sobota, 15 grudnia
00:02

Król Ryszard

W czerwcu RYSZARD SZURKOWSKI (ur. 1946) miał wypadek w trakcie wyścigu weteranów. Szpital, operacje i groźba, Że resztę życia spędzi na wózku inwalidzki. Ale – na szczęście - wysportowany organizm zwyciężył i rehabilitacja postępuje.

W dzieciństwie spędzonym w Świebodowie, wiosce położonej obok podwrocławskiego Milicza, Ryszard Szurkowski jeździł na starej poniemieckiej „damce”. Dla chłopców w porze Wyścigu Pokoju organizowano tam zawody na polnych drogach.

MOCNE POSTANOWIENIE
„Chcę być kolarzem” – napisał jako drugoklasista w wypracowaniu domowym. Za uciułane w ciągu kilku lat pieniądze kupił czeską maszynę „favorita”, na której wygrywał wiele lokalnych wyścigów – o ile zdążył się zorientować, gdzie jest meta. Ojciec Ryszarda najpierw zżymał się obserwując pasję syna, która wydawała się nie gwarantować zabezpieczonej materialnie przyszłości, jednak przekonał go talent Ryszarda. Pierwszy dyplom kolarski syna powiesił w domu na eksponowanym miejscu. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 49 Z 5 GRUDNIA 2018 R.

Nasi literaci

W minioną środę w czytelni Rejonowej Biblioteki Publicznej w Szubinie odbyło się uroczyste wręczenie monografii 8 tomu literackiego pt. „Pegaz na Pałukach i Krajnie” uczestnikom, którzy nadesłali utwory na VIII Międzypowiatowy Konkurs Literacki.

W opublikowanym almanachu znalazły się utwory literackie 37 autorów z czterech powiatów (z Pałuk i Krajny), w tym także z powiatu wągrowieckiego: Zbigniewa Grabowskiego (z Wapna), Kazimierza Kolińskiego (z Koninka), Magdaleny Moszczyńskiej (ze Skoków)- uczennica z Zespołu Szkół nr 2 w Wągrowcu, Weroniki Chabros i Igora Waszkowiaka - uczniów ze Szkoły Podstawowej w Łeknie oraz Katarzyny Bednarz z Wągrowca. Inicjatorem zgłoszenia do konkursu grupy osób z powiatu wągrowieckiego była Małgorzata Osuch. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 47 Z 21 LISTOPADA 2018 R.

 

Prześliczni wiolonczeliści

Rocznica wprawdzie nieokrągła, ale tworzy okazję, by przypomnieć, jak powstał zespół, który przygrywa nam już 50 lat.

Jest rok 1962 i Andrzej Zieliński zakłada w krakowskim liceum zespół wokalno-instrumentalny o nazwie LM - to był skrót nazwy szkoły - Liceum Muzycznego. Zespół liczył pięciu chłopaków i jedną dziewczynę, a śpiewał na przykład kawałki murzyńskiej grupy The Platters. Ale też repertuar obłędnie wówczas popularnego Marino Mariniego, tego od „Nie płacz, kiedy odjadę”. Oczywiście nutki i tekst były spisywane „po literkach” z nagrań radiowych. To się podobało, podczas koncertów aula szkoły pękała w szwach.

NA FALI
No więc kiedy w hali Wisły Kraków organizowano przesłuchania pod hasłem „Czerwono-Czarni” szukają młodych talentów”, bracia Zielińscy z zespołem zaśpiewali parę kawałków, co skończyło się tym, że dyrekcja klubu studenckiego Pod Jaszczurami zaproponowała im stałe granie na wieczorkach. Niestety, dyrekcja ich liceum nie wyraziła zgody na „małpie wrzaski i podrygiwanie” i na to, by nazwiska uczniów szkoły były rozlepiane na parkanach na podejrzanych afiszach. Ale co było niemożliwe w Krakowie, uszło latem na Wybrzeżu. Andrzej Zieliński morza wcześniej nie widział, więc kopnął się tam z kolegami, którzy teraz nazywali się Sextet Krakowski, żeby pochałturzyć i zarobić. Grali na fajfach w lokalu o nazwie „Cristal”, w Gdańsku Wrzeszczu, a drugi koncert wieczorem dla marynarzy i ich - jak to się wówczas nazywało - „maskotek”. Podobało się do tego stopnia, że dyrekcja Cristalu na koniec sezonu nagrodziła muzyków - zgodnie z obyczajem tamtych lat - okolicznościowymi dyplomami. Chłopcy wzięli dyplomy pod pachę, wrócili do Krakowa i  Krakowski Sextet przestał istnieć. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 46 Z 14 LISTOPADA 2018 R.

Bez muzyki nie można żyć...

O pasji muzykowania oraz działaniach kulturalnych w środowiskach szkolnych opowiada KAROL KRUŚ, laureat tegorocznej Nagrody Mecenas Kultury Powiatu Wągrowieckiego im. Jolanty NowakWęklarowej, w rozmowie z Jerzym Mianowskim.

Mniemam, że to jest twoja pierwsza osobista nagroda?
- Fajno być „mecenasem”. Bliscy pytają, żartobliwie, jak się teraz do mnie zwracać, więc nie zostawiam im złudzeń... A serio, chyba naprawdę po raz pierwszy zdarzyło się, że dostałem nagrodę dotyczącą tzw. twórczości, która stąd się wywodzi. Bo wszystko, co zrobiłem w tej dziedzinie, powstało tutaj. To jest sfera kultury trochę niedostrzegana, więc może, za sprawą nagrody, którą dostałem, coś się zmieni. Jest wiele osób, które na takie wyróżnienie zasługują. Ot, choćby Andrzej Połczyński ze swoją „Gorącą Poezją”, którą ciągnie od kilkudziesięciu lat! Podziwiam. To też jest twórczość. Brakuje takich niszowych historii. Ludzie przecież różne upodobania mają...
Sukcesy odnosisz poprzez promocję działań artystycznych w szkołach, o czym często głośno słychać...
- Funkcja, którą mi powierzono, jest specyficzna, bo osadzona w oświacie, a dotyczy aktywizacji pozaszkolnej dzieci i młodzieży w dziedzinie kultury, choć nie tylko. Tym samym, co ja, choć na większą skalę w dużych miastach zajmują się tym Młodzieżowe Domy Kultury, Pałace Młodzieży. Tam pracują sztaby ludzi. Nam udało się wypracować, przez lata, pewien sposób pozytywnej komunikacji z samorządem, szkołami, placówkami kultury, stowarzyszeniami i akceptację imprez dla dzieci i młodzieży, które maja już niekiedy dwudziestoletnie tradycje. Młodzi chcą zaistnieć artystycznie w dziedzinie teatru, muzyki, tańca, recytacji i  potwierdzają to masowym uczestnictwem w konkursach przez nas organizowanych. takich jak choćby: „Witryna”, „Kurtyna”, „Graj Muzyka”, „Między Wierszami”. Cóż chcieć więcej... (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 45 Z 7 LISTOPADA 2018 R.

I Bóg stworzył Bardotkę...

Z karierą aktorską „Bardotka” pożegnała się w wieku 39 lat, co wywołało powszechne zdziwienie. BRIGITTE BARDOT porzuciła wizerunek seksbomby i została obrończynią praw zwierząt.

Także na przykład naszych wilków w Bieszczadach. Korespondowała o tym zresztą obficie z ówczesnym prezydentem Lechem Wałęsą. A dla nas czyni to okazję, żeby przypomnieć, jak się to wszystko zaczęło.

PROZAICZNIE
Jest rok 1955 i po bulwarze La Croissette w Cannes w stroju więcej niż zalotnym paraduje 18-letnia panienka. Nazywa się Brigitte Bardot i jej top był bez ramiączek. Dziś powiedzieliby, że Bardotka nosiła bardotkę. Została uprzejmie sfotografowana, ale nie do tego stopnia, by zapraszać ją na finałowy bankiet. I ona to sobie zapamiętała... Kiedy w 1956 roku została gwiazdą przewodnią festiwalu w związku z głośnym filmem „I Bóg stworzył kobietę...” (gdzie pokazała się w ogóle bez żadnych ramiączek), nie dość, że odmówiła przybycia na bankiet festiwalowy, to jeszcze w tym czasie urządziła własny. Na jachcie. I to do niej przyszły największe sławy. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 44 Z 31 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Ostatnia krew

Jesienią przyszłego roku zobaczymy w kinach piąty film z udziałem Johna Rambo. Właśnie ruszyły zdjęcia do filmu „John Rambo. Ostatnia krew”.

Tym razem Rambo pokaże się w wersji westernowej. Będzie musiał walczyć z meksykańskim kartelem specjalizującym się w handlu ludźmi. Punktem startowym intrygi stanie się wizyta przyjaciółki rodziny, która wcześniej dbała o dom Johna. Zrozpaczona kobieta informuje, że jej wnuczka zaginęła, kiedy wraz z grupą przyjaciół wybrała się do Meksyku na imprezę. Trzeba ją odszukać, uratować z opresji, a władze państwowe nie kwapią się do interwencji w innym kraju. Więc eks-komandos wykorzysta wszystkie umiejętności, jakie nabył walcząc ze zbirami na całym świecie, by uratować tę i inne dziewczyny. Więcej: by zniszczyć organizację bogacącą się na cierpieniu innych. Zdjęcia kręcone będą w Londynie, na Wyspach Kanaryjskich i – uwaga! - w Bułgarii.

NARODZINY
I to jest jakaś okazja, by przypomnieć, jak do tego wszystkiego doszło. Cofnijmy się więc do roku 1975. W 1975 r. Sylwester Stallone od pięciu lat próbował zaistnieć w filmie. Bez najmniejszych rezultatów. Na czynsz zarabiał sprzątaniem klatek w zoo i udziałem w filmach porno. Zdecydował się rzucić Nowy York i przenieść się do Kalifornii - tam mógł być przynajmniej opalonym bezrobotnym. Za ostatnie pieniądze kupił bilet na mecz bokserski Muhammada Alego z zupełnie nieznanym zawodnikiem, niejakim Chuckiem Wepnerem. Ów Wepner wiedział, że nie ma najmniejszych szans w starciu z mistrzem, ale walczył do końca. Od połowy meczu tłum kibicował właśnie jemu. To jest postać! – olśniło Stallone i usiadł do pisania scenariusza. Wytwórnia United Artists dawała mu 75 tys. dolarów i obietnicę, że rolę boksera Rockiego zagra zdolny aktor. Ale Stallone wiedział już, że jego pomysł wart jest znacznie więcej. Uparł się, że boksera zagra sam, bo nikt lepiej od niego nie wie, co to znaczy być przegranym już na starcie. Kiedy po pierwszym dniu zdjęciowym oświadczył ekipie, że jego film zarobi 20 mln dolarów, wszyscy uznali, iż woda sodowa niebezpiecznie uderzyła mu do głowy. Tymczasem film zarobił co najmniej 200 mln i ciągle przynosi dochód. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 43 Z 24 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Masa spadkowa

MARCIN WICHA porządkował rzeczy po zmarłej mamie. Opisał to na tyle interesująco w książce „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, iż przyznano mu za nią najważniejszą polską nagrodę literacką.

Po zmarłych zostają sterty gratów, papierzysk, szmat, z którymi nie wiadomo co zrobić. Dla spadkobierców nie przedstawiają one żadnej wartości, dla najbliższych mogą mieć wartość sentymentalną. A i to z upływem czasu ich związek z ukochaną osobą zaciera się w pamięci. Więc lądują na śmietniku albo ich utylizacją zajmują się wyspecjalizowane firmy, które „sprzątają” po tych, którzy odeszli. Wyrejestrowują telewizor, zamykają internetowe konta, kasują numer telefonu. A pozostałości materialne upychają po antykwariatach i punktach charytatywnych.

CISZA
„Szuflady wypełnione ładowarkami od starych telefonów, zepsutymi piórami, wizytówkami sklepów. Stare gazety. Zepsuty termometr. Wyciskacz do czosnku, tarka i to, jak to się nazywa, śmialiśmy się z tego słowa, tyle razy się powtarzało w przepisach, mątewka. Mątewka. I przedmioty już wiedziały. Czuły, że wkrótce będą przesuwane. Przekładane w niewłaściwe miejsca. Dotykane cudzymi rękami. Będą się kurzyć. Będą się rozbijać. Pękać. Łamać pod obcym dotykiem”.
Marcin zdecydował jednak posprzątać po mamie sam. Chodzi po pustym mieszkaniu, bierze do ręki jedną rzecz po drugiej, dotyka z czułością. I w pamięci odwija mu się film z przeszłości. Bo każdy przedmiot ciągnie za sobą jakąś historię rodzinną, opowieść z życia Warszawy, w której rodzina spędziła życie. Także refleksy dziejów powszechnych naszej ojczyzny.
„Trudności z papierem. Eufemizm. Jedno z wyrażeń, które zawsze nam towarzyszyły. Trudności z papierem dotykały prasy katolickiej. Trudności z papierem sprawiały, że książki latami czekały na druk. Trudności z papierem – przez nie musiałem zanosić do punktu skupu stosiki starych gazet. Mężczyzna z obciętymi uszami ciskał gazety na wagę. Potem wypisywał kwit. Kto nie przyniesie kwitu, nie dostanie świadectwa – straszyli w szkole.” (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 42 Z 17 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Laikat patrzy na „Kler”

W dodatku wszyscy na co dzień co najmniej przez kilka lat mają do czynienia z duchowieństwem. Bo ministrantura, bo katecheza, bo niedzielna msza, bo nieszpory, bo dziecko do bierzmowania, bo nauki przedślubne, bo kolęda, bo pogrzeb w rodzinie. Poza tym każdy w naszym kraju ma do kościoła i na plebanię najwyżej pół godziny spacerkiem.

ZA CZYM KOLEJKA...
I teraz, kiedy na ekrany wchodzi film o duchowieństwie, do kin rzuca się w „weekend otwarcia” milion widzów. Najwięcej w całej historii polskiego filmu, od kiedy on istnieje. Ludziska tłoczą się przed kasami jakby tam pokazywali coś, czego ludzkie oko nie widziało i ucho nie słyszało. Jak by to było UFO, Yeti, potwór Loch Ness albo – co najmniej – definitywne wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej. Czysty obłęd!
Tymczasem – co mamy w filmie? Mamy wiązankę scenek, których bohaterami są trzej księża, kumple z seminarium. Każdy sprzeniewierza się powołaniu w odmienny sposób. Jeden postawił na mamonę i „drze ze swych owieczek do zdechu”. Drugi woli wódeczkę i kobietki – od obu się uzależnił. Trzeci to cwany urzędnik kurialny, duchowny odpowiednik „szczura korporacyjnego”. Dla niego liczy się przede wszystkim kariera w aparacie kościelnym z posadą w Watykanie w finale. Patronuje im z wysoka biskup o mówiącym nazwisku Mordowicz, który zachowuje się jak udzielny książę – pije, uprawia sado-maso, a polityków – także tych najważniejszych w kraju – ustawia do pionu jak dzieciaki w szkole. Chodząca pycha we fioletach. W tych rolach sugestywnie pokazała się nasza czołówka aktorska: Arkadiusz Jakubik, Robert Więckiewicz, Jacek Braciak, a przede wszystkim Janusz Gajos.

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 41 Z 10 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

J-23 znowu nadaje

Pomyślałem więc, że skoro ten „Kloss” już tak leci i leci, to może nie warto oglądać go „na sucho”, może trzeba by przypomnieć przy tej okazji parę zapomnianych danych. Bo - na przykład - wszyscy oglądają serial, ale rzadko kto przeczytał książkę.

JAK CIEPLE BUŁECZKI
Więc przypominam, że książkowa „Stawka” (prawie 900 stron druku) to jeden z największych sukcesów wydawniczych w zakresie polskiej powieści popularnej po wojnie. Łączny sprzedany nakład przekroczył trzy miliony egzemplarzy. Stanisław Mikulski podczas jednego tylko wieczoru autorskiego w Szwecji, gdy tamtejsza telewizja emitowała serial, podpisał aż dwa tysiące egzemplarzy powieści. Ale Kloss z powieści znacznie różni się od tego z filmu. Otóż Stanisław Moczulski (tak brzmi jego polskie nazwisko) jest tu neurotycznym patriotą, dzieckiem doby gomuł (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 40 Z 3 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Pan Śródziemia

- Baśń nie jest tylko opowieścią dla dzieci. Wręcz przeciwnie. W baśni ujawniają się wszystkie podstawowe prawa rządzące światem dorosłych – twierdził J.R.R. TOLKIEN.

Już jako mały chłopiec uwielbiał godzinami wpatrywać się w stare drzewa i wyobrażał sobie, iż wiodą one własny żywot, znany tylko wtajemniczonym. Na dobranoc czytywał nordyckie sagi, których bohaterowie wypełniali jego sny. W szkole zaszywał się w bibliotekach i studiował zapomniane języki: gocki, staronordycki, walijski. Kiedy w wakacje, poprzedzające studia lingwistyczne w Oksfordzie, wyjechał do Szwajcarii, największe wrażenia wywarła na Ronaldzie (tak nazywała go rodzina) podobizna tamtejszego „Ducha gór”, zobaczona przypadkiem na pocztówce.
To fantazjotwórstwo musiało mieć jednak solidne podstawy w jak najbardziej realnym życiu. Więc w 1914 roku Ronald wsiadł do pociągu, by spotkać się ze swą dawną miłością, Edith Bratt, i tak długo ją przekonywał, aż zgodziła się zostać żoną naukowca. Tolkien miał bowiem otrzymać właśnie pierwszy etat – wykładowcy w macierzystym Oksfordzie. Po blisko dziesięciu latach objął tam profesurę języka angielskiego.
Pracowicie prowadził wykłady, ale fantazyjne światy przyciągały go z nieodpartą siłą. Z przyjaciółmi-naukowcami założył klub o staroislandzkiej nazwie „Kolbitar”, gdzie kilkunastu znawców czytywało staronordyckie sagi lub prezentowało własne – najlepiej w jakimś rzadkim lub dawno wymarłym języku. Tam Tolkien czytywał opowieści, które snuł na dobranoc własnym synom. Spodobały się. Przyjaciele namówili profesora, by przygotował rzecz do druku i opowieść „Hobbit” stała się sensacją czytelniczą sezonu 1937. Recenzenci zachwycali się rozmachem jego wyobraźni, natomiast Oksford wydanie książeczki zupełnie zignorował. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 39 Z 26 WRZEŚNIA 2018 R.

Każdy kłos na wagę

Tegoroczne dożynki wypadły blado, bo po lipcowej suszy nie bardzo jest co świętować. Przypomnijmy więc czasy, kiedy to nie tyle pogoda, co władza „dożynała” rodzime rolnictwo.

W podziemnej scence kabaretowej towarzysz Władysław Gomułka mówił: „Za czasów sanacji na jednego rolnika przypadało „0” traktora, a w Polsce Ludowej” na jednego rolnika przypada „0, 000003”. Gomułka miał zresztą swoje ulubione uprawy. Przejął na przykład z upodobaniem uprawę kukurydzy na wzór radziecki. Bo tam towarzysz Nikita Chruszczow uznał kukurydzę za panaceum na wszelkie bolączki rolne. Chruszczow bywał zresztą częstym gościem w Wielkopolsce, zwłaszcza w PGR Manieczki, gdzie podziwiał dorodne kukurydziane zagony. „Rolnicy, budujcie silosy” - powtarzał sekretarz Gomułka z mównicy każdego kolejnego partyjnego plenum przekonany, że nic tak nie uzdrowi polskiej, wsi jak magazynowanie pasz na zimę. Rolnicy podchodzili jednak do tego po swojemu. I brali przydziały na deficytowy cement i cegłę, ale zamiast silosów budowali domy. Pierwsze murowane w dziejach ich rodzin. Pod dachy z eternitu przenosili się często spod słomianej strzechy.
A mięso? Toż to był towar strategiczny! Nieprzypadkiem w „aferze mięsnej”, za sprzedawanie tego towaru poza oficjalnym obiegiem karę śmierci poniósł „mózg” przedsięwzięcia, Stanisław Wawrzecki, zresztą tata Pawła, znanego aktora. A sekretarz groził jeszcze przymusowym wcieleniem do PGR-ów „źle prowadzonych gospodarstw rolnych”. Na szczęście nie zdążył... (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 38 Z 19 WRZEŚNIA 2018 R.

Szok edukacyjny

Tegoroczne perturbacje z reformą edukacji media przedstawiają jako Apokalipsę.

Jeżeli nawet szkoła we wrześniu 2018 roku coś podobnego przeżywa, to na pewno nie jest to pierwsza Apokalipsa. „Był czas przywyknąć przecie...” - jak mawiała stara Pawlakowa z „Samych swoich”.

Lata 50. „Walka klas” w klasie szkolnej
Władza ludowa zaraz po wojnie postawiła na masową „alfabetyzację” społeczeństwa, milionom młodych Polaków po raz pierwszy wkładała do ręki książkę. Ale też baczyła pilnie, jaka to mianowicie jest książka. Wskazówki metodyczne dla nauczycieli: „Uczeń, który nie pojął piękna dobrej książki, nie został urzeczony sprawą bohaterów „Młodej Gwardii” ani nie przeżył „Pamiątki z Celulozy”, taki uczeń będzie się poddawał naciskowi burżuazyjnej szmiry, jak „Trędowata”, a poprzez literaturę spod ławki będzie się poddawał wpływom obcego nam i wrogiego świata”. Dzieci wychowywano więc przede wszystkim w duchu „walki o pokój i realizację planu sześcioletniego”. Od początku lat 50. w szkole obowiązkowa była nauka języka rosyjskiego. Na szkolnych wiecach uczniowie potępiali amerykański udział w wojnie w Korei, „odwetowców z Bonn” i separatystyczną politykę Jugosławii z „Tito, zdrajcą socjalizmu”. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 37 Z 12 WRZEŚNIA 2018 R.

Weterani nie rdzewieją

Koniec lata, to dobry moment na odrabianie zaległości filmowych. Z zalewu podobnych do siebie produkcji warto wyłowić te, które wybijają się ponad przeciętną. Choćby dlatego, że pokazuje się w nich ktoś formatu Ala Pacino.

Zawsze miło się przekonać, że idole naszej młodości ciągle dają radę. A radę daje na przykład Al Pacino w filmie „Hangman”. Pacino to jest rocznik 1940, ma więc 77 lat i całkiem nieźle się trzyma. Co temu thrillerowi okazuje się bardzo potrzebne.

GRA Z GLINĄ
Bo na początku mamy film policyjny, jak z podręcznika. Trafia się trup młodej kobiety powieszonej na drzewie przy szkole. Kobieta może być ofiarą przemocy domowej. Okazuje się jednak, że sińce są z seansów sado-maso. Zabójca, zwany „Hangmanem”, wciąga oficera śledczego do gry. I to jest z punktu widzenia filmu ogromnie pożyteczne. Samo pojawienie się Ala Pacino, wnosi do opowieści policyjnej więcej powietrza, dystansu. Policjanci to specyficzni urzędnicy, ale jednak urzędnicy. A Pacino ze swoim dystansem przypomina, że tu się mielą wielkie ludzkie sprawy. Miłość krzyżuje się ze śmiercią, pożądanie z miłością. Więc w tle mamy cały czas sprawy ostateczne. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 36 Z 5 WRZEŚNIA 2018 R.

...jak do mnie Warszawo się śmiejesz

Z okazji 74. rocznicy Powstania Warszawskiego ukazała się płyta „Fogg – pieśniarz Warszawy”.

Repertuar Mistrza (1901-1990) zaprezentuje młode pokolenie artystów, m.in.: Jan Młynarski (syn Wojciecha), Agata Kulesza, Joanna Kulig (nagradzana za rolę w „Zimnej wojnie”), pianista jazzowy Marcin Masecki czy Szymon Komasa.
Taka płyta panu Mieczysławowi należała się od dawna. Z Warszawą związana była jego przedwojenna kariera. To tu wystartował jako wokalista Chóru Dana, który po latach okazał się jednym z niewielu przedsięwzięć polskiej rozrywki, i stało się głośne na całym świecie. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 35 Z 29 SIERPNIA 2018 R.

Polskie skrzydła na ekranie

W sierpniu będziemy mieli na ekranach aż dwa filmy o polskich lotnikach walczących o Anglię: „303. Bitwa o Anglię” i „Dywizjon 303”.

„Nigdy tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym” - ocenił polskich lotników ówczesny premier Winston Churchill. Tę chwalebną kartę polskiej historii pokażą aż dwa filmy, jeden po drugim. Szkoda, że oba wejdą na ekrany w tym samym czasie, w dodatku w wakacje, a przecież to są właśnie idealne filmy, na które można by wysyłać całe klasy szkolne. Tak jak powinny chodzić na filmy o polskim wkładzie w pokonanie niemieckiej maszyny szyfrującej Enigma, dzięki czemu udało się skrócić ostatnią o wojnę co najmniej o rok, może dwa. Żeby młodzi się przekonali, że nie zawsze byliśmy tylko ofiarami.

BITWA ROZSTRZYGAJĄCA
Rok 1940. Moment jest dramatyczny. Hitler jeszcze tylko rozprawi się z Anglią i będzie miał całą Europę u stóp. To pierwsza w historii kampania rozgrywana wyłącznie za pomocą lotnictwa. W powietrzu Niemcy mają ogromną przewagę. Anglicy nie dość, że mają mniej maszyn, to jeszcze cierpią na drastyczne braki personelu latającego. A tu zjawiają się piloci z Polski, z kraju, w którego niedawnej wojnie obronnej lotnictwo odegrało rolę minimalną. I aż rwą się do latania i wyrównania porachunków z Luftwaffe, która bombardowała Warszawę.
Najpierw premierę będzie miał (17.08) obraz „303. Bitwa o Anglię”, koporodukcja brytyjsko-polska w reżyserii Davida Blaira. To szeroka, batalistyczna opowieść o historii Dywizjonu 303 im. Tadeusza Kościuszki, o „legendarnych polskich lotnikach, którzy stali się najskuteczniejszymi pilotami podczas bitwy o Anglię w czasie II wojny światowej. Film będzie pokazywano na całym świecie - prawa do jego emisji wykupywano pod każdą szerokością geograficzną. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 34 Z 22 SIERPNIA 2018 R.

Na ludowo, kolorowo

W Damasławku zaprezentowały się zespoły w ramach Światowego Przeglądu Folklorystycznego Integracje.

Wszystko zaczęło się od przemarszu zespołów, które z Rynku przemaszerowały do Gminnego Ośrodka Kultury. Potem ze sceny popłynęła muzyka i tańczono w rytm swoich narodowych lub regionalnych melodii. Wśród zespołów prezentujących się w ramach „Integracji” był także dziecięcy zespół wokalno - taneczny „Talarki” działający przy Szkole Podstawowej w Niemczynie od 1994 roku. Uczestnikami początkowo były dzieci klasy pierwszej, której wychowawcą i zarazem założycielką zespołu była Żaneta Buk. W zespole występują głównie uczniowie klas najmłodszych. Od kilku lat dzieci nie chcą w klasie czwartej rozstać się z tańcami, dlatego coraz częściej prezentuje się też grupa starsza, a były też przypadki, kiedy występowali uczniowie, którzy opuścili mury szkoły w Niemczynie. W okresie swojego istnienia przez zespół przewinęło się około 180 dzieci.
Po odejściu na emeryturę Grażyny Suchorskiej zespół prowadzi Żaneta Buk. Sponsorami i wykonawcami strojów są rodzice dzieci. (...)

WIĘCEJ W AKTUALNYM WYDANIU GŁOSU NR 33 Z 15 SIERPNIA 2018 R.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem