niedziela, 21 października
08:55

Szczególne prace odkrywkowe

Fot. Franciszek Szklennik

Burmistrz Wągrowca odwołał poprzedniego kierownika Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie. Nastał teraz czas GRZEGORZA TOMASZEWSKIEGO, który powrócił z Gołańczy. O to, jak ośrodek przybiera nowy garnitur, pyta Franciszek Szklennik.

Przenosiny, a właściwie powrót do Wągrowca zaskoczył burmistrza Mieczysława Durskiego?
- Burmistrz Durski w takich sytuacjach mówi zawsze: To do pana należy decyzja. Niech się pan dobrze zastanowi, czy aby się tam pan nie utopi.
Decyzja o przyjęciu propozycji burmistrza Krzysztofa Poszwy była szybka.
- Od dwóch lat realizowałem z powodzeniem pewne projekty w zakresie pomocy socjalnej i jeszcze w kwietniu tego roku nie brałem pod uwagę na serio powrotu do Wągrowca. Zwłaszcza, że w Gołańczy miałem sprzyjający klimat dla swoich projektów. Kiedy okazało się, że pierwszy konkurs ogłoszony przez burmistrza Krzysztofa Poszwę nie wyłonił kierownika, uznałem to za jakiś znak, że mogę spróbować wrócić do mojego rodzinnego miasta. Ewentualny powrót dawałby szansę na dokończenie projektów, które zarastały kurzem. Jednym z nich była ogrzewalnia dla bezdomnych, do której mnie namawiają także pracownicy socjalni MOPS. Nie uważam siebie za ministra do spraw pomocy społecznej w powiecie, ani w mieście i jestem przekonany, że jeśli do konkursu zgłosiłoby się kilka dobrze przygotowanych osób, burmistrz wybrałby odpowiednią. Uważam jednak, że mam wizję zreformowania MOPS-u.
Reformowanie wiąże się z ryzykiem...
- ...postanowiłem podjąć to ryzyko, bo ja zawsze lubiłem wyzwania.
Burmistrz pozbył się wydziału z urzędu.
- I to był dobry ruch. Podobnie działo się w Gołańczy, więc nie było to dla mnie zaskoczeniem. Pomoc społeczna jest dla jej potrzebujących, a nie na odwrót.
To teraz ma Pan szansę zbierać większe baty...
- (śmiech) Jakoś przyzwyczaiłem się do tego, że mój zakres odpowiedzialności zwiększa się statystycznie co siedem i pół roku, jak obejmuję nowe stanowisko. W Gołańczy zarządzałem budżetem pięciu milionów, tutaj jest tego ok. piętnastu.
I co trzeba było zrobić w Wągrowcu na początku?
- Szczególne prace odkrywkowe (śmiech). Pokazały one, że nie funkcjonuje w ośrodku tak jak należy przepływ informacji pomiędzy pracownikami a komórkami organizacyjnymi. Wzmocnienia wymaga pion finansowo-księgowy w związku z przejęciem dodatkowych obowiązków przez ośrodek. Reorganizacji wymaga dzienny dom seniora (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 40 z 30 września 2015 r.

Jak burmistrz uratował mi życie

Fot. Wioletta Gryczka

Chciała się zabić... Los przygotował jednak dla niej inny scenariusz.

Dziś Janina Różewska tryska energią. Gdy się z nią spotykam, energicznie ćwiczy i niemal robi szpagaty, ale jak sama przyznaje, nie zawsze tak było. Nie tak dawno chciała się zabić...

BÓL ROZRYWAŁ SERCE
- Nie ma większego bólu, niż strata ukochanego dziecka. Taki ból czuje tylko matka... - głos się jej łamie na wspomnienie ciężkich chwil (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 38 z 16 września 2015 r.

 

Lawendowe życie

Fot. Piotr Romanowski

O pachnącej lawendzie i decyzji o porzuceniu Warszawy Annie Borczykowskiej opowiedziała JOANNA POSOCH, która gościła w lipcu 50-osobowa grupę wągrowczan.

Odeszłam z dużego miasta, pozostawiłam dobrą pracę i wyjechałam na głęboko zapadłą wieś, bo...?
- Pracowałam dużo, szybko, intensywnie. Poczułam, że życie przecieka mi między palcami, że w gruncie rzeczy nic nie wiem o sobie, bo w ogóle nie mam dla siebie czasu. Dlatego w 1999 roku podjęłam decyzję o przenosinach na wieś. Liczyłam, że bliskość natury rozjaśni mi w głowie, odpocznę, a potem wymyślę jakiś nowy pomysł na życie.
Dlaczego akurat lawenda?
- Lawenda od zawsze mnie ujmowała pięknem i zapachem, posiałam pierwsze nasiona w 2001 roku. Początkowo miałam około 300 roślinek, a po pierwszej udanej zimie posadziłam więcej... Teraz plantacja zajmuje niecały hektar, jest kilka tysięcy roślin. Żeby były naprawdę pięknymi krzaczkami, trzeba poczekać jakieś 3-4 lata.
Lawenda jest niezwykłą rośliną, o relaksujących właściwościach. Wykorzystujemy ją zamykając aromat suszonych kwiatów w materiałowych saszetkach, bukietach. Co jeszcze można zrobić z lawendy, jak ją pielęgnować?
- Z lawendy można robić kosmetyki o działaniu łagodącym i przeciwbólowym, pielęgnującym i antyalergicznym. Poza tym lawenda świetnie nadaje się do przyprawiania potraw, można ją łączyć np. z rozmarynem (zapiekane ziemniaki, warzywa, sosy), dobrze komponuje się z płatkami róży (napoje, herbatki, desery). Pielęgnacja lawendy sprowadza się do odchwaszczania, które również napowietrza glebę. Ziemia dla lawendy powinna być zasadowa, czyli warto posypać ziemię dolomitem lub wapnem ogrodniczym, ew. rozdrobnionymi skorupkami jaj. Ogólnie rzecz biorąc lawenda jest rośliną gleb ubogich, więc nawożenie trzeba stosować umiarkowanie, co kilka lat (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 31 z 29 lipca 2015 r.

Majestat życia i śmierci

Władysława Kupczyńska z Jaroszewa Pierwszego. Fot. Franciszek Szklennik

Radość z wyzwolenia mieszała się z rozpaczą na widok ludzkich sądów nad wrogami, w których mógł być tylko jeden wyrok - śmierć.

Władysława Kupczyńska jest znana we wsi jako posiadająca dużą wiedzę historyczną osoba mówiąca pięknym językiem. Urodziła się w 1936 roku. Pomimo upływu lat pamięta wiele momentów ze swojego życia w czasie okupacji i zaraz po niej. A miała wtedy zaledwie dziewięć lat, kiedy zakończyła się wojenna pożoga.

OCZAMI DZIECKA
- Pamiętam piękne lipy, które rosły na funkcjonującym wtedy cmentarzu ewangelickim. Teraz nie ma już tam żadnej z nich. Na cmentarzu tym znajduje się do dziś mogiła młodego Niemca, na której umocowany jest duży głaz - wspomina pani Władysława. - Słyszałam w dzieciństwie opowieści, że zginął na polowaniu. Podobno jednak prawda jest bardziej tragiczna. W tle pojawiał się romans młodego chłopaka z właścicielką ziemską i gniew jej męża.
Moja rozmówczyni wspomina, że Niemcy, którzy mieszkali we wsi, byli dobrzy dla Polaków.
- Kiedy nadchodziły święta, dostawaliśmy w koszykach różne produkty i prezenty. Ale do czasu. Wielu mieszkańców znało język niemiecki. Podczas obowiązkowego darcia pierza w majątku niemieckim słuchali niemieckiego radia - wspomina pani Władysława.
Jej mama, która dobrze znała język niemiecki, słyszała przemówienie Hitlera, który swoim zwyczajem wrzeszczał podczas przemówienia, że jego żołnierze zamarzają pod Stalingradem, a niektórzy Niemcy dobrze sobie żyją. Ponoć padły słowa, że gdyby miał swoją broń i polskich żołnierzy, to doszedłby do Ameryki.
- Mama roześmiała się. Niemcy zorientowali się, że ona rozumie po niemiecku. Wtedy skończyły się dobre czasy. Radio nie było już włączane - wyjaśnia (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 30 z 22 lipca 2015 r.

 

Kącik marzeń

Fot. Franciszek Szklennik

Mają po dwadzieścia sześć lat, odmienne charaktery i z tym bogactwem są skazani na sukces. Ich okrętem jest dom pomocy społecznej w Jabłkowie. KAROLINA i MATEUSZ KOZŁOWSCY są na nim sternikami.

Gospodarstwo jest ostatnim przed lasem. Prowadzi tam – póki co – polna droga. Z daleka rzuca się w oczy zadbany, przyciągający wzrok obiekt. Jeszcze tylko skręt w lewo i docieram do celu.

Fot. Franciszek Szklennik

A DALEJ JUŻ TYLKO LAS
- Droga jest w planach gminy Skoki do remontu. Ten odcinek prowadzący do nas musimy jednak zrobić sami – wyjaśnia Mateusz Kozłowski
- Mama męża prowadziła tu agroturystykę. Często przyjeżdżali tu ludzie starsi. Podobała im się natura, spokój i piękne otoczenie – mówi Karolina Kozłowska. – Ktoś kiedyś rzucił myśl, że może warto uruchomić tu dom dla osób starszych.
Oprócz budynków jest jeszcze kilkanaście hektarów ziemi, staw i las. Wewnątrz pachnie nowością. Mateusz Kozłowski pokazuje wyposażenie gabinetu lekarskiego, pokoi dla przyszłych mieszkańców. Uwagę zwraca duży salon, który jest jednocześnie jadalnią. Jest też wyposażona już sala ćwiczeń. Z drugiej strony budynku znajduje się wielki taras. Świetne miejsce na spotkania, imprezy, wygrzewanie się na słońcu. Panuje tutaj niesamowita cisza, zakłócana jedynie śpiewem ptaków i szumem drzew. Pokoje są słoneczne i wyposażone w nowe meble (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 30 z 22 lipca 2015 r.

Kontrowersyjne „This Is Life”

klaudia

KLAUDIA PYSSA jest tegoroczną absolwentką wągrowieckiego I Liceum Ogólnokształcącego w Wągrowcu i marzy o muzyczno-wokalnej karierze. O swoim pierwszym teledysku i karierze piosenkarki opowiedziała Annie Borczykowskiej.

Śpiewanie sprawia Ci ogromną radość, ale żeby zaraz teledysk? Skąd ten pomysł, kto Ci w tym przedsięwzięciu pomaga?
- W zasadzie śpiewam od kiedy pamiętam. Odkąd byłam mała, wyobrażałam sobie siebie na scenie. W sumie to nagrałam już siedem piosenek, sześć z nich to inspiracje innymi piosenkami - tak zwane „covery”. Natomiast piosenka „This Is Life” jest moją pierwszą własną, wraz z teledyskiem. Trochę to smutne, ale nikt mi nie pomaga. W produkcji teledysku pomogły mi koleżanki z klasy: reżyserem i montażystą jest Sandra Piotrkowska, która marzy o studiach reżyserskich, Aneta Koprowska obsługiwała kamerę. A z nagraniem piosenki pomogło Studio Undersound Studio Nagrań w Poznaniu. Tekst jest mój, ale siostra pomagała mi go „skleić”.
Co chcesz przekazać tą piosenką? Widzę w jednym ujęciu grób mamy...
- Singiel „This Is Life” ma tematykę prześmiewczą, łatwo jest „rapować”- o tym mówi wstęp „Polski rap to shit, a nie art” . Mimo samego wstępu tematyka piosenki jest bardzo poważna. Ukazuję w nim problemy, różne stosunki jakie panują w Polsce. Stosunki zawodowe, jak i mentalne. Refren jest odskocznią od poważnych zwrotek, łatwo wpada w ucho i jest prosty. Owszem, w jednym ujęciu ukazał się grób mojej mamy, jak i cmentarz, który miał ukazać, jak wielu ludzi odchodzi, nagle, po ciężkich chorobach, w młodym wieku, co ma zasugerować, iż polska medycyna do najwybitniejszych nie należy... (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 29 z 15 lipca 2015 r.

 

Przybrani rodzice z Mieściska

Fot. Cezary Kucharski

- Dobrze mieć kogoś, nad kim można roztoczyć opiekę. Chociaż na początku nie wiedzieliśmy czy damy sobie radę - mówi MIROSŁAW SZYMAŃSKI, przybrany ojciec z Rodzinnego Domu Dziecka.

Los różnie układa ludzkie życie i wówczas dzieci trafiają do domów dziecka lub do rodzin zastępczych, gdzie mają możliwość życia i wychowania w miłości. W naszym powiecie takich rodzin mamy 11 i - jak widać - nie ma kolejek do przygotowania się do tej szlachetnej misji. Jednak pracownicy Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie wciąż poszukją chętnych ludzi gotowych troszczyć się o cudze dzieci. Ale są i tacy, którzy otwierają swoje serca (...)

Fot. Cezary Kucharski

Więcej we wtorkowym wydaniu Głosu nr 23 z 2 czerwca 2015 r.

 

Nie mam nic do ukrycia

Fot. Cezary Kucharski

Czym kieruje się MAŁGORZATA FIMIAK w swoich decyzjach, jak komentuje opinie na swój temat? Radna zdradza w rozmowie z Cezarym Kucharskim.

Pani Małgorzato, jak narodził się pomysł kandydowania?
- Do rady trafiłam z rekomendacji Samorządności Wągrowieckiej 2000, chociaż do niej nie należałam. Udział w wyborach zaproponował mi były burmistrz Stanisław Wilczyński. Początkowo odmówiłam ze względu na nadmiar obowiązków.
Kogo zostawiła Pani w pokonanym polu?
- Rywalizowałam z Łukaszem Nowickim, który nieznacznie, bo chyba siedmioma głosami ze mną przegrał. Startowały jeszcze trzy osoby, ale wszyscy prawdopodobnie po raz pierwszy.
Do jakiej partii Pani należy?
- Do żadnej, jestem człowiekiem Kościoła i głębokiej wiary, która pozwala mi pokonywać trudy dnia codziennego. Partia nie jest mi do niczego potrzebna. Jeśli chodzi o SLD, to jest mi bliski jej program, kiedy walczy o cele społeczne. Ja jednak zawsze będę bronić życia poczętego. Staram się myśleć i samodzielnie wyciągać wnioski.
SW 2000 nie jest partią polityczną. Czy to przyciągnęło Panią do tego stowarzyszenia?
- Nie, to była wyłącznie propozycja poprzedniego burmistrza, którą przyjęłam. Nie mieliśmy wspólnych poglądów.
To był powód późniejszego przejścia do klubu „Razem dla Wągrowca”?
- Zaraz po wyborach miałam telefon z propozycją członkostwa w klubie nowego burmistrza. W tym środowisku jestem bardziej znana z wcześniejszej działalności. Przed 20 laty byłam zastępcą przewodniczącego NSZZ Solidarność Pracowników Oświaty w Wągrowcu. Moje zapatrywania były i są raczej prawicowe. Znam też dobrze radnych z nowego klubu. Burmistrza wcześniej nie znałam.
To nie zdrada?
- Bardzo trudno było mi podjąć decyzję, chociaż zrobiłam to w parę minut. Starałam się być wierna, bo Stanisław Wilczyński uwierzył, że dam sobie radę. Nie ukrywam, że wtedy liczyłam na jego kolejną kadencję. Nikt z radnych nie chce być nazywany zdrajcą. Myślę jednak, że wyborcy głosowali konkretnie na mnie, a nie na SW 2000. Nie miałam problemu z przejściem ponieważ - jak wspominałam - z SW 2000 nie miałam wspólnych zapatrywań (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 22/2015

„Bogatym” nie pomagamy

Fot. Cezary Kucharski

Potrzebująca pomocy finansowej LILIANA KOMOROWSKA może liczyć tylko na operatywność rodziców. Pensja ojca i zasiłek matki stawiają ich wśród tych, którzy nie zasługują na państwową pomoc.

Liliana ma cztery latka i wygląda jak każde zdrowe dziecko. Chodzi do przedszkola i bawi się z rówieśnikami. Jest wesoła, więc nikt obcy nie zorientuje się jak ciężko choruje.
- Córka urodziła się z zespołem wad wrodzonych układu pokarmowego, wydalniczego, moczowego, płciowego - opowiada Roksana Komorowska, z Mieściska. - Ma chory kręgosłup i zakotwiczony rdzeń kręgowy, jego jamistość i rozszczep, ale mimo to biega, skacze i doskonale czuje się wśród rówieśników.
Danuta Ciszewska, dyrektor przedszkola: - Z Lilą nie ma żadnych dodatkowych kłopotów. To pogodne dziecko, które normalnie funkcjonuje w grupie, chociaż jest bardzo chore. Jest lubiana przez inne dzieci.
Roksana i Bartosz Komorowscy robią wszystko, żeby dziecko miało normalne życie. Szukają wsparcia wszędzie, ale mają pecha, bo za dobrze sobie radzą. Warto dodać, że ich syn Nataniel chodzi do pierwszej klasy i ma astmę oraz alergię (...)

ZA BOGACI NA POMOC
Matka Lilianny zaraz po zamieszkaniu w Mieścisku, czyli półtora roku temu, zaczęła współpracę z fundacją zajmującą się pomocą chorym dzieciom. Avalon to profesjonalne Centrum Rehabilitacji i Porad. Bezpośrednio pomaga niepełnosprawnym, zakładając im konta, na które wpływają pieniądze od ludzi dobrej woli.
- To jednak tylko pośrednik, o organizowanie licytacji oraz funkcjonowanie konta muszę dbać sama - dodaje mama dziecka. - Szukam chętnych ludzi dobrej woli, którzy mają coś, co zechcą oddać pod młotek. Częste licytacje, choćby na mniejszą kwotę, bardzo pomagają przy zakupie woreczków stomijnych, niezbędnych do normalnego życia mojej córeczki. Wcześniej organizowane były zbiórki plastikowych nakrętek.
Pieniądze gromadzone są głównie z przeznaczeniem na woreczki, które refundowane są do kwoty 300 zł, a  Komorowscy wydają na nie ponad tysiąc złotych miesięcznie. Koszty generują również wyjazdy do Poznania, Wrocławia, Opola itd.
Wydatki na leczenie Lili oscylują w granicach 2,5 tys. zł miesięcznie. Właśnie tyle zarabia mąż R. Komorowskiej. Rodzina żyje więc z zasiłku kobiety, który ledwo przekracza tysiąc złotych.
Takie dochody stawiają rodziców dziecka w sytuacji „bogaczy”, dla których nie ma pieniędzy w Gminnym Ośrodku Pomocy Społecznej. Dostali jedynie symboliczne 80 zł na węgiel, którego tona kosztuje ponad cztery „stówki”.
Rodzinie potrzebna jest pomoc, bo godne życie dzieci to przecież cel dla każdej matki i ojca na świecie.

Pomoc dla Liliany Komorowskiej:

Fundacja Avalon Bezpośrednia Pomoc Niepełnosprawnym.
Numer konta: 62 1600 1256 0003 0031 8642 6001 tytułem Komorowska 3625.

Samorządowa komercjalizacja?

Fot. Cezary Kucharski

JERZY SPRINGER to znany samorządowiec. Cezary Kucharski spróbował ustalić kim naprawdę jest i jak widzi swoją polityczno-lokalną rzeczywistość.

Kim Pan się czuje: nauczycielem, rzemieślnikiem, samorządowcem lub może politykiem?
- Oceniam siebie jako współczesnego człowieka renesansu. Chcę udowodnić sobie i innym, że każdy ma pokłady energii. Najpierw byłem pracodawcą i rzemieślnikiem, chociaż działalności już nie prowadzę. Nie czuję się jednak politykiem, tylko samorządowcem i to z pokaźnym, bo 20-letnim stażem. My tutaj rozwiązujemy ludzkie problemy i nie dotyczy to wielkiej polityki.
Ale jako członek Platformy Obywatelskiej tkwi Pan w niej po uszy.
- To prawda, że jestem związany z PO, ale przypomnę, że początkowo był to miękki ruch, a nie partia. Polityk buduje zręby porozumienia. Później należy rozwiązywać kluczowe problemy. Politykiem jestem wtedy, kiedy przyjeżdżają do nas parlamentarzyści z Warszawy, a my staramy się im pomagać. Ja nie uciekam od polityki w sensie realizowania takich inicjatyw jak Karta Dużej Rodziny czy Budżet Obywatelski. Polityka zawsze jest dla mnie na drugim miejscu, za samorządem. Jestem wągrowczaninem i tu moje kości zbieleją, dlatego w taki sposób do tego podchodzę.
Jakie priorytety przyświecają teraz Pańskiej pracy?
- Zarząd kreuje pewne strategiczne kierunki poddawane radzie pod rozwagę. Ja jestem na razie takim nieopierzonym członkiem zarządu. Wiem jak on funkcjonuje, ale muszę się jeszcze trochę pouczyć, bo tego nigdy za wiele .
Dobrze, to wobec tego przyjąłby Pan polityczny awans?
- Zależy jaki to byłby awans i czy przyniósłby korzyści powiatowi lub miastu. Mnie to nie rajcuje. Skrajną nieodpowiedzialnością byłoby jednak niewykorzystanie dobrych propozycji, pomocnych w załatwieniu czegoś pozytywnego dla społeczności. Nie mamy jeszcze systemowego działania i wiele rzeczy należy normalnie, po prostu załatwić. Do tego potrzeba ciągle układów i układzików (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 21/2015

Piłkarska krew

Karol Linetty. Fot. Anna Borczykowska

KAROL LINETTY ma z zaledwie dwadzieścia lat i jest uważany za jeden z większych talentów piłkarskich w kraju. O życiu, miłości i piłce rozmawia z Anną Borczykowską.

Nie łatwo zastać Cię w rodzinnej miejscowości, a umówienie się na rozmowę to już „wyższa szkoła jazdy”. To niedzielne spotkanie, zgotowane przez sąsiadów, chyba Cię zaskoczyło?
- Jeszcze jak! Cały czas jestem pod jego wrażeniem! Nie spodziewałem się takiego przyjęcia. I szczerze, nic o tym nie wiedziałem. Do Damasławka przyjeżdżam rzadko, bardzo rzadko. Co tydzień mamy mecze, treningi, wyjazdy i dlatego z tymi powrotami jest ciężko. Dodam tylko, że jestem sentymentalny. Przywiązuję wagę do pamiątek, wspomnień, a tu taka niespodzianka i ten puchar, który dla mnie przygotowali moi sąsiedzi, przyjaciele i najwierniejsi kibice. I jeszcze to zdjęcie od pani, z Piotrem Reissem, tak dawno temu zrobione!

Karol Linetty w czasach gimnazjalnych z Piotrem Reissem. Fot. Anna Borczykowska
Jeśli uda się przyjechać tak jak teraz - dosłownie - na kilkanaście godzin do rodzinnego domu, to co najchętniej robisz?
- Lubię jeść! (śmiech). Jestem tradycjonalistą pod każdym względem, również polskiej kuchni. Stały zestaw jak zawsze: schabowy, ziemniaki, buraczki. Uwielbiam to od dziecka, jeszcze jak babcia to przygotowywała. Poza tym nie mam specjalnych życzeń, choć nie ukrywam, że przed przyjazdem jest telefon do mamy...
Karol, Twoje fanki, pewnie są w rozpaczy. Jest przy tobie piękna i mądra dziewczyna, od kiedy jesteście razem?
- Poznaliśmy się we wrześniu ubiegłego roku. Miałem kontuzję, a z naszym klubem współpracuje klinika Rehasport w Poznaniu. Wioletta pracuje tam w rejestracji. Spotkaliśmy się w windzie, zaproponowałem jej... wodę. Podziękowała. Przekazałem później przez pielęgniarkę tę wodę, zapisując na butelce mój numer telefonu. Spotkaliśmy się kilka dni później i tak to trwa do dzisiaj (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 20/2015

Surowy, ale sprawiedliwy

Fot. Archiwum Rafała Spachacza

Wągrowiecki szpital ma nowego dyrektora: został nim RAFAŁ SPACHACZ, który w rozmowie z Cezarym Kucharskim mówi czego mogą m. in. oczekiwać od niego współpracownicy.

Głośnym echem w mediach odbiło się zdarzenie podczas październikowej sesji Rady Miasta Gniezna. Czy zechce Pan skomentować ten przykry incydent ?
- Z reguły nie komentuję działań przestępczych, ponieważ od tego jest policja i prokuratura. Każdy, kto jest ofiarą przestępstwa, odwołuje się do tych organów, a one powodują, że winnym wymierza się karę. Mogę jedynie wspomnieć, iż było to dla mnie niemiłe wydarzenie, reżyserowane i zaplanowane przez oponentów, celem nadszarpnięcia mojego autorytetu przed wyborami samorządowymi. Działanie okazało się nieskuteczne, gdyż z natury jestem odważny i nieustępliwy, stąd nawet takie niesmaczne i przestępcze prowokacje nie powstrzymają mnie w działalności społecznej. Jestem i pozostanę obrońcą prawdy i dobra publicznego.
Czy kara została wymierzona?
- Ta przestępcza próba została już w ubiegłym roku zgłoszona stosownym organom. Policja pod nadzorem prokuratury stara się ująć winowajców.
Co skłoniło Pana do złożenia aplikacji właśnie w Wągrowcu?
- Jestem specjalistą z dziedziny zdrowia publicznego i doktorem nauk medycznych. Posiadam kwalifikacje do zarządzania jednostkami służby zdrowia. Myślę, że cieszę się sporym zaufaniem społecznym, bo zdobyłem mandat wyborczy w powiecie gnieźnieńskim. Nie wyobrażam sobie zawieść mieszkańców oraz wyborców, jednak realizację własnych planów zawodowych, związanych z zarządzaniem służbą zdrowia, musiałem przenieść poza miejsce zamieszkania. Szukałem pracy gdzie indziej, dlatego złożyłem aplikację w Wągrowcu.
Zechce Pan ujawnić swoje dochody po objęciu stanowiska dyrektora Zespołu Opieki Zdrowotnej?
- Poprosiłem o znaczne obniżenie zarobków w porównaniu do poprzedniczki ze względu na trudną sytuację finansową jednostki. Wiem, że tak się stanie.
Został Pan zatrudniony na umowę czy kontrakt?
- Mam pełnić obowiązki z powołania na okres sześciu lat.
Rozumiem, że będzie Pan radnym i dyrektorem wągrowieckiej placówki. Czy połączenie nie odbije się negatywnie dla jednej z tych funkcji?
- Deklaruję, że wręcz przeciwnie. Samorządowcem jestem od blisko dziesięciu lat i umiem godzić powierzone funkcje (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 20/2015

Życie wywróciło się do góry nogami

Fot. Franciszek Szklennik

Pochodzą z różnych miejscowości. MARLENA z Inowrocławia, TOMASZ z Kalisza. Poznali się w pracy.

Spotykamy się w Pawłowie Skockim w ich domu. W salonie, na oparciu kanapy rozciągnął się okazały kot. Są jeszcze trzy inne. To pupile pani domu. Marlena i Tomasz Wawrzyniakowie wrócili właśnie z pracy. Marlena pracuje jako księgowa, Tomasz jest przedstawicielem handlowym. Jest jeszcze córka Tosia, która wkrótce skończy 15 lat i jest uczennicą II klasy gimnazjum w Poznaniu. Po lekcjach jeździ na lekcje gry na gitarze.

NA WŁASNE ŚMIECI
Przez piętnaście lat mieszkali w Poznaniu na Wildzie. Wynajmowali mieszkanie, którego okna wychodziły na podwórko z północnej strony. Aż przyszedł czas na decyzję – co dalej? W 2008 roku zaczęli rozglądać się za działką budowlaną.
- Na dwa lata odłożyliśmy plany ze względu na powszechny kryzys finansowy. Zadzwonili do nas nasi znajomi i powiedzieli, że znaleźli fajne miejsce. I tak zapadła decyzja, że ze znajomymi kupujemy tu działki – mówi pan Tomasz. - W 2011 budowa ruszyła i po dwóch latach mogliśmy w pełni cieszyć się z własnego lokum.
Mieszkają w Pawłowie Skockim, tuż przy drodze prowadzącej do Stawian. - Fascynacja mieszkaniem w mieście u nas w pewnym momencie minęła. I żona, i ja też wychowywaliśmy się na wsi. W pamięci pozostała cisza, urok i brak miejskiego hałasu – z melancholią wyjaśnia małżonek. – Tu możemy sobie usiąść na tarasie i oglądać przyrodę i smakować święty spokój. Na pytanie o to, co decyzja o zamieszkaniu w Pawłowie Skockim zmieniała w ich życiu, ze śmiechem opowiadają: - Nasze życie wywróciło się do góry nogami.

INNY ŚWIAT
W mieście, po powrocie z pracy w ruch szedł pilot od telewizora, fotel był jakby przywiązany do człowieka. Tutaj telewizor odpoczywa. Małżonkowie mają świadomość, że wybór miejsca zamieszkania wiąże się koniecznością uprawy ogródka, koszeniem trawy, koniecznością dokończenia prac przy wybudowanym domu. Bywa, że wolne dni od pracy mają zajęte codziennymi pracami na swojej zagrodzie od rana do wieczora (...)

SMAK ŻYCIA
Postanowili być w wielu sprawach samowystarczalni. Pan Tomasz uprawia chmiel, ponieważ na własne, hobbystyczne potrzeby produkuje piwo. Pomidory będą już w tym roku dojrzewać we własnym tunelu, raz w tygodniu pieką chleb na zakwasie. Od czasu do czasu uruchamiają swoją wędzarnię, żeby przygotować wędzonki. Domowa spiżarnia zapełnia się w sezonie własnymi przetworami z owoców i warzyw.
- Pomidorowej nie gotujemy z koncentratu – ze śmiechem mówi Marlena.
Tomasz w czasach licealnych złapał wędkarskiego bakcyla. Teraz z kolegą są w trakcie budowy pomostu na Maciejaku. Poznali już wielu ludzi ze wsi. Ponieważ nie wszystkie prace na działce da się przeprowadzić bez maszyn, zawarli znajomość z panem Krzysztofem, który chętnie świadczy usługi swoim traktorem i sprzętem. Sąsiad zza płotu mieszka na stałe w Gnieźnie i tu pojawia się sporadycznie. Zapoznali się z rodzicami koleżanki córki. – Z pozostałymi widzimy się od czasu do czasu w sklepie, albo pod figurką podczas święcenia potraw wielkanocnych – dodaje pan Tomasz (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 19/2015

Nie wołamy na puszczy

Fot. Wioletta Gryczka

KRZYSZTOF PASZYK, przewodniczący Sejmiku Województwa Wielkopolskiego, wiceprezes Polskiego Stronnictwa Ludowego w Wielkopolsce, w rozmowie z Jerzym Mianowskim i Franciszkiem Szklennikiem odpowiada na pytania o swoje miejsce w polityce, zamierzeniach i strategii.

Jak ocenia pan koalicję z Platformą Obywatelską w sejmiku?
- Pierwsze miesiące V kadencji nie ujawniły żadnych zasadniczych różnic, które tworzyłyby przeszkody do dobrej współpracy, jaka ma zresztą wieloletnią tradycję. W województwie wielkopolskim trwa od 2005 roku.
Czy nazwałby ją Pan modelową?
- Chyba ryzykowne byłoby użycie takiego określenia. To współpraca oparta na wzajemnym poszanowaniu i zrozumieniu partnerów koalicyjnych.
Pana wybór na stanowisko szefa sejmiku był wynikiem kalkulacji politycznej, która zapobiegłaby wyborowi kandydata opozycji na to stanowisko?
- Tradycją w sejmiku jest wybór przewodniczącego z grona radnych większościowej koalicji. Podtrzymany został ten zwyczaj. Podobnie jest w sejmie. Wybór mojej osoby był wynikiem uzgodnień między koalicjantami oraz rozmowy wewnątrz Polskiego Stronnictwa Ludowego - kto spośród dwunastu radnych PSL ma objąć tę funkcję (...)

W gronie radnych PSL brzmiały głosy: chcemy teki marszałka?
-Wbrew medialnym spekulacjom, uznaliśmy zwycięstwo mandatowe Platformy i prawo do typowania kandydata na marszałka województwa. Koncentrowaliśmy się na podziale kompetencji w zarządzie województwa i obszarów, które znajdą się w nadzorze przedstawicieli PSL.
Strategia pozwoliła uzyskać to, czego chcieliście?
- Unikam słów: dostaliście, chcieliście. Istotny dla PSL był nadzór nad Programem Rozwoju Obszarów Wiejskich, ponieważ posiadamy dobre rozpoznanie potrzeb środowisk wiejskich. Warto przypomnieć, że poseł PSL, były minister rolnictwa Stanisław Kalemba wynegocjował przesunięcie 5,2 mld złotych z funduszu spójności do PROW-u.
Do zagospodarowania był Stefan Mikołajczak. Znalazł się jednak w klubie radnych PO.
- Zarówno były marszałek Stefan Mikołajczak, jak i Zbigniew Ajchler przed wyborami wykonywali sympatyczne gesty pod adresem PSL, ale ostatecznie znaleźli się na listach innych komitetów. Dziś bym powiedział, że w pewnym sensie są „pomostami między koalicjantami”. Spekulacje wyborcze nie mają dziś znaczenia.
Były marszałek Stefan Mikołajczak i obecny marszałek Marek Woźniak byli po dwóch stronach barykady. Brakowało gestu podania sobie ręki. Teraz mamy do czynienia z zasadniczą zmianą postaw.
- Nie chciałbym oceniać faktów z przeszłości, których nie byłem świadkiem. Można zastosować maksymę, że czas leczy rany, ponieważ obydwaj panowie nie mają teraz w ramach klubu radnych Platformy przeszkód w porozumieniu się.
Poseł Kalemba nie będzie startował w jesiennych wyborach parlamentarnych. Czy PSL powalczy o mandat w okręgu pilskim?
- Myślę, że realne są nawet 2 mandaty dla PSL. Wybory samorządowe pokazały, że PSL ma potencjał. W okręgu pilskim uzyskaliśmy dwa mandaty. Przebiliśmy szklany sufit, dotychczas to był tylko jeden mandat. Przegraliśmy z PO tylko ok. 5 tysiącami głosów. Dlatego będziemy budować listę wyborczą do parlamentu w oparciu o mocnych kandydatów, podobnie jak to było w wyborach samorządowych.
Chcemy, aby posłami PSL z okręgu pilskiego byli ludzie dobrze znający potrzeby zwykłych ludzi oraz potrafiący zarządzać nawet trudnymi problemami społecznymi. To potrafią tylko samorządowcy i dlatego właśnie na samorządowców postawimy, budując naszą listę kandydatów PSL do Sejmu (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 19/2015

Drogą grozy

Kazimierz Pomorski Fot. Franciszek Szklennik

Życie KAZIMIERZA POMORSKIEGO rozpoczęło się na Ukrainie. Wiodło przez cierpienia, okupację, obóz śmierci, aż znalazło przystanek w starym młynie.

Dziadkowie wraz z rodziną przesiedlili się z przeludnionej wówczas Lubelszczyzny na Kresy Wschodnie, w okolice Kostopola, w latach dwudziestych. Dziadek wybudował we wsi Rudnia młyn napędzany wodą z niewielkiej rzeczki Melnica. Ojciec Kazimierza odziedziczył ten młyn i pobudował tam nowy dom. On sam urodził się w 1937 roku.

PRZED BURZĄ
- Byliśmy jedynymi Polakami mieszkającymi we wsi. Nasze relacje z mieszkańcami układały się bardzo dobrze. Bardzo dobrze pamiętam, że często odwiedzaliśmy się nawzajem z rodzinami Wawrzyków i Winochwatów - wspomina pan Kazimierz.
Jego ojciec w 1942 roku zelektryfikował swoje gospodarstwo, czym wzbudził wielkie zainteresowanie nowością ze strony otoczenia.
W jego pamięci zachowały się jednak i złe wspomnienia. Mieszkający we wsi bracia Siemieniukowie, młodzi wówczas ludzie, przechwalali się tym, że jeden z nich uczestniczył w likwidacji getta żydowskiego w okolicach Saren i w egzekucjach mieszkańców. Prawdą jest, że kilku mieszkańców wsi zostało wyznaczonych do transportu Żydów z getta na miejsce egzekucji. Hitlerowcy stwarzali w ten sposób wrażenie, że mordy na Żydach nie są ich sprawką.
- Wiosna 1943 roku sąsiedzi powiadomili ojca o złych zamiarach ukraińskich bojówek nacjonalistycznych, współpracujących z hitlerowcami. Zaopatrywane były mianowicie w broń. Tu i ówdzie dochodziło do zbrojnych napaści na Polaków, mordowano ich, a dobytek palono - mówi ze smutkiem.
Rodzina opuściła wieś i przeniosła się do miejscowości, w której większość mieszkańców to byli Polacy. W nocy z 10 na 11 lipca niebo nad wioską rozgorzało łuną pożarów. Wszędzie było słychać strzały z broni maszynowej. Pociski zapalające wzniecały kolejne pożary. Wokół wybuchały pociski. Mieszkający tam Polacy uciekali, nie zdążywszy zabrać ze sobą najpotrzebniejszych rzeczy. Podobne sceny rozgrywały się w innych wsiach.

UCIECZKA
- Przedzieraliśmy się w ciemnościach do pobliskiej stacji kolejowej w Rafałówce. Tam już zgromadziły się tłumy uciekinierów - relacjonuje pan Kazimierz.
Wszystkich ich zgarnęli Niemcy. Zapakowali w bydlęce wagony i skierowali w stronę Auschwitz-Birkenau. Nie wiadomo, co stało się z tymi, którzy nie pomieścili się w wagonach. Sześcioletni wtedy chłopiec zapamiętał wielki ścisk, smród, wielkie pragnienie wody do picia.
Po jakimś czasie dowiedzieli się, że jadą do Lwowa. Stamtąd pociąg wyruszył w kierunku Rzeszowa i Krakowa. W wagonach zrobiło się już luźniej. W Krakowie wysiedli i zostali odesłani przed oblicze komisji lekarskiej w obozie Auschwitz - Birkenau. Doskonale zapamiętał widok obozowych baraków. Tam hitlerowcy dokonali selekcji transportowanych. Słabi, schorowani zostali skierowani do oddzielnych baraków i najczęściej ginęli.
- Taki los spotkał także matkę mojego wujka. Miała ciemną karnację i była drobną kobietą. Odseparowali ją od nas, nie dali się pożegnać. Więcej jej już nie zobaczyliśmy - wspomina. - Hitlerowcy prezentowali się nam jako eleganccy, dobrze ubrani ludzie. Nie mogę się do dziś nadziwić, jak byli zdolni do takich zbrodni - mówi ze smutkiem pan Kazimierz.
Jego mama miała wówczas 33 lata i została uznana przez komisję za zdolną do pracy. W ten sposób uratowała swoje życie, życie Kazimierza i starszej o cztery lata jego siostry.
Tych, których komisja lekarska uznała za zdrowych, załadowano ponownie do wagonów i wywieziono na roboty w okolice Wrocławia.
- Mój ojciec pracował w chlewni w  majątku rolnym, a jego brat w cukrowni. Ryzykował i wynosił w kieszeniach cukier, którego wszystkim brakowało. Przyłapano go i wywieziono do obozu Gross Rosen. Tam zginął - snuje swą opowieść pan Kazimierz.

WOLNOŚĆ, STRACH, PODRÓŻ
W lutym 1945 roku wojna dla nich się zakończyła wraz z oswobodzeniem Wrocławia. Radość z wolności mieszała się z kolejnym strachem, ponieważ niektórzy pijani żołnierze sowieccy zaczepiali nachalnie kobiety, przeprowadzali rewizje w poszukiwaniu złota i zegarków. Ponieważ w budynkach mieszkalnych przebywały jeszcze niemieckie rodziny, słychać było krzyki gwałconych kobiet.
Rodzina wyruszyła w marcu w kolejną podróż z podwrocławskiego Klecina. Rodzice wrócili na Lubelszczyznę, skąd pochodzili. W kwietniu ojciec postanowił szukać nowego siedliska, bo o powrocie na Ukrainę nie było mowy.
- Ojciec przyjechał do urzędu wojewódzkiego w Poznaniu i dostał przydział na zasiedlenie tego budynku w Siennie. Funkcjonował tu młyn napędzany lokomobilą parową - opowiada. - Główny silnik był uszkodzony. Miał pęknięty wał. Przyjechali majstrowie z zakładu H. Cegielskiego w Poznaniu, pomierzyli i wykonali nowy wał.
Do dziś zachował się tłok od tego jednocylindrowego silnika. Pan Kazimierz pokazał mi przybitą tabliczkę znamionową z maszyny. Silnik napędzany był na gaz wytwarzany z koksu. Młyn służył mieszkańcom do 1949 roku. Na drewnianych słupach widnieje wyryta cyfra 1912.

Mlyn Sienno Fot. Franciszek Szklennik

DOLE I NIEDOLE
Prywatny zakład był solą w oku działaczy partyjnych, więc postanowili ukrócić biznes młynarza. W czerwcu 1949 roku urzędnicy opieczętowali zakład i zamknęli. Trwało to do 1951 roku, kiedy to zabrano część maszyn. Dwa lata później postanowiono w młynie utworzyć świetlicę.
Zabużanie doświadczyli wielu przykrości po wojnie już na terenach Polski. Działo się to wówczas, kiedy odmawiali przystąpienia do tworzonych spółdzielni produkcyjnych w ramach kolektywizacji rolnictwa. W odwecie nakładano na nich zawyżone normy obowiązkowych dostaw, pomimo otrzymywania gorszych gruntów. Podobny los spotykał i Polaków, którzy mieli odmienne zdanie niż aktyw partyjny, ślepo realizujący wytyczne kierownictwa. Byli czasami traktowani jako wrogowie socjalizmu.
- Przywieźli fachowca budowlańca, który jednak orzekł, że uruchomienie takiego obiektu jest niemożliwe - mówi pan Kazimierz. - Powiedział również, że władze dopuściły do likwidacji zakładu, który służył ludziom.
Młyn powrócił jako własność gospodarstwa dopiero na początku lat siedemdziesiątych. Dziś pan Kazimierz jest już na emeryturze i uprawą ziemi zajmuje się przy okazji.

Wszystkie ręce na stół

Fot. Jerzy Mianowski

PIOTR PAŁCZYŃSKI po raz drugi zyskał zaufanie wyborców i jest radnym powiatowym. Jak odnosi się do różnych opinii na swój temat? Jaką ma wizję ugrupowania politycznego, do którego należy? Co zamierza dalej robić zarówno w sferze politycznej, jak i zawodowej? Pytają o to Cezary Kucharski i Jerzy Mianowski.

Panie Piotrze, różnie mówi się ludziach, którzy coś osiągnęli w życiu. Jak przyjmuje Pan opinie wyrażane słowami: komuch, młody beton...
- Nie rozumiem takiej fali nienawiści. Nie jestem betonem, ani komuchem. Moje poglądy są centrolewicowe i socjaldemokratyczne. Zależy mi na szeroko rozumianym postępie, którego fundamentem jest dobrze funkcjonująca służba zdrowia i edukacja oraz polepszanie komfortu życia uboższej części społeczeństwa. Nie wstydzę się swoich poglądów.
Zgadza się Pan z pogłoskami o posiadaniu możnych protektorów, a co za tym idzie, sterowaniu Pańską działalnością?
- Chcę zapewnić, że nie jestem przez nikogo sterowany, ani też nie mam protektora. Tak mówią ludzie, którzy są nieprzyjaźnie do mnie nastawieni lub posiadają niezrozumiałe dla mnie kompleksy. Samorządowa działalność publiczna wiąże się z tego typu komentarzami. Nie analizuję wypowiedzi w Internecie i plotek. Szkoda mi po prostu czasu. Takie oszczercze wypowiedzi nie są godne uwagi i nie zmienią mojego postępowania. W takim, a nie innym duchu zostałem wychowany. Jeżeli ktoś zechce się ze mną spotkać, dyskutować, to jestem otwarty i zapraszam do rozmowy.
Czyżby politykę wyssał Pan zatem z mlekiem matki?
- Raczej nie, prędzej przejąłem zamiłowania od dziadka, z którym już we wczesnej młodości uwielbiałem prowadzić rozmowy na temat bieżących wydarzeń politycznych. Bardzo lubiłem z nim rozmawiać. Mogę zdradzić ciekawostkę, że w wieku 10 lat potrafiłem z pamięci wymienić imiona i nazwiska wszystkich ówczesnych ministrów.
Rozciągnął Pan opiekuńcze skrzydła nad Jakubem Zadrogą?
- Bez wątpienia jest on moim dobrym przyjacielem, ale nie muszę rozciągać nad nim opiekuńczych skrzydeł, ponieważ sam sobie doskonale radzi. Ma wielki potencjał polityczny i co najważniejsze jest niezależny. Często rozmawiamy, jednak decyzje, jakie on podejmuje, są tylko i wyłącznie jego.
Może jednak wspiera go Pan w jakiś sposób?
- Pójdźmy w takim razie dalej w ocenach naszych relacji. Wspieramy się wzajemnie i znamy swoją wartość od kilku lat. Mamy do siebie zaufanie.
Jest Pan członkiem maleńkiego, trzyosobowego klubu SLD w Radzie Powiatu Wągrowieckiego. Czy tak „okrojony” klub może forsować Pana autorskie projekty?
- Czy moje pomysły zostaną wcielone w życie, to w gruncie rzeczy zależy od dobrej woli radnych, a głównie Zarządu Powiatu. Widzę taką wolę u starosty. W styczniu wystąpiłem o pilotażowe dofinansowanie samorządów uczniowskich. Mam na myśli chociażby kilkanaście tysięcy złotych. Zostałem zaproszony na posiedzenie Zarządu, gdzie odbyła się dyskusja na ten temat i dostrzegłem chęć współpracy.
Jak ocenia Pan te rozmowy?
- Cieszę się, bo pomysł nie wylądował w szufladzie. To daje powód do optymizmu, tym bardziej, że przedstawiłem dodatkowe argumenty. Podczas dyskusji lekko przeobraziliśmy projekt, który teraz idzie w kierunku podobnym do budżetu obywatelskiego. Zakładamy ogłoszenie konkursu jeszcze w tym roku kalendarzowym. Zostałby on rozstrzygnięty przed planowaniem budżetu na przyszły rok, w którym mógłby być realizowany. Zaznaczam, że na razie o tym jedynie dyskutujemy, jednak wiążę nadzieje na skuteczną realizację tego pomysłu.
Wszyscy pamiętają, że niegdyś złożył Pan obietnicę fundowania stypendiów dla młodych ludzi. Czy ten pomysł umarł śmiercią naturalną?
- Zadeklarowałem to w poprzedniej kampanii wyborczej. Trzy osoby dostały wsparcie w wysokości 1 500 zł. W maju ubiegłego roku zrezygnowałem z tej formy pomocowej, ponieważ rolę nagradzającego młodzież przejął powiat.
Czy to problem nagrodzić dwa razy za dobrą robotę?
- Nie chcę się dublować, więc pomyślałem o zmianach formuły. Rok temu przeprowadziłem konkurs pn. „Pomysł na powiat”, a na nagrody przeznaczyłem blisko 2000 zł. W tym roku staram się, co miesiąc finansować jakieś interesujące inicjatywy, np. w lutym konkurs fotograficzny. Nagrodą był tablet Samsung Galaxy. Mówimy, więc o mniejszych kwotach, ale za to częściej przyznawanych.
Jest Pan już zasiedziałym radnym. Co uczynił młody, niedoświadczony człowiek, aby ponownie znaleźć się w tym gonie?
- Bez wątpienia mój wynik wyborczy, który był najlepszy w okręgu obejmującym miasto Wągrowiec, dał mi olbrzymią satysfakcję. To daje mi chęci do jeszcze wydajniejszej pracy. Oczywiście prowadziłem kampanię, ale zwycięstwo jest zawsze efektem wcześniejszych, systematycznych poczynań. Tak duża liczba zdobytych głosów pozytywnie mnie zaskoczyła i jednocześnie zdopingowała do jeszcze wydajniejszej działalności (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 16/2015

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem