami.
Czy jako kobieta przy władzy będzie Pani inaczej spoglądać na różne sprawy?
- Może przez wrażliwość będę inaczej spostrzegać wiele spraw. W dyskusjach przekonują mnie argumenty, a nie emocje. Potrafię też być stanowcza i pozytywnie uparta, jeśli jestem przekonana o słuszności jakiejś sprawy.
Jaką jest Pani szefową?
- Nie mnie to oceniać. Staram się być wymagająca najpierw od siebie, a także od innych. Jestem uporządkowana i konsekwentna w działaniu, a podczas rozwiązywania problemów otwarta na argumenty innych osób i przyjaźnie do nich nastawiona. Taka jest moja dewiza, którą kierowałam się w pracy zawodowej, a teraz samorządowej.
Ale potrafi Pani postawić na swoim?
- Oczywiście i mam pazur. W sytuacji, kiedy bym była pod ścianą, pod presją potrafiłabym zawalczyć.
Była Pani nauczycielką, później dyrektorką, a teraz... politykiem. Skąd u Pani ta polityczna smykałka?
- Politykiem - myślę, że to za dużo powiedziane. Jestem samorządowcem. Moim zdaniem, prawdziwa polityka zaczyna się od szczebla wojewódzkiego i jest to często brutalna gra. Mnie inspiruje i pociąga wszelkie działanie na rzecz innych i jeżeli życie stawia mi takie wyzwania, to je podejmuję.
Nie brakuje Pani szkolnego życia?
- Działam jak otwarta księga. Zamknęłam jeden rozdział i piszę kolejny. Chociaż pewne nawyki pedagogiczne we mnie tkwią nadal. Korzystam z nich chętnie podczas prelekcji na spotkaniach, które organizuję w ramach stowarzyszenia Zdrowy Styl. Uważam jednak, że wszystko ma swój czas i że jako nauczyciel się spełniłam. Teraz pora na młodsze pokolenie nauczycieli i wychowawców. Ja zamknęłam ten rozdział w moim życiu, ale czasami tęsknię za nim, wspominam i oglądam zdjęcia. To był piękny okres, chociażby ze względu na to, że byłam młodsza (...)

Więcej w papierowej wersji Głosu nr 9/2015.

Nie można spocząć na laurach

Bogdan Smykowski. Fot. Wioletta Gryczka

Z BOGDANEM SMYKOWSKIM, zastępcą burmistrza Wągrowca, rozmawiają Wioletta Gryczka i Jerzy Mianowski.

„Smykowski przegrał wybory do Rady Miejskiej na Osadzie i w nagrodę partyjny koleś kolesiowi podał rękę. Gorzej jak za komuny, bo wtedy takich przegranych spuszczano do...” - to jeden z wielu komentarzy, który pojawił się na naszym portalu po objęciu przez pana stanowiska zastępcy burmistrza. Aż prosi się o pana komentarz...
- Po pierwsze - startowałem w zupełnie nowym obwodzie, tzn. na Osadzie, gdzie mieszkałem od miesiąca i uzyskałem 97 głosów, co uważam za bardzo przyzwoity wynik. A po drugie - nie jestem członkiem Platformy Obywatelskiej i nie uważam się za partyjnego kolesia. Z Krzysztofem Poszwą poznałem się podczas pracy w minionej kadencji Rady Miejskiej (...)

Stawiamy teraz na promocję zewnętrzną za pomocą folderów i książek, różnych gadżetów, czy też stawiamy na infrastrukturę czyli bazę turystyczną?
- Bardziej na infrastrukturę. Książka i folder, plan ścieżek turystycznych, mapa atrakcji turystycznych to może służyć promowaniu miasta. Ostatnio słyszałem na poczcie, jak ktoś zapytał, jakie miejsca warto odwiedzić w Wągrowcu, czyli są ludzie zainteresowani zwiedzaniem miasta, a jeśli powstanie jeszcze hotel przy Aquaparku, to chętnych do zwiedzania naszego miasta powinno być więcej.
Kiedy ulica Kościuszki, która od wielu lat jest antywizytówką miasta będzie, przebudowywana, czy może nastąpi budowa nowej ulicy?
- Budowa ul. Kościuszki ze ścieżką rowerową i parkingami jest zaprojektowana. Wielkopolski Zarząd Dróg Wojewódzkich ma już gotowy dokument, ale my byśmy chcieli wprowadzić trochę zmian w tym projekcie. Od projektu do realizacji nie jest już aż tak długi czas.
Czy miasto wprowadzi bezpłatną komunikację miejską?
- Będziemy starali się, aby komunikacja miejska dla mieszkańców była jak najtańsza (...)

Więcej w papierowej wersji Głosu nr 7/2015.

 

Lepiej, ale nadal źle

Fot. Wioletta Gryczka

Żadnej ze szkół w powiecie nie ma na liście 500 szkół Fundacji Edukacyjnej Perspektywy, która opublikowała ogólnopolski ranking szkół ponadgimnazjalnych.

Ranking jest ważnym instrumentem w badaniu jakości szkolnictwa ponadgimnazjalnego. Jego adresatami są przede wszystkim uczniowie najstarszych klas gimnazjów, którzy już w czerwcu muszą podjąć bardzo ważną decyzję - wybrać taką szkołę ponadgimnazjalną, która doprowadzi ich do studiów i ułatwi zdobycie wymarzonego zawodu.

LICEALNA ROSZADA
Szkoły te oceniono za sukcesy szkoły w olimpiadach, wyniki matury z przedmiotów obowiązkowych oraz wyniki matury z przedmiotów dodatkowych.
Uwzględniono wyniki 44. ogólnopolskich olimpiad, które zwalniały z egzaminu maturalnego, egzaminu zawodowego lub były finansowane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej w roku szkolnym 2013/2014 oraz 13 Międzynarodowych Olimpiad Przedmiotowych.
Pod uwagę wzięto wyniki egzaminu maturalnego ze wszystkich przedmiotów obowiązkowych i dodatkowych na poziomie podstawowym i rozszerzonym oraz egzaminy językowe na poziomie dwujęzycznym.
Wśród 500 liceów nie ma żadnego z Wągrowca, a na liście rankingowej Wielkopolski, na 47 miejscu jest I LO z ul. Klasztornej (awans z 48. miejsca w 2014 r.), a na 99. miejscu II LO z ul. Kościuszki (awans do pierwszej setki) (...)

Więcej w papierowej wersji Głosu Wągrowieckiego nr 4, dostępnej w sprzedaży od 21 stycznia 2015 r. 

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem