wtorek, 15 października
16:59

Pół wieku wspólnego życia

W ubiegłym tygodniu osiem par małżeńskich z Wągrowca świętowało Złote Gody.

Z okazji tego wspaniałego jubileuszu burmistrz Wągrowca Jarosław Berendt wręczył małżonkom odświętne medale przyznawane przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, pogratulował wytrwałości oraz życzył jubilatom długich lat w zdrowiu i szczęściu. Pary odnowiły z tej okazji przysięgę małżeńską, zaś uroczystość uzupełniały ich zdjęcia ślubne sprzed pięćdziesięciu lat. Jubileusz zwieńczyła lampka szampana i pyszny tort, zaś w tle przygrywał kwartet smyczkowy, tworząc klimat idealny do dzielenia się wspomnieniami.

(ks)

Nie możemy w tej sprawie pozwolić sobie na porażkę

Z dr. n. med. PRZEMYSŁAWEM DAROSZEWSKIM, dyrektorem Ortopedyczno -Rehabilitacyjnego Szpitala Klinicznego im. Wiktora Degi Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu rozmawia Franciszek Szklennik

Panie doktorze, realizujecie jako szpital unikalny w Polsce projekt, z którego korzystają także mieszkańcy powiatu wągrowieckiego. Z czym jest związany?
- Na terenie Wielkopolski mamy ponad tysiąc osób w wieku 5 - 21 lat, u których zdiagnozowano mózgowe porażenie dziecięce. W tej liczbie mamy ok. 900 osób, które spełniają warunki udziału w projekcie, tj. m.in. terapeuta może nawiązać z nim kontakt i mogą być poddane rehabilitacji. Prof. dr hab. med. Marek Jóźwiak, kierownik Kliniki Ortopedii i Traumatologii Dziecięcej naszego szpitala sygnalizował wielokrotnie, że jesteśmy zapóźnieni w stosunku do osiągnięć światowych. Szukał pomysłu na to i trzeba było zacząć od oceny skali problemu, a ta pokazała dobitnie, że mamy poważną lekcję do odrobienia.
Co oferujecie w ramach projektu?
- Projekt nosi nazwę: „Upowszechnienie technologicznie wspomaganej diagnostyki funkcjonalnej i rehabilitacji dzieci i młodych dorosłych z mózgowym porażeniem dziecięcym w województwie wielkopolskim”. Jest współfinansowany z Europejskiego Funduszu Społecznego, w ramach Wielkopolskiego Regionalnego programu Zdrowotnego na latach 2014-2020, którego Instytucją Zarządzającą jest Zarząd Województwa Wielkopolskiego. Realizacja projektu rozpoczęła się w marcu 2019 r., od kwalifikacji uczestników, które będą prowadzone cyklicznie. Od czerwca nasz szpital organizuje turnusy rehabilitacyjne. Projekt będzie trwał 3 lata.
To dobra wiadomość dla rodziców i opiekunów takich osób. Na co mogą liczyć?
- W tym czasie będziemy rehabilitować dzieci w dwutygodniowych cyklach (10 dni roboczych). Każde dziecko będzie mogło skorzystać z dwóch cyklów w ciągu roku i maksymalnie z 6 cyklów w trakcie trwania realizacji całego projektu. Dla uczestników zamieszkujących ponad 30 km od naszego szpitala gwarantujemy nocleg wraz z opiekunem w hotelu trzygwiazdkowym oraz transport.. (...)

Harcmistrz Bronisław Kazimierz Wilmanowicz

Prezentujemy sylwetkę kolejnego zasłużonego harcerza z terenu naszego powiatu

 

Bronisław Wilmanowicz urodził się 11 września 1944 roku w Kakulinie, w gminie Skoki, w powiecie wągrowieckim. Jego rodzice: Władysław i Pelagia z domu Chmiel, prowadzili tam gospodarstwo rolne. Bronisław był najmłodszym synem z czworga ich dzieci. Jego rodzeństwo to: Władysława (ur. 1926 r.), bracia: Edmund (1928 r.) oraz Stanisław (1930 r.).
W 1951 roku rozpoczął naukę w Szkole Podstawowej w Kakulinie, gdzie ukończył pięć klas, zaś klasę VI i VII kontynuował w Popowie Kościelnym. Po ukończeniu szkoły podstawowej podjął naukę w Liceum Pedagogicznym w Wągrowcu, które ukończył w 1964 r. W tym samym roku został wcielony do Oficerskiej Szkoły Łączności w ramach zasadniczej służby wojskowej, po odbyciu której w kwietnia 1966 roku został przeniesiony do rezerwy.
Pierwszą pracę zawodową jako nauczyciel podjął w Szkole Podstawowej w Panigrodzu, gdzie pracował od 1 maja do 30 czerwca 1966 r. Od 1 września 1966 roku do 31 sierpnia 1969 roku był nauczycielem w szkole podstawowej w rodzinnym Kakulinie. Od 1 września 1969 roku do 31 sierpnia 1990 roku pracował jako wychowawca w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Antoniewie. W tym czasie skończył studia pedagogiczne na UAM w Poznaniu.
31 sierpnia 1990 roku przeszedł na emeryturę, którą zawiesił po dwóch latach i ponownie pracował w antoniewskim ośrodku od 15 października 1992 roku do 28 lutego 2006 roku. W 2000 roku otrzymał stopień nauczyciela mianowanego. W 2006 roku definitywnie zakończył pracę zawodową.
Swoją przygodę z harcerstwem zaczął jeszcze w czasie nauki w Liceum Pedagogicznym w Wągrowcu. Kontynuował ją także jako wychowawca dzieci i młodzieży w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Antoniewie. Prowadził drużynę „Nieprzetartego Szlaku”. 2 września 1975 roku, rozkazem Komendanta Chorągwi Wielkopolskiej ZHP, przyznany mu został stopień harcmistrza. Był też współtwórcą i komendantem szczepu, który w 1976 roku stanowiły cztery drużyny liczące 80.wychowanków ośrodka. (...)

Brawo Pani Magdaleno!

Wągrowczanka MAGDALENA PRZESŁAWSKA, oprócz wielu zadań zawodowych, ma swoje ulubione - biegi.

I to te na dłuższych dystansach. Magdalena Przesławska ostatnio wystartowała w półmaratonie rozgrywanym w ramach 42. Biegu Lechitów, który zalicza się do Korony Polskich Półmaratonów. Po raz 42. z Małego Skansenu w Ostrowie Lednickim wystartował Bieg Lechitów. Biegacze i biegaczki mieli do pokonania ponad 21 km by dotrzeć na metę znajdującą się na Placu Świętego Wojciecha w Gnieźnie.(...)

 

Bez sportu i ruchu to ja nie mogę żyć

Twarzą w twarz z TOMASZEM BIEGUNEM (ur. 1954 r.) o miłości do sportu, gór i jazdy na rowerze, rozmawia Zbigniew Grabowski.

Twoi rodzice to górale. Ty urodziłeś się już w Wągrowcu...
- Moja rodzina pochodzi z Rajczy, czyli miejscowości u podnóża Beskidu Żywieckiego. Tu urodził się też dość znany swego czasu biegacz narciarski Maciej Kreczmar. W poszukiwaniu swojego miejsca do życia rodzice przybyli jednak do powiatu wągrowieckiego. Mieszkaliśmy przez jakiś czas w Grylewie, tam ukończyłem też szkołę podstawową. Urodziłem się jednak w Wągrowcu.
Wspominasz tu znanego biegacza narciarskiego, ale to Ty masz na swoje nazwisko Biegun...
- Ha, ha, no tak. I trochę w życiu też pobiegałem. Zaś to moje bieganie rozpoczęło się tak naprawdę dopiero w Zasadniczej Szkole Rolniczej w Gołańczy. Tam mieliśmy nauczyciela wychowania fizycznego i trenera w jednej osobie Jana Czernyhowskiego, który zaszczepił w nas tę pasję. Najpierw to biliśmy swoje rekordy życiowe, a później też rekordy szkoły, jeżdżąc po całej Wielkopolsce po różnych zawodach, spartakiadach czy też igrzyskach. Kombinat PGR w Gołańczy wypożyczał szkole autobus, a nauczyciele, nie patrząc na pieniądze, jeździli z nami w soboty i niedziele na te zawody. Jak przyszedł sezon, to praktycznie co tydzień bywaliśmy na jakichś zawodach sportowych. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 37 Z 11 WRZEŚNIA 2019 R.

Niczego nie musimy się wstydzić

NATASZA i JAROSŁAW BARONOWIE są ludźmi, którzy potrafią sobie poradzić z największymi przeciwnościami losu.

Natasza Baron, to wieloletnia przewodnicząca Koła Gospodyń Wiejskich w Konarach. Troska o zdrowie zmusiła ją do rezygnacji z funkcji, ale nie do zaprzestania działalności. Urokliwa kobieta jest mamą trójki dzieci, żoną ambitnego rolnika, a ostatnio wyróżniona została rolą starościny powiatowo - gminnych i diecezjalnych dożynek w Gołańczy. Jest także członkiem rady rodziców w szkole, w której uczą się ich dzieci i ciągle angażuje się przy organizacji życia szkoły.

TAK ZWYCZAJNIE
Szesnastoletnia Natasza siedziała sobie z koleżanką na ławce w Potulinie, gdzie mieszkała i spędzały czas na dziewczęcych pogaduszkach. Nieopodal zatrzymał się na ich widok starszy o trzy lata Jarosław, który podróżował z kolegą.
- Nie miał wtedy odwagi zagadnąć mnie - śmieje się pani Natasza.
Jak się okazało - przyszły mąż pochodzi z Konar, wsi oddalonej od Potulina o kilkanaście kilometrów. Tam jego rodzice: Danuta i Stanisław prowadzili duże gospodarstwo rolne. Dziewczyna nie jest z gospodarstwa, chociaż jej mama Eleonora była córką rolnika. Tata Mirosław nie parał się rolnictwem
Rodzice Jarosława uprawiali wtedy 53 ha, a z hodowli trafiało na rynek 600-650 tuczników. Chłopak chciał zostać następcą w gospodarstwie. Ma dwie młodsze siostry, ale rodzice zaplanowali dziewczynom inny los. Jarosław ukończył Technikum Mechanizacji Rolnictwa w Gołańczy i to jakby było zwieńczeniem jego postanowienia o pozostaniu na gospodarstwie. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 35 Z 28 SIERPNIA 2019 R.

Harcmistrz Józef Kubicki

Prezentujemy kolejną sylwetkę zasłużonego dla harcerstwa mieszkańca Wągrowca.

Józef Kubicki urodził się 18 marca 1929 r. w Gnieźnie. Był najstarszym synem Doroty i Franciszka Kubickich. Miał dwóch braci: Jana - księdza i Mariana, który należał do harcerstwa i część życia pracował w Głównej Kwaterze ZHP. Wojna przerwała dzieciństwo i naukę w szkole powszechnej, a Niemcy zatrudnili go do pracy w charakterze gońca. Wiosną 1943 r. podczas ulicznej łapanki trafił w ręce gestapo. Przez rok rodzice nie mieli od syna żadnych wieści i żyli w przekonaniu, że zginął. Na początku 1944 r. do domu rodzinnego przyszła od Józefa wiadomość z miejscowości Dormagen. Okazało się, że piętnastoletni Józef zmieniał miejsca pobytu, z Dormagen przeniesiono go do Dortmundu, a po kilku miesiącach do Kolonii, gdzie pracował w Zakładach Kruppa, tam też doczekał końca wojny.
Polacy, którzy przyszli na te tereny wraz z aliantami, utworzyli Polski Ośrodek Szkoleniowy im. Władysława Sikorskiego w Lippstadt, który zajmował się między innymi edukacją różnego stopnia. Jak wiele innych polskich dzieci trafił do ośrodka Józef Kubicki. Przez rok chodził do szkoły, jak również należał do drużyny skautowskiej, gdzie poznał idee wychowawcze Baden Powella. Tym ideom zawartym w książeczce twórcy skautingu pt. „Skauting dla chłopców” pozostał wierny do końca życia.
POWRÓT
W czerwcu 1946 r. powrócił do Wągrowca i 1 września rozpoczął naukę w miejscowym Liceum Pedagogicznym, które ukończył w 1949 r. Jako świeżo upieczony nauczyciel został skierowany do pracy w Szkole Podstawowej nr 1 w Wągrowcu. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 34 Z 21 SIERPNIA 2019 R.

Dh Kazimierz Wyrembek, ps. „Jadwiga”

W związku z obchodami stulecia wągrowieckiego harcerstwa publikujemy na łamach Głosu Wągrowieckiego sylwetki harcerzy, którzy tworzyli historie tych stu lat.

Urodził się 16 grudnia 1919 roku w rodzinie robotniczej Wojciecha i Pelagii (z domu Karczewska) Wyrembków. Mieszkali w Wągrowcu przy ulicy Piaskowej 13 (obecnie 21). Kazimierz miał czworo rodzeństwa: braci Czesława, Franciszka i Teofila oraz siostrę Janinę.

CODZIENNOŚĆ
Matka nie pracowała, zajmowała się dziećmi, a ojciec zatrudniony był w Rgielsku i w 1933 r. stracił pracę. W tym czasie Kazimierz był w trzeciej klasie gimnazjum. Zrezygnował z nauki i podjął pracę jako goniec w biurze adwokackim Stanisława Wrzyszczyńskiego w Wągrowcu, gdzie pracował do wybuchu wojny. W ten sposób pomagał utrzymać siedmioosobową rodzinę.
Od początku okupacji hitlerowskiej do 1941 r. pracował jako robotnik przy budowie szosy w Rudniczu, a po zakończeniu robót został zatrudniony w Hurtowni Środków Piorących firmy J. Ganz w Wągrowcu i pracował do momentu aresztowania.

REPRESJE
8 sierpnia 1944 r. na terenie Wągrowca doszło do masowego aresztowania członków ruchu oporu, wśród nich był Kazimierz Wyrembek. Wszyscy zostali przewiezieni do siedziby gestapo w Poznaniu (były Dom Żołnierza), a po przesłuchaniach przewieziono ich do Żabikowa. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 33 Z 14 SIERPNIA 2019 R.

Łakomy na zaszczyty nie jestem

Twarzą w twarz z MARIANEM ŁAKOMYM (rocznik 1954), byłym długoletnim zawodnikiem Zamku Gołańcz, gospodarzem obiektów stadionowych od ponad 25 lat, człowiekiem, dla którego klub Zamek wciąż jest jego drugim domem stanął Zbigniew Grabowski.

Całe Twoje dotychczasowe życie kręciło się wokół piłki nożnej. Co o tym zadecydowało?
- Mieszkałem na rynku w Gołańczy. Nasze podwórko graniczyło zaś ze starym boiskiem, które było wtedy w bliskości dzisiejszego Gołanieckiego Ośrodka Kultury, a koledzy z jednego budynku: Stanisław Łukaszewski, bracia Ireneusz i Zbigniew Biskupscy czy też mój brat Ryszard, grali już wtedy w Zamku. Ja byłem z nich najmłodszy, ale też chciałem grać w piłkę. Stąd ci, z którymi przyszło mi później grać byli ode mnie o kilka lat starsi. Zdzisław Zieliński, Zenon Dawidowski, Kazimierz Grzegorek, Edward Tylicki, Aleksander Kempczyński czy też Edward Łuszczyński są tego przykładem. Swój boiskowy debiut zaliczyłem 31 sierpnia 1969 r. w towarzyskim meczu z Wełnianką Kiszkowo.
Wspominasz tu nazwisko Stanisława Łukaszewskiego, ale czy pamiętasz też innego z zawodników tamtego Zamku, Zdzisława Włodarkiewicza? (więcej w środowym numerze nr 32 z 7 sierpnia 2019)

Sport kocham od zawsze

JAROSŁAWA WILCZYŃSKIEGO można spotkać w godzinach popołudniowych, gdy przemieszcza się w szybkim tempie swoim wózkiem inwalidzkim po ścieżkach rowerowych wągrowieckiego Osiedla Wschód, gdzie mieszka. Bywa, że też na trasie do Wiatrowa czy Skoków.

Chłopak w tym swoim pędzie pojawia się nagle, wyrasta jak spod ziemi i już z daleka krzyczy znajomym - „dzień dobry” czy też „cześć”. Kto jednak wie, że Jarek, to jest gość jakich niewielu w naszym mieście? Warto poznać historię jego życia.

INACZEJ, ALE SPRAWNY
Z Jarkiem Wilczyńskim (rocznik 1978) poznaliśmy się, gdy był jeszcze dzieckiem. Jego coraz silniejsze dłonie z zapałem popychały koła inwalidzkiego wózka. Często przyjeżdżał na stadion, by chociaż z daleka poobserwować ćwiczących zawodników Unii Wapno. Mijałem go też niekiedy, jadąc samochodem w kierunku Damasławka, śledząc, jak zasuwa w jedną, a za chwilę w drugą stronę na tym swoim wózku. On nazywał to treningiem, który miał pomóc w osiągnięciu dobrych rezultatów w wyścigach na wózkach, w których coraz częściej uczestniczył. Mając niespełna 16 lat przejechał już też najważniejszy wyścig w Polsce, Maraton Pokoju, dystans 42 km 195 m, co było wyczynem nie lada.
Na wszystkie te zawody jeździł zawsze z rodzicami, którzy dla niego byli gotowi na wiele wyrzeczeń. Mawiali jednak, że na pierwszym miejscu musi być nauka. Szczególnie te słowa zapadły jemu w pamięć, gdy po skończeniu szkoły przyszedł czas na opuszczenie Wapna i wyjazd do Poznania. Wybór był w pełni świadomy: Technikum Elektroniczne, wcześniej zasadnicza szkoła zawodowa (monter aparatury radiowo – telewizyjnej). Szkoła z internatem, w pełni przystosowana do nauki osób niepełnosprawnych. Po ukończeniu „zawodówki”, trzy letnie technikum i tytuł technika – elektronika. Wszystko fajnie i pięknie, jednakże dziś, po latach nauki ,zdobyty zawód nie przydaje się jemu wcale. Zostało jednak to, co wywarło piętno na całym późniejszym życiu Jarosława – miłość do sportu. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 31 Z 31 LIPCA 2019 R.

Jubileuszowe spotkanie

W sobotnie popołudnie sala widowiskowa w Łeknie wypełniona została po brzegi przez uczestników spotkania miejscowego klubu seniora „Cystersi”.

Lipcowe spotkanie miało wyjątkowy charakter, bowiem wyjątkowymi gośćmi tego spotkania byli jubilaci: długoletniego pożycia małżeńskiego oraz urodzin. Żelazne gody (65 lat) pożycia małżeńskiego świętowali państwo Maria i Kazimierz Zawadzcy z Łekna. Jubilaci związek małżeński zawarli 65 lat temu w porze jesiennej, jednak w klubie panuje tradycja, iż jubileusze małżeńskie w gronie seniorów organizowane są raz w roku, stąd wcześniejsze obchody jubileuszu.
Jubileusz urodzin obchodzili: Maria Zawadzka i Leokadia Kucharska (85 lat), Kazimiera Kuśmierek (80 lat), Mirosława Łapacz (75 lat), paie Regina Chabros, Teresa Hekiert (70 lat) oraz Jan Wieczorek i Julian Dobrzykowski (70 lat).
Wszyscy Jubilaci swoje jubileusze obchodzili nie tylko w gronie seniorów, ale w towarzystwie swoich najbliższych, krewnych i znajomych. W spotkaniu uczestniczyli zaproszeni goście: Michał Piechocki, wicestarosta wągrowiecki, Przemysław Majchrzak, wójt gminy Wągrowiec, Krystyna Urbańska, wiceprzewodnicząca rady powiatu wągrowieckiego, Eugeniusz Piec, radny rady gminy Wągrowiec, Paulina Meler - Biegańska, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej, pani Małgorzata Wiśniewska, sołtys wsi Łekno oraz Genowefa Stelmach, przewodnicząca Rady Seniorów Gminy Wągrowiec. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 30 Z 24 LIPCA 2019 R.

Z potrzeby serca i rozumu

Twarzą w twarz ze STANISŁAWEM MARKIEM JÓŹWIAKOWSKIM (rocznik 1957), właścicielem firmy zajmującej się kompleksową obsługą rolnictwa, miłośnikiem koni, działaczem sportowym i społecznym, człowiekiem, który nigdy nie mówi nigdy, gdy widzi sens społecznych inicjatyw, stanął Zbigniew Grabowski.

Marku, urodziłeś się w Damasławku i swoim dotychczasowym życiem zaświadczasz, że jesteś damasławianinem z krwi i kości...
- Tak naprawdę to mam na imię Stanisław. Jednak od urodzenia wszyscy mówili na mnie w domu Marek i tak już zostało. Jestem rodowitym mieszkańcem Damasławka. Tu na ojcowiźnie powstał mój dom, później również firma, która w tym roku obchodzi 30 - lecie istnienia. Społecznikostwo wyssałem zaś chyba z mlekiem matki. Byłem radnym gminy, legitymującym się najdłuższym nieprzerwanym stażem ze wszystkich radnych. W radach gminy pełniłem różne funkcje, począwszy od przewodniczącego Komisji Rolnej, poprzez członka zarządu gminy, a na wiceprzewodniczącym rady kończąc. Byłem też jedną kadencję radnym wojewódzkim i członkiem Sejmiku Samorządowego Województwa Pilskiego. Dziś działam dalej na rzecz mojej gminy tak, jak umiem najlepiej i czynię to z potrzeby serca i rozumu.
Spotykam się Tobą, aby porozmawiać głównie o sporcie. Sokół Damasławek powstał już w 1923 r., został jednak reaktywowany z niebytu w 1994 r., między innymi, a może przede wszystkim za Twoją przyczyną. Mija właśnie 25 lat od tego momentu.
- Zdarza mi się przeglądać zdjęcia, na których widzę ojca Tadeusza i jego braci grających w drużynie miejscowego Sokoła. Wspominam też czas, gdy plac do gry zwany boiskiem był w miejscu, gdzie jest dziś dom kultury, czyli o rzut kamieniem od mojego domu. Pamiętam, że gdy w Sokole grali członkowie mojej rodziny, jako dziecko chodziłem z nimi na mecze, nosiłem im buty i marzyłem, że też będę kiedyś grał w piłkę. Gracze przebierali się wtedy w strażnicy, która mieściła się tam, gdzie ma dziś sklep p. Halina Szyper i szli potem na boisko. Ja, 7 – 8 letni brzdąc, podawałem im wtedy piłki. Byłem bardzo rozżalony, gdy to boisko zlikwidowano i zaczęto w tym miejscu robić wykopy pod przyszły dom kultury i przedszkole.
Ta chęć gry spowodowała zapewne, że wy, młodzi wtedy jeszcze chłopcy, przystąpiliście do budowy nowego boiska...
- Tak, na początku lat 70-tych uparliśmy się, aby za mleczarnią wybudować nowe boisko, bo przecież gdzieś grać musieliśmy. W tym czasie mieliśmy już bardzo prężny LZS „Błyskawica”, który osiągał liczne sukcesy w piłce ręcznej. Bazy sportowej jednak nie było nadal. Budowaliśmy wtedy to boisko ok. 5 lat własnym sumptem i sprzętem, bo wielu z nas było synami rolników, a gdy już powstało, to rozegraliśmy na nim chyba jeden tylko mecz, bo zabrano je nam do „Energetyki”. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 29 Z 17 LIPCA 2019 R.

Po trzykroć wierzę w sens tego, co robię

IWONA SZAFRAN z Wągrowca jest mamą LEOSIA - tytularnego Lwa turnieju organizowanego od kilku lat w Rościnnie. Jest także zaangażowana w pomoc dzieciom dotkniętym rdzeniowym zanikiem mięśni (SMA). Rozmawia z nią Franciszek Szklennik.

Czym się teraz Pani zajmuje, jakie spełnia Pani zadania w fundacji?
- W Fundacji SMA działam od maja 2016 roku, pełnię tam funkcję koordynatora projektu. Moje działania koncentrują się na organizacji konferencji, szkoleń i akcji charytatywnych. Wspieram również działania PR. Organizowałam szkolenia z fizjoterapeutami dla nowo zdiagnozowanych w kraju oraz dla polskich dzieci leczonych we Francji, byłam odpowiedzialna za Konferencję Weekend ze SMAkiem w 2016 roku. W tym roku także uczestniczę w organizacji, jestem odpowiedzialna za część związaną z sympozjum naukowym oraz program merytoryczny dla rodzin. Mam na swoim koncie akcję pn: „Kibicuj chorym w walce z SMA`.
Co wiemy o tej chorobie?
- SMA (ang. spinal muscular atrophy), czyli rdzeniowy zanik mięśni, to schorzenie nerwowo-mięśniowe o podłożu genetycznym. W SMA obumierają neurony w rdzeniu kręgowym odpowiadające za pracę mięśni, wskutek czego mięśnie ciała słabną i stopniowo ulegają zanikowi. Odpowiednia opieka potrafi znacznie spowolnić postęp choroby. Czucie i dotyk nie są zaburzone w SMA, a rozwój poznawczy i emocjonalny przebiega normalnie. Dzieci z SMA zwykle są inteligentne, pogodne i czerpią ogromną radość z życia.
Choroba rozwija się wskutek mutacji w genie odpowiedzialnym za kodowanie SMN – specjalnego białka niezbędnego do funkcjonowania neuronów motorycznych. Białko SMN jest tworzone w procesach wewnątrzkomórkowych i nie można dostarczyć go z zewnątrz.
Mutację tę ma w Polsce jedna na 35–40 osób. Jeżeli oboje rodzice są nosicielami tej wady, istnieje 25% ryzyka, że ich dziecko będzie miało SMA. Rozpowszechnienie SMA w Polsce nie jest znane. Z częstości mutacji wnosiło się, że w którymś momencie życia na SMA zachoruje jedna na 5000–7000 osób, co dawałoby rozpowszechnienie rzędu 1:10000 w populacji. Najnowsze liczby oparte na danych z laboratoriów genetycznych wskazują na niższą częstość występowania choroby: ok. 400–800 osób w Polsce.

Czy wiadomo, ile osób w naszym powiecie zapadło na tą chorobę?
- Moja wiedza jest taka, że w naszej okolicy jest czworo chorych: troje dzieci i jeden dorosły. Być może, że jest ich więcej, jednak RODO nie pozwala mi sprawdzić dokładniej bazy danych. SMA to choroba rzadka i ciężko ją zdiagnozować. Jeżeli rodzic czuje się zaniepokojony, powinien odwiedzić swojego pediatrę lub fizjoterapeutę. W Wągrowcu jest jeden, który systematycznie szkoli się z zakresu SMA. To Mirosław Musielak (tel. 665 368 798) Przyjmuje także prof. dr hab. n. med. Barbara Steinborn, jedna z najlepszych neurologów dziecięcych w kraju, na jej oddziale są dzieci leczone lekiem spinrazą oraz te, które biorą odział w badaniu klinicznym preparatu Ridisplan.
Czy mamy do czynienia z jedną postacią choroby?
- Mimo że rdzeniowy zanik mięśni to jedno schorzenie, dzieli się ją na cztery typy lub postaci. Do niedawna stosowano podział oparty na wieku zaobserwowania pierwszych objawów. Obecnie preferuje się klasyfikację funkcjonalną, gdzie wyznacznikiem typu jest najwyższy osiągnięty etap rozwoju ruchowego.
W postaci pierwszej SMA (dawniej „choroba Werdniga-Hoffmanna”) objawy osłabienia mięśni widoczne są w pierwszych tygodniach albo miesiącach życia. Niemowlę jest wiotkie, zwykle ma osłabiony krzyk i oddech, nie jest w stanie unieść główki, ma trudności z oddychaniem, ze ssaniem. Dzieci, które umiały utrzymać się bez podparcia w pozycji siedzącej, ale nie zaczęły chodzić samodzielnie, zaliczane są do postaci drugiej SMA. Objawy to trudności w siedzeniu, problemy z raczkowaniem, z oddychaniem, utrzymaniem głowy w pozycji siedzącej, problem z podniesieniem rączki ponad ramię, słabe mięśnie nóg, pocenie się głowy podczas snu (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 26 Z 26 CZERWCA 2019 R.

Staram się dotrzeć do młodych

 

 

Uczniowie szkół są narażeni na wiele pokus współczesnego świata, wśród których prym wiodą narkotyki i alkohol. Jak ustrzec ich przed konsekwencjami pochopnych czynów wie dobrze TOMASZ GRALAK.

 

Tomasz odwiedza szkoły, gdzie prowadzi wykłady na temat agresji, alkoholu i narkotyków, tłumacząc młodym ludziom co robić, by się przed nimi ustrzec. Jak sam twierdzi, jego inicjatywa wychodzi naprzeciw dzisiejszym trendom, gdzie narkotyki czy dopalacze są ogólnie dostępne. 

- Spotykam się trzynastolatkami, rozmawiamy o narkotykach i mówią, że ich znajomi mieli już z nimi styczność. To jest najlepszy moment, by młodych ludzi przestrzec przez kontaktem z używkami - tłumaczy wągrowczanin.

 

POMYŚL ZANIM ZROBISZ
Podczas spotkań Tomek ma walizkę narkotykową, w której pokazuje młodzieży jak wyglądają narkotyki dostępne na rynku, by uświadomić ich, przed czym powinni się bronić. Prócz tego na wyposażeniu ma symulujące postrzeganie po używkach narkogogle i alkogogle, które uczniowie za jego namową zakładają, po czym próbują wykonać proste zadania. Oczywiście mają przy tym niezły ubaw. Ale, jak podkreśla Tomek, niebawem pójdą na pierwszą imprezę, gdzie pojawią się alkohol i narkotyki.


- Po tego typu substancjach czujesz, że możesz zrobić wszystko – mówi szkoleniowiec. - Jesteś bardzo odważny, wszystko wydaje się proste. Możesz wówczas zrobić coś nieprzemyślanego, np. wsiąść za kółko i doprowadzić do wypadku, co będzie miało poważne konsekwencje i może zniszczyć Ci życie.


Problemem według Tomka jest też brak wzorców i postaci, na których młodzi ludzie mogliby się wzorować. Dziś głównie są to piłkarze lub youtuberzy, ludzie popularni i majętni. Ale co trzeba zrobić, by zyskać popularność i pieniądze? Tomek uświadamia młodych ludzi, że aby osiągnęli podobny sukces, muszą włożyć w to dużo pracy i poświęcić się bez reszty. Powinni również otaczać się odpowiednimi ludźmi i stale pogłębiać swoją wiedzę. (...)

 

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 25 Z 19 CZERWCA 2019 R.

Ruszył śladami przodków

 

Peter Wollinski przed bramą kościoła w Łeknie (fot. Konrad Szadkowski)  

 

Dla chcącego nie ma nic trudnego, tym bardziej jeśli chodzi o poszukiwania swoich źródeł. W takim właśnie celu do Wągrowca i okolic zawitał kilka dni temu pewien Australijczyk.

 

Peter Wollinski mieszka w Elderslie w Australii, 60 kilometrów na południowy zachód od Sydney. Ma 65 lat, pracował w bankowości, zaś od kilku lat jest na emeryturze. W 2010 roku jego ojciec zachorował na demencję i w ramach terapii, by ćwiczyć umysł, Peter pytał ojca o przeszłość. Wówczas dowiedział się, że rodzina ma korzenie żydowskie, o czym nigdy wcześniej w domu nie wspominano. Wówczas Peter postanowił odszukać miejsca, z których wywodzi się jego rodzina. Pomogła mu w tym krakowska firma Polish Origins, specjalizująca się w poszukiwaniu korzeni ludzi, których rodziny wywodzą się z Polski. 

 

W efekcie udało im się odszukać w archiwach ślady rodziny z aktami metrykalnymi. Jak się okazało, rodzina Petera mieszkała w Wągrowcu i okolicach. Jego pradziadkowie, Wolff i Paulina, przybyli w drugiej połowie XIX wieku do Łekna z Wronek. Tam w 1888 urodził się dziadek Petera - Herman, a także jego rodzeństwo: Samuel, Emil i Roschen. Na początku XX wieku wszyscy przenieśli się do Wągrowca. Pradziadkowie Petera zamieszkali przy dzisiejszej alei Jana Pawła II, zaś dziadkowie w domu przy ul. Gnieźnieńskiej. Po I Wojnie Światowej, ze względu na antysemickie poglądy dominującej wówczas endecji, rodzina Petera bała się o swoje bezpieczeństwo i wyjechała do Niemiec, najpierw do Sulechowa, następnie do Berlina, gdzie szybko się zgermanizowała. Stamtąd, dwa tygodnie przed wybuchem II Wojny Światowej ojciec Petera, Werner, uciekł do Danii, po czym udał się w rejs do Australii, gdzie został na stałe. (...)

 

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 24 Z 12 CZERWCA 2019 R.

Nie dałbym się przesadzić

JÓZEF ŚWIĘTEK ma 66 lat i tyle doświadczeń życiowych, że mógłby obdzielić nimi wielu ludzi.

Wystarczy wyjść na skraj podwórza, by ujrzeć szereg wiatraków z farmy wiatrowej znajdującej się już na terenie gminy Margonin. Najbliższy z nich stoi jakieś 1500 m od gospodarstwa i zaledwie 400 m od miedzy ich pola, która jest równocześnie granicą z powiatem chodzieskim. Tu u nich taka raczej nie powstanie, bo Rada Gminy przyjęła kiedyś uchwałę o nielokowaniu wiatraków na terenie gminy. Za to na jej terenie powstają instalacje fotowoltaiczne.
- Wiatraki się kręcą całą dobę, a energia drożeje - pokazuje ręką na urządzenia Józef Świętek.

TO WSPÓLNE DOBRO
- Wnuki też mają swoje obowiązki w gospodarstwie, bo każdy musi przyłożyć się chociażby do porządku na podwórku - mówi pan Józef, kiedy pokazuję mu chłopca sprzątającego podwórze.
W Oporzynie gospodarzyli już jego dziadkowie. Przekazali je potem swoim dzieciom, a one swoim. Jego mama pochodziła z sąsiedniego Pawłowa Żońskiego. Dziewczyna też jest z gospodarstwa, ale to nie tata Józefa powędrował za żoną, ale ona przyszła tu. Po rodzicach przejął w 1980 roku 15 hektarów z kawałkiem. Był czwartym z kolei dzieckiem w rodzinie, skończył technikum rolnicze i stał się jakby naturalnym następcą w gospodarstwie. Jego mama zmarła, gdy on miał 10 lat, a najstarsze z rodzeństwa szesnaście.
- Wiem, jak mało kto, co znaczy ciężka praca na roli - wspomina. - Czy moje wnuki zechcą zostać? Nie wiem. Mają 8 i 12 lat i zapewne jeszcze nie mają pomysłu na swoją przyszłość - dodaje.
Na tych swoich hektarach, powiększonych o kolejne prawie 5 ha - podobnie jak i rodzice - uprawiał rzepak, buraki cukrowe, zboża, hodował bydło mleczne i świnie.
- Można powiedzieć, że profil gospodarstwa zapewniał pieniądze przez cały rok. Jak wymłóciliśmy rzepak, to pieniądze z jego sprzedaży zapewniały spokojny byt aż do żniw, a niekiedy i dłużej - opowiada.
Nie było wtedy jeszcze wtedy kombajnów i trzeba było robić omłoty rzepaku. Teraz formalnym gospodarzem jest syn Łukasz i jego żona Żaneta.
- Teraz to żniwa zajmują nam zaledwie kilka dni - dodaje syn Łukasz.
ZIARNKO
DO ZIARNKA
Na stanie miał wtedy tzw. „kokotka”, powszechnie wtedy używany ciągnik marki Ursus -28 i kilka narzędzi do niego. Później na podwórku pojawił się Ursus C-60. Z czasem kupił kombajn „Bizon”, ale teraz jego następca - syn Łukasz zdecydował o kupnie kombajnu Class.
Była wtedy koniunktura na trzodę chlewną i opasy i w tym kierunku poszedł pan Józef. Były i krowy mleczne, ale jak dostawał za litr mleka 38 groszy, to bydło sprzedał. Planował kupno ziemi, ale w okolicy trudno było o nią. Teraz wspólnie z synem uprawiają 30 hektarów, w tym 8 dzierżawionych. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 23 Z 5 CZERWCA 2019 R.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem