Baner wyborczy Jarosław Berendt

 

 

czwartek, 18 października
07:13

Masa spadkowa

MARCIN WICHA porządkował rzeczy po zmarłej mamie. Opisał to na tyle interesująco w książce „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, iż przyznano mu za nią najważniejszą polską nagrodę literacką.

Po zmarłych zostają sterty gratów, papierzysk, szmat, z którymi nie wiadomo co zrobić. Dla spadkobierców nie przedstawiają one żadnej wartości, dla najbliższych mogą mieć wartość sentymentalną. A i to z upływem czasu ich związek z ukochaną osobą zaciera się w pamięci. Więc lądują na śmietniku albo ich utylizacją zajmują się wyspecjalizowane firmy, które „sprzątają” po tych, którzy odeszli. Wyrejestrowują telewizor, zamykają internetowe konta, kasują numer telefonu. A pozostałości materialne upychają po antykwariatach i punktach charytatywnych.

CISZA
„Szuflady wypełnione ładowarkami od starych telefonów, zepsutymi piórami, wizytówkami sklepów. Stare gazety. Zepsuty termometr. Wyciskacz do czosnku, tarka i to, jak to się nazywa, śmialiśmy się z tego słowa, tyle razy się powtarzało w przepisach, mątewka. Mątewka. I przedmioty już wiedziały. Czuły, że wkrótce będą przesuwane. Przekładane w niewłaściwe miejsca. Dotykane cudzymi rękami. Będą się kurzyć. Będą się rozbijać. Pękać. Łamać pod obcym dotykiem”.
Marcin zdecydował jednak posprzątać po mamie sam. Chodzi po pustym mieszkaniu, bierze do ręki jedną rzecz po drugiej, dotyka z czułością. I w pamięci odwija mu się film z przeszłości. Bo każdy przedmiot ciągnie za sobą jakąś historię rodzinną, opowieść z życia Warszawy, w której rodzina spędziła życie. Także refleksy dziejów powszechnych naszej ojczyzny.
„Trudności z papierem. Eufemizm. Jedno z wyrażeń, które zawsze nam towarzyszyły. Trudności z papierem dotykały prasy katolickiej. Trudności z papierem sprawiały, że książki latami czekały na druk. Trudności z papierem – przez nie musiałem zanosić do punktu skupu stosiki starych gazet. Mężczyzna z obciętymi uszami ciskał gazety na wagę. Potem wypisywał kwit. Kto nie przyniesie kwitu, nie dostanie świadectwa – straszyli w szkole.” (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 42 Z 17 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Laikat patrzy na „Kler”

W dodatku wszyscy na co dzień co najmniej przez kilka lat mają do czynienia z duchowieństwem. Bo ministrantura, bo katecheza, bo niedzielna msza, bo nieszpory, bo dziecko do bierzmowania, bo nauki przedślubne, bo kolęda, bo pogrzeb w rodzinie. Poza tym każdy w naszym kraju ma do kościoła i na plebanię najwyżej pół godziny spacerkiem.

ZA CZYM KOLEJKA...
I teraz, kiedy na ekrany wchodzi film o duchowieństwie, do kin rzuca się w „weekend otwarcia” milion widzów. Najwięcej w całej historii polskiego filmu, od kiedy on istnieje. Ludziska tłoczą się przed kasami jakby tam pokazywali coś, czego ludzkie oko nie widziało i ucho nie słyszało. Jak by to było UFO, Yeti, potwór Loch Ness albo – co najmniej – definitywne wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej. Czysty obłęd!
Tymczasem – co mamy w filmie? Mamy wiązankę scenek, których bohaterami są trzej księża, kumple z seminarium. Każdy sprzeniewierza się powołaniu w odmienny sposób. Jeden postawił na mamonę i „drze ze swych owieczek do zdechu”. Drugi woli wódeczkę i kobietki – od obu się uzależnił. Trzeci to cwany urzędnik kurialny, duchowny odpowiednik „szczura korporacyjnego”. Dla niego liczy się przede wszystkim kariera w aparacie kościelnym z posadą w Watykanie w finale. Patronuje im z wysoka biskup o mówiącym nazwisku Mordowicz, który zachowuje się jak udzielny książę – pije, uprawia sado-maso, a polityków – także tych najważniejszych w kraju – ustawia do pionu jak dzieciaki w szkole. Chodząca pycha we fioletach. W tych rolach sugestywnie pokazała się nasza czołówka aktorska: Arkadiusz Jakubik, Robert Więckiewicz, Jacek Braciak, a przede wszystkim Janusz Gajos.

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 41 Z 10 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

J-23 znowu nadaje

Pomyślałem więc, że skoro ten „Kloss” już tak leci i leci, to może nie warto oglądać go „na sucho”, może trzeba by przypomnieć przy tej okazji parę zapomnianych danych. Bo - na przykład - wszyscy oglądają serial, ale rzadko kto przeczytał książkę.

JAK CIEPLE BUŁECZKI
Więc przypominam, że książkowa „Stawka” (prawie 900 stron druku) to jeden z największych sukcesów wydawniczych w zakresie polskiej powieści popularnej po wojnie. Łączny sprzedany nakład przekroczył trzy miliony egzemplarzy. Stanisław Mikulski podczas jednego tylko wieczoru autorskiego w Szwecji, gdy tamtejsza telewizja emitowała serial, podpisał aż dwa tysiące egzemplarzy powieści. Ale Kloss z powieści znacznie różni się od tego z filmu. Otóż Stanisław Moczulski (tak brzmi jego polskie nazwisko) jest tu neurotycznym patriotą, dzieckiem doby gomuł (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 40 Z 3 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Pan Śródziemia

- Baśń nie jest tylko opowieścią dla dzieci. Wręcz przeciwnie. W baśni ujawniają się wszystkie podstawowe prawa rządzące światem dorosłych – twierdził J.R.R. TOLKIEN.

Już jako mały chłopiec uwielbiał godzinami wpatrywać się w stare drzewa i wyobrażał sobie, iż wiodą one własny żywot, znany tylko wtajemniczonym. Na dobranoc czytywał nordyckie sagi, których bohaterowie wypełniali jego sny. W szkole zaszywał się w bibliotekach i studiował zapomniane języki: gocki, staronordycki, walijski. Kiedy w wakacje, poprzedzające studia lingwistyczne w Oksfordzie, wyjechał do Szwajcarii, największe wrażenia wywarła na Ronaldzie (tak nazywała go rodzina) podobizna tamtejszego „Ducha gór”, zobaczona przypadkiem na pocztówce.
To fantazjotwórstwo musiało mieć jednak solidne podstawy w jak najbardziej realnym życiu. Więc w 1914 roku Ronald wsiadł do pociągu, by spotkać się ze swą dawną miłością, Edith Bratt, i tak długo ją przekonywał, aż zgodziła się zostać żoną naukowca. Tolkien miał bowiem otrzymać właśnie pierwszy etat – wykładowcy w macierzystym Oksfordzie. Po blisko dziesięciu latach objął tam profesurę języka angielskiego.
Pracowicie prowadził wykłady, ale fantazyjne światy przyciągały go z nieodpartą siłą. Z przyjaciółmi-naukowcami założył klub o staroislandzkiej nazwie „Kolbitar”, gdzie kilkunastu znawców czytywało staronordyckie sagi lub prezentowało własne – najlepiej w jakimś rzadkim lub dawno wymarłym języku. Tam Tolkien czytywał opowieści, które snuł na dobranoc własnym synom. Spodobały się. Przyjaciele namówili profesora, by przygotował rzecz do druku i opowieść „Hobbit” stała się sensacją czytelniczą sezonu 1937. Recenzenci zachwycali się rozmachem jego wyobraźni, natomiast Oksford wydanie książeczki zupełnie zignorował. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 39 Z 26 WRZEŚNIA 2018 R.

Każdy kłos na wagę

Tegoroczne dożynki wypadły blado, bo po lipcowej suszy nie bardzo jest co świętować. Przypomnijmy więc czasy, kiedy to nie tyle pogoda, co władza „dożynała” rodzime rolnictwo.

W podziemnej scence kabaretowej towarzysz Władysław Gomułka mówił: „Za czasów sanacji na jednego rolnika przypadało „0” traktora, a w Polsce Ludowej” na jednego rolnika przypada „0, 000003”. Gomułka miał zresztą swoje ulubione uprawy. Przejął na przykład z upodobaniem uprawę kukurydzy na wzór radziecki. Bo tam towarzysz Nikita Chruszczow uznał kukurydzę za panaceum na wszelkie bolączki rolne. Chruszczow bywał zresztą częstym gościem w Wielkopolsce, zwłaszcza w PGR Manieczki, gdzie podziwiał dorodne kukurydziane zagony. „Rolnicy, budujcie silosy” - powtarzał sekretarz Gomułka z mównicy każdego kolejnego partyjnego plenum przekonany, że nic tak nie uzdrowi polskiej, wsi jak magazynowanie pasz na zimę. Rolnicy podchodzili jednak do tego po swojemu. I brali przydziały na deficytowy cement i cegłę, ale zamiast silosów budowali domy. Pierwsze murowane w dziejach ich rodzin. Pod dachy z eternitu przenosili się często spod słomianej strzechy.
A mięso? Toż to był towar strategiczny! Nieprzypadkiem w „aferze mięsnej”, za sprzedawanie tego towaru poza oficjalnym obiegiem karę śmierci poniósł „mózg” przedsięwzięcia, Stanisław Wawrzecki, zresztą tata Pawła, znanego aktora. A sekretarz groził jeszcze przymusowym wcieleniem do PGR-ów „źle prowadzonych gospodarstw rolnych”. Na szczęście nie zdążył... (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 38 Z 19 WRZEŚNIA 2018 R.

Szok edukacyjny

Tegoroczne perturbacje z reformą edukacji media przedstawiają jako Apokalipsę.

Jeżeli nawet szkoła we wrześniu 2018 roku coś podobnego przeżywa, to na pewno nie jest to pierwsza Apokalipsa. „Był czas przywyknąć przecie...” - jak mawiała stara Pawlakowa z „Samych swoich”.

Lata 50. „Walka klas” w klasie szkolnej
Władza ludowa zaraz po wojnie postawiła na masową „alfabetyzację” społeczeństwa, milionom młodych Polaków po raz pierwszy wkładała do ręki książkę. Ale też baczyła pilnie, jaka to mianowicie jest książka. Wskazówki metodyczne dla nauczycieli: „Uczeń, który nie pojął piękna dobrej książki, nie został urzeczony sprawą bohaterów „Młodej Gwardii” ani nie przeżył „Pamiątki z Celulozy”, taki uczeń będzie się poddawał naciskowi burżuazyjnej szmiry, jak „Trędowata”, a poprzez literaturę spod ławki będzie się poddawał wpływom obcego nam i wrogiego świata”. Dzieci wychowywano więc przede wszystkim w duchu „walki o pokój i realizację planu sześcioletniego”. Od początku lat 50. w szkole obowiązkowa była nauka języka rosyjskiego. Na szkolnych wiecach uczniowie potępiali amerykański udział w wojnie w Korei, „odwetowców z Bonn” i separatystyczną politykę Jugosławii z „Tito, zdrajcą socjalizmu”. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 37 Z 12 WRZEŚNIA 2018 R.

Weterani nie rdzewieją

Koniec lata, to dobry moment na odrabianie zaległości filmowych. Z zalewu podobnych do siebie produkcji warto wyłowić te, które wybijają się ponad przeciętną. Choćby dlatego, że pokazuje się w nich ktoś formatu Ala Pacino.

Zawsze miło się przekonać, że idole naszej młodości ciągle dają radę. A radę daje na przykład Al Pacino w filmie „Hangman”. Pacino to jest rocznik 1940, ma więc 77 lat i całkiem nieźle się trzyma. Co temu thrillerowi okazuje się bardzo potrzebne.

GRA Z GLINĄ
Bo na początku mamy film policyjny, jak z podręcznika. Trafia się trup młodej kobiety powieszonej na drzewie przy szkole. Kobieta może być ofiarą przemocy domowej. Okazuje się jednak, że sińce są z seansów sado-maso. Zabójca, zwany „Hangmanem”, wciąga oficera śledczego do gry. I to jest z punktu widzenia filmu ogromnie pożyteczne. Samo pojawienie się Ala Pacino, wnosi do opowieści policyjnej więcej powietrza, dystansu. Policjanci to specyficzni urzędnicy, ale jednak urzędnicy. A Pacino ze swoim dystansem przypomina, że tu się mielą wielkie ludzkie sprawy. Miłość krzyżuje się ze śmiercią, pożądanie z miłością. Więc w tle mamy cały czas sprawy ostateczne. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 36 Z 5 WRZEŚNIA 2018 R.

...jak do mnie Warszawo się śmiejesz

Z okazji 74. rocznicy Powstania Warszawskiego ukazała się płyta „Fogg – pieśniarz Warszawy”.

Repertuar Mistrza (1901-1990) zaprezentuje młode pokolenie artystów, m.in.: Jan Młynarski (syn Wojciecha), Agata Kulesza, Joanna Kulig (nagradzana za rolę w „Zimnej wojnie”), pianista jazzowy Marcin Masecki czy Szymon Komasa.
Taka płyta panu Mieczysławowi należała się od dawna. Z Warszawą związana była jego przedwojenna kariera. To tu wystartował jako wokalista Chóru Dana, który po latach okazał się jednym z niewielu przedsięwzięć polskiej rozrywki, i stało się głośne na całym świecie. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 35 Z 29 SIERPNIA 2018 R.

Polskie skrzydła na ekranie

W sierpniu będziemy mieli na ekranach aż dwa filmy o polskich lotnikach walczących o Anglię: „303. Bitwa o Anglię” i „Dywizjon 303”.

„Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym” - ocenił polskich lotników ówczesny premier Winston Churchill. Tę chwalebną kartę polskiej historii pokażą aż dwa filmy, jeden po drugim. Szkoda, że oba wejdą na ekrany w tym samym czasie, w dodatku w wakacje, a przecież to są właśnie idealne filmy, na które można by wysyłać całe klasy szkolne. Tak jak powinny chodzić na filmy o polskim wkładzie w pokonanie niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma, dzięki czemu udało się skrócić ostatnią o wojnę co najmniej o rok, może dwa. Żeby młodzi się przekonali, że nie zawsze byliśmy tylko ofiarami.

BITWA ROZSTRZYGAJĄCA
Rok 1940. Moment jest dramatyczny. Hitler jeszcze tylko rozprawi się z Anglią i będzie miał całą Europę u stóp. To pierwsza w historii kampania rozgrywana wyłącznie za pomocą lotnictwa. W powietrzu Niemcy mają ogromną przewagę. Anglicy nie dość, że mają mniej maszyn, to jeszcze cierpią na drastyczne braki personelu latającego. A tu zjawiają się piloci z Polski, z kraju, w którego niedawnej wojnie obronnej lotnictwo odegrało rolę minimalną. I aż rwą się do latania i wyrównania porachunków z Luftwaffe, która bombardowała Warszawę.
Najpierw premierę będzie miał (17.08) obraz „303. Bitwa o Anglię”, koporodukcja brytyjsko-polska w reżyserii Davida Blaira. To szeroka, batalistyczna opowieść o historii Dywizjonu 303 im. Tadeusza Kościuszki, o „legendarnych polskich lotnikach, którzy stali się najskuteczniejszymi pilotami podczas bitwy o Anglię w czasie II wojny światowej. Film będzie pokazywano na całym świecie - prawa do jego emisji wykupywano pod każdą szerokością geograficzną. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 34 Z 22 SIERPNIA 2018 R.

Na ludowo, kolorowo

W Damasławku zaprezentowały się zespoły w ramach Światowego Przeglądu Folklorystycznego Integracje.

Wszystko zaczęło się od przemarszu zespołów, które z Rynku przemaszerowały do Gminnego Ośrodka Kultury. Potem ze sceny popłynęła muzyka i tańczono w rytm swoich narodowych lub regionalnych melodii. Wśród zespołów prezentujących się w ramach „Integracji” był także dziecięcy zespół wokalno - taneczny „Talarki” działający przy Szkole Podstawowej w Niemczynie od 1994 roku. Uczestnikami początkowo były dzieci klasy pierwszej, której wychowawcą i zarazem założycielką zespołu była Żaneta Buk. W zespole występują głównie uczniowie klas najmłodszych. Od kilku lat dzieci nie chcą w klasie czwartej rozstać się z tańcami, dlatego coraz częściej prezentuje się też grupa starsza, a były też przypadki, kiedy występowali uczniowie, którzy opuścili mury szkoły w Niemczynie. W okresie swojego istnienia przez zespół przewinęło się około 180 dzieci.
Po odejściu na emeryturę Grażyny Suchorskiej zespół prowadzi Żaneta Buk. Sponsorami i wykonawcami strojów są rodzice dzieci. (...)

WIĘCEJ W AKTUALNYM WYDANIU GŁOSU NR 33 Z 15 SIERPNIA 2018 R.

Jedyny w swoim rodzaju

W miniony weekend tłumy ludzi z całej Polski bawiły się na festiwalu Pol`and`Rock, znanym przez lata jako Przystanek Woodstock. Wągrowiec jak co roku miał tam swoją liczną delegację.

Przez 23 lata festiwal organizowany przez Jurka Owsiaka korzystał z nazwy odwołującej się do legendarnej amerykańskiej imprezy z lat sześćdziesiątych. W tym roku jednak agencja reprezentująca markę z USA zaproponowała zmianę zasady korzystania z nazwy i jeden z największych festiwali muzycznych na świecie musiał zmienić swoje imię. W pierwszy weekend sierpnia setki tysięcy ludzi bawiło się pod nowym szyldem „Pol`and`Rock”, co zupełnie nie miało wpływu na charakter imprezy i udowodniło, że nazwa jest tylko nazwą, a o istocie wydarzenia decydują jego uczestnicy, wierni i niezawodni. Jak zawsze były to dni pełne muzyki, wolności, łamania barier i tworzenia wspólnoty. (...)

WIĘCEJ W AKTUALNYM WYDANIU GŁOSU NR 32 Z 8 SIERPNIA 2018 R.

Ilość cukru w cukrze

Byliśmy potęgą w uprawie buraka cukrowego, a jednocześnie ciągle brakowało cukru. Takie cuda tylko w socjalizmie!

„Ja pracuję nad doniosłym wynalazkiem! - słyszeliśmy od profesora-bimbrownika w komedii „Poszukiwany poszukiwana” (1972) - Chodzi o potwierdzenie procentu cukru w cukrze w zależności od podziemnego promieniowania na tym terenie. A dzięki mojemu wynalazkowi dojdzie do tego, że w ogóle nie trzeba będzie sadzić buraków na cukier. Tyle będzie cukru w cukrze!”

CUKIER KRZEPI
Ale, jak pamiętamy z filmu, z własnego życia i z historii, przełom w produkcji cukru nie nastąpił, a nawet przeciwnie. Może dlatego, że filmowy profesor tak naprawdę używał cukru do celów - powiedzmy - ubocznych. Jak zresztą mnóstwo rodaków. Otóż cukier to był pierwszorzędny surowiec do pędzenia bimbru, co było działaniem antypaństwowym. W ten sposób odbierano dochody państwu. A to państwowy Polmos miał monopol na produkcję wódki i podatki odprowadzane przez niego stanowiły aż 10 procent budżetu państwa. Kto produkował bimber, zamiast kupować w monopolowym, w pewnym sensie wykradał pieniądze, które mogłyby pójść na drogi, przedszkola czy filharmonie. Owszem, państwo mogło zarabiać podnosząc cenę wódki, ale wtedy kupowano by jej mniej, przerzucano by się na bimber. No to może podnieść ceny cukru, żeby wykończyć bimbrowników? Nie, to też nie działa, bo jak cukier drożeje, to bimber też, i mnóstwo ludzi zaczyna go produkować dla zarobku. (...)

WIĘCEJ W AKTUALNYM WYDANIU GŁOSU NR 31 Z 1 SIERPNIA 2018 R.

Chałupy welcome to!

Za poprzedniego ustroju próbowaliśmy doganiać Zachód nawet na golasa.

Naturyzm pojawił się u nas za środkowego Gierka i początkowo władza nie mogła się zdecydować, czy opalanie się na golasa to niegroźne snobowanie się na Zachód, czy godzi w podstawy ustroju? W miastach nadmorskich zaczęły powstawać pierwsze kluby naturystów. Najbardziej popularne miały swoją siedzibę w Sopocie i Kołobrzegu. Władze jednak konsekwentnie odmawiały formalnego rejestrowania organizacji „nagusów”. Tyle, że po protestach w Radomiu w czerwcu 1976 roku władza miała już kłopoty z opozycją poważniejszą niż nadzy plażowicze. I naturyści wykorzystali tę chwile nieuwagi. Zaczęto wytyczać plaże dla naturystów. Najsłynniejszą taką plażą była ta w Chałupach – miejscowości położonej na Półwyspie Helskim kilka kilometrów za Władysławowem. Dlaczego właśnie tam? Bo Chałupy oferowały naturystom idealną ochronę przed wzrokiem ciekawskich. W tym miejscu Półwysep Helski jest bardzo wąski – ma tylko 60 metrów szerokości. Nie zrobiono tutaj żadnych parkingów, nie zatrzymywał się autobus. I tylko „golasy” miały w sobie tyle samozaparcia, by wędrować tutaj po piasku aż z sąsiedniej miejscowości. Poza tym, plażę otaczał bardzo gęsty las sosnowy. (...)

WIĘCEJ W AKTUALNYM WYDANIU GŁOSU NR 30 Z 25 LIPCA 2018 R.

Socjalistyczna ojczyzna po godzinach

Na stulecie niepodległości podsumowujemy osiągnięcia w wielu dziedzinach, ale rzadko wspominamy historię wypoczynku w Niepodległej. No, to po kawałeczku...

Wspomnijmy, jak wypoczywaliśmy choćby za Edwarda Gierka. Wszak to był początek agroturystyki. Gierek wytypował na początek 300 wsi i dawał kredyty na to, by na wsi mogli się zatrzymać zmęczeni mieszkańcy miast. I rolnicy chętnie brali pożyczane pieniądze teoretycznie na tak dziwaczne cele, jak organizowanie kursów przyrządzania posiłków dla letników. Wszystko, żeby tylko uprzyjemnić życie miastowym. Oczywiście pieniądze nie szły na jakieś tam ogródki, lecz na łatanie dziurawych budżetów domowych. Ale „człowiek pracy” z miasta miał się już gdzie zatrzymać i – co ważne – nie w „zakładowym domu wczasowym”. Bo tu musiał się prze cały wypoczynek pilnować , by po wódeczce czegoś nie chlapnąć na pana dyrektora. Zmuszony był nadskakiwać szefowi i oglądać panią księgową w stroju kąpielowym, co często do przyjemności nie należało. (...)

WIĘCEJ W AKTUALNYM WYDANIU GŁOSU NR 29 Z 18 LIPCA 2018 R.

Donoszę uprzejmie...

Na telewizję publiczną narzekamy, ile wlezie...

Najczęściej słusznie. Inna sprawa jednak, że narzekanie na poziom programów to nasz narodowy rytuał, który ma sporą tradycję. Żeby ją przywołać, sięgnąłem do listów, jakie przychodziły do telewizji za komuny. Najczęściej anonimy, ale dzięki temu – szczere do bólu.
***
Szanowny Panie redaktorze, zwracam się z do pana w sprawie masowego przekazu na ekranach filmowych. Czy to jest kulturą pokazywać gołe kobiety? To obrzydliwe przyglądać się nagim ludziom. Nie tylko ja, ale większość kobiet protestuje przeciwko takim wyświetleniom. W serialach ze Związku Radzieckiego tego się nie spotyka. Oni są narodem kulturalnym. Jeżeli to możliwe,(...)

WIĘCEJ W AKTUALNYM WYDANIU GŁOSU NR 28 Z 11 LIPCA 2018 R.

Musical jak z pocztówki

W kinie mamy za chwilę dokrętkę niebywałego filmowego hitu wakacyjnego sprzed dziesięciu lat - film „Mamma Mia! Here We Go Again!” Czyli roztańczony i rozśpiewany musical z piosenkami zespołu Abba. Do tego bajeczna sceneria greckich wysp. Idealny relaks na letni wieczór.

Rzecz rozgrywa się na greckiej wysepce jakby wyciętej wprost z folderu reklamowego – lazurowe morze, pocztówkowe niebo. Tutaj dwudziestoletnia Sophie w filmie sprzed dziesięciu lat prawie wyszła za mąż, za to jej mama Donna (Meryl Streep) poślubiła domniemanego tatusia dziewczyny. Teraz Sophie jest w ciąży, a jej mama wspomina bujną hipisowską młodość. Bo swego czasu mama miała romanse – jeden po drugim – z trzema panami. Więc to, kto jest tatusiem Sophie, było w najwyższym stopniu niepewne. Afera rozpętała się w momencie, gdy Sophie wysłała w szeroki świat zaproszenia na własny ślub – trzem kandydatom na tatusiów. Bo o nich wyczytała z pamiętnika mamy znalezionego w starym kufrze.
Ci tatusie to zresztą bardzo interesujące typki. Pierwszy kandydat na tatusia to Sam (Pierce Brosnan) to obecnie nowojorczyk, architekty pracuje w wieżowcu ze szkła, pleksi i marmuru. Zresztą sam projektuje takie „katedry biznesu”. A w nich gładko zgina kark w ukłonach przed japońskimi udziałowcami. Wobec Donny swego czasu zachował się brzydko. Najpierw były wyznania, noc, plaża i ...trzy kropki. Tak przynajmniej podaje pamiętnik – a potem nagle sobie przypomniał, że w sumie to jest zaręczony i musi wracać do domu. Rozpacz Donny trwała jednak tylko kilka dni, ponieważ nagle zjawił się Bill (Stellan Skarsgård) i pamiętnik powtarza: wyznania, noc, plaża i ... trzy kropki. Po latach Bill stracił bujną grzywę na rzecz łysiny, szasta się po świecie w stroju Indiany Jonesa, co opisuje w przewodnikach dla niedzielnych turystów. (...)

WIĘCEJ W AKTUALNYM WYDANIU GŁOSU NR 27 Z 4 LIPCA 2018 R.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem