niedziela, 21 października
07:54

Pomnik „ku czci władzy ludowej” w Wągrowcu

Mieczysław Jeżyk i jego bracia. Fot. Archiwum Muzeum Regionalnego w Wągrowcu

W październiku 1964 roku, z okazji dwudziestej rocznicy powołania Milicji Obywatelskiej, dokonano w Wągrowcu odsłonięcia miejsca pamięci „ku czci poległych w walce o władzę ludową w powiecie wągrowieckim funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, Służby Bezpieczeństwa i Ochotniczej Rezerwy MO...” Kamień z zainstalowaną tablicą – swoisty relikt przeszłości – wciąż jeszcze stoi przy ul. Jeżyka. Zgodnie z uchwałą Rady Miejskiej obiekt ten zostanie wkrótce usunięty z przestrzeni publicznej.

Radykalne zmiany polityczne zawsze pociągały za sobą likwidację pomników i innych reliktów upadającego reżimu. Liczne przykłady takich działań, podejmowanych w różnych epokach, można odnotować także w Wągrowcu.

UPADAJĄCE POMNIKI
I tak, w dobie Powstania Wielkopolskiego zdjęto z cokołu pomnik cesarza Wilhelma I, który następnie zawleczono na Rynek, przystrojono w powrósło ze słomy i uzbrojono w kij z zawieszonym na sznurku śledziem. W ten niewybredny sposób pożegnano w mieście władzę niemiecką. Nieco inne konotacje miały przedsięwzięcia niemieckich władz okupacyjnych w okresie II wojny światowej, polegające m.in. na niszczeniu obiektów kultu religijnego przypominających o polskości tej ziemi.
Wówczas zniszczono np. figurę św. Wawrzyńca, stojącą na wągrowieckim Rynku, pomnik ks. Jakuba Wujka przy kościele farnym oraz niezliczone kapliczki, figury i krzyże przydrożne. Następujące w różnych okresach zmiany polityczne można także zaobserwować na podstawie denominacji nazw ulic, placów, osiedli itp. Przez specjalnie dobrane nazewnictwo wprowadzano w przestrzeń publiczną treści ideologiczne, związane z panującym reżimem. Po II wojnie światowej takie propagandowe działania były szczególnie silne. W tym czasie przemianowano znaczną część ulic, przydając im patronów związanych z systemem komunistycznym.

DEKOMUNIZACJA PRZESTRZENI MIEJSKIEJ
Przełom polityczny w 1989 roku otworzył drogę do przywrócenia Polsce suwerenności państwowej i lokalnej samorządności. Pod wpływem dokonujących się przemian wkrótce runęły najbardziej spektakularne pomniki upadającego systemu. Z przestrzeni publicznej stopniowo znikały kolejne symbole komunistycznej ideologii.
W minionym ćwierćwieczu w Wągrowcu wielu ulicom przywrócono ich historyczne nazwy lub nadano nowe, zastępując nimi patronów z czasów Polski Ludowej. Proces dekomunizacji przestrzeni miejskiej zapoczątkowano już w 1989 r. (np. ul. Armii Czerwonej przemianowano na ul. Szeroką, Plac płk. Paszkowa - na Rynek). Jednak dopiero w 1997 roku usunięto z obelisku na Rynku gwiazdę z emblematem sierpa i młota (aktualnie w zbiorach Muzeum Regionalnego). W kolejnym roku ściągnięto tablice z nazwami kolejnych ulic (np. Janka Krasickiego – Klasztorna, Piątkowskiego – Średnia i inne). Wreszcie w 2009 roku, w ramach modernizacji Rynku, zlikwidowano Pomnik Wdzięczności Armii Czerwonej, a jego replikę wzniesiono na cmentarzu nowofarnym, gdzie spoczywają szczątki poległych żołnierzy radzieckich. Od upadku Polski Ludowej minęło ponad ćwierć wieku, lecz wciąż jeszcze w przestrzeni miejskiej można dostrzec relikty tamtej epoki.

PAMIĘTAĆ, ZAPOMNIEĆ CZY IGNOROWAĆ...
Fundacja w 1964 roku miejsca pamięci „ku czci poległych w walce o władzę ludową...” przy ul. Jeżyka nastąpiła pod wpływem czynników polityczno-ideologicznych. W ogólnym rozrachunku wyróżnione na tablicy pamiątkowej organizacje odegrały zdecydowanie negatywną rolę w dziejach Polski i powiatu wągrowieckiego.
Ich działalność przyczyniła się do stracenia osób wyrażających sprzeciw wobec wprowadzanego reżimu (m. in. dotyczy to Stanisława Twardowskiego, skazanego na śmierć za działalność antykomunistyczną, zrehabilitowanego w 1991 roku, czy też organizatora ucieczki więźniów politycznych z wągrowieckiego więzienia – Zygmunta Góralskiego, jak również Izydora Felcyna z Grupy Leśnej „Pogromcy” i innych). Zarówno Milicja Obywatelska, jak i Służba Bezpieczeństwa (na tablicy z 1964 roku wymieniona chyba jako „spadkobierca” działającego w okresie stalinowskim Urzędu Bezpieczeństwa) oraz ORMO były strukturami aparatu represji, zorganizowanego dla wsparcia totalitarnego ustroju. Nie można tego w dzisiejszych czasach ignorować.

Pomnik przy ul. Jeżyka – fotografia archiwalna. Fot. Archiwum Muzeum Regionalnego w Wągrowcu KU CZCI POLEGŁYCH...
Faktycznymi miejscami pamięci o zmarłych jest przestrzeń, w której dokonano ich pochówku, czyli cmentarze. Ponadto krewni, przyjaciele i znajomi zachowują pamięć o bliskich w swoich sercach. W tej perspektywie warto zadać sobie pytanie, czego właściwie dotyczy pomnik przy ul. Jeżyka? Na zainstalowanej przy nim tablicy wskazano, że służy on gloryfikacji „władzy ludowej”..., a więc systemu politycznego represyjnego wobec obywateli własnego kraju. Wbrew pozorom nie wydaje się przewrotnym stwierdzenie, że ofiarami manipulacji „władzy ludowej” padli nie tylko działacze antykomunistycznego podziemia, ale nierzadko również szeregowi członkowie MO, posłani na front zbrojnej i bratobójczej walki z przeciwnikami ustroju. Obecnie brak jest gruntownej analizy historycznej na temat działalności MO, UB i ORMO na terenie powiatu wągrowieckiego. W opracowaniach dotykających tej problematyki możemy natknąć się na wzmianki o dwóch funkcjonariuszach milicji poległych w okresie stalinowskim: Mieczysławie Jeżyku i Zygmuncie Piątkowskim.

MILICJANCI
Okupacja niemiecka zakończyła się w Wągrowcu 23 stycznia 1945 roku, gdy do miasta wkroczyła grupa czołgów dowodzona przez płk. Andrieja Paszkowa. Sytuacja gospodarcza była w tym czasie dramatyczna. Wobec braku innych perspektyw wiele osób włączyło się w dzieło odbudowy „nowej Polski” na zasadach określonych przez nadrzędne czynniki polityczne. W takich okolicznościach niespełna 25-letni Mieczysław Jeżyk 26 stycznia 1945 roku wstąpił w szeregi Milicji Obrony Kraju.
W ciągu kolejnych tygodni uczestniczył w działaniach operacyjnych podejmowanych przeciwko niedobitkom wojsk niemieckich i polskiemu podziemiu antykomunistycznemu (w każdym razie taka informacja znalazła się w notce z 1976 roku). 17 lutego – po 22 dniach służby – włączono go do patrolu posłanego w kierunku Skoków. W lasach w okolicy Dzwonowa, ok. godziny 14, milicjanci natrafili na uzbrojony oddział niemiecki. W starciu poległ Mieczysław Jeżyk. Jego śmierć wykorzystano w celach propagandowych i dwa miesiące później został patronem jednej z wągrowieckich ulic. Nie jest chyba kwestią przypadku, że kontrowersyjny pomnik zlokalizowano przy tej właśnie ulicy (...)

Więcej w papierowej wersji Głosu nr 9/2015.

Bitwa pod Radwankami

Pancerny wóz bojowy marki Erhardt E-V/4, zdobyty pod Budzyniem 7 lutego 1919 r. Fot. Archiwum Muzeum Regionalnego w Wągrowcu

Wśród licznych epizodów wojennych, rozgrywających się na północnym froncie powstania wielkopolskiego, do najbardziej zaciętych należały starcia, do których doszło pod Radwankami. Bój w okolicach tej wsi trwał przez kilka tygodni lutego 1919 r. Polegli powstańcy zostali pochowani m.in. na cmentarzu w Potulicach.

Mroźnym wieczorem 6 lutego 1919 roku na potulickiej drodze rozległ się głuchy odgłos końskich kopyt i skrzypienie kół zaprzężonego wozu. We mgle pojawiły się sylwetki kilku mężczyzn, opatulonych w zniszczone żołnierskie płaszcze. Na wozie zakrwawione derki okrywały ciała poległych powstańców.

Bernard Rhode - powstaniec wielkopolski z Żelic. Fot. encyklopediawielkopolan.pl POWSTANIE
27 grudnia 1918 roku rozpoczęło się w Poznaniu zbrojne powstanie, którego celem było przyłączenie Wielkopolski do odradzającej się Rzeczypospolitej. W pierwszych dniach powstania Polacy zdołali opanować znaczną część regionu. 30 grudnia biało-czerwoną flagę wciągnięto także na maszt nad budynkiem wągrowieckiego starostwa. W stolicy powiatu, jak i w pobliskich miejscowościach, spontanicznie formowano oddziały powstańcze. Mieszkańców tego obszaru czekała jednak jeszcze długa droga do osiągnięcia celu. W kolejnych miesiącach walki z oddziałami niemieckimi toczyły się w okolicach nieodległych od Wągrowca. Szczególnie zacięte boje prowadzono o opanowanie Chodzieży. Zagrożone były także Margonin i Budzyń. Jeśli spojrzymy na mapę, to pośrodku, między trzema wymienionymi miejscowościami, położona jest wieś Radwanki. Strategiczne znaczenie Radwanek było więc znaczne i żadna ze stron konfliktu tego faktu nie przeceniała.

PRZED BITWĄ
Na przełomie stycznia i lutego 1919 roku siły niemieckie przeprowadziły ofensywę w kierunku obszarów opanowanych przez Polaków. To gwałtowne uderzenie rozbiło się wprawdzie na zorganizowanych punktach oporu, jednak walki, ze zmiennym szczęściem, trwały w kolejnych tygodniach. Już 3 lutego niemiecki patrol ppor. Ostewalda szybkim wypadem dotarł przez Margonin do Radwanek. Po nadejściu posiłków powstańczych Niemcy pośpiesznie się wycofali. Sytuacja zminiła się w kolejnych dniach: oddziały niemieckie zdołały zająć Margonin i Chodzież oraz opanować Radwanki. W trudnej sytuacji znalazł się w tym momencie posterunek powstańczy zlokalizowany kilka kilometrów na zachód od od tej wsi (Trzy Domy), który zdecydowano wycofać. Relację o warunkach panujących na tym odcinku frontu podał później we wspomnieniach członek obsady tego przyczółka, Józef Klimowicz:
„W dzień ukrywaliśmy się w lesie, gdzie zbudowaliśmy prowizoryczny schron w ziemi, pokryty drzewem i chrustem, w nocy natomiast wszyscy pozostawaliśmy na czatach w gołym polu. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie ostry mróz i śnieżyce, i brak odpowiednich ubiorów, jak i ciepłej bielizny. Po pięciu dniach spędzonych w tych warunkach nie byliśmy zdolni do pozostania na posterunkach. Wycofanie do Podstolic zapobiegło przeziębieniu.”
Na podjęcie decyzji wpłynęły zatem – obok sytuacji militarnej – kiepskie warunki w zaopatrzeniu.

Radwanki mapa BITWA
5 lutego doszło do starć patroli w okolicach Margonina i Budzynia. W kolejnym dniu siły powstańcze podjęły zdecydowany atak na utracone pozycje w Radwankach i Podstolicach. Zajęcie tego rejonu dawało w perspektywie możliwości dalszych działań w kierunku Chodzieży i Margonina oraz utrzymanie kontroli nad Budzyniem. Operacja zakończyła się sukcesem. W komunikacie polskiego Naczelnego Dowództwa podano, że Niemców wyparto z Radwanek, Podstolic i Podanina, zdobywając 2 kulomioty. Niestety, nie obeszło się bez ofiar. W krwawym starciu 6 lutego śmiertelne rany otrzymali powstańcy z oddziału żelicko-potulickiego: Teodor Wasilewski i Józef Turtoń. Prawdopodobnie w tym samym dniu poległ Wacław Lorenc z Potułów. Wszyscy zostali pochowani na cmentarzu w Potulicach.

PO BITWIE
Utrzymanie zdobytych pozycji w Radwankach i Podstolicach nie było łatwym zadaniem. W kolejnych tygodniach dochodziło w tej okolicy do kolejnych potyczek. W rejon prowadzonych walk Niemcy skierowali m.in. pancerny wóz bojowy marki Erhardt E-V/4.
7 lutego „pancernik”, zmierzając w kierunku Budzynia, został zaatakowany przez oddział powstańców i zdobyty.
16 lutego został zawarty rozejm w Trewirze, przewidujący wstrzymanie walk na wszystkich frontach powstania. Linię demarkacyjną przeprowadzono na południe od Chodzieży, więc okolice Radwanek znalazły się w strefie spornego terytorium. Pomimo formalnego zawieszenia broni, wciąż dochodziło tutaj do kolejnych incydentów zbrojnych. Jeszcze 20 lutego strona niemiecka informowała o zaciętych walkach wywołanych „polską ofensywą”. Wbrew temu stwierdzeniu, w polskim komunikacie wskazano, że walki zostały sprowokowane przez Niemców, a więc obie strony wzajemnie obarczały przeciwnika winą za złamanie warunków rozejmu. W kolejnym dniu oddziały niemieckie zostały pokonane, przy czym w ręce powstańców trafił zdobyczny sprzęt: 4 kulomioty, karabiny i amunicja.

KONIE, WOZY I BROŃ
W czasie gdy trwały walki w okolicach Radwanek, powstańcy z ochotniczych oddziałów sformowanych w powiecie wągrowieckim nie mogli liczyć na wydatną pomoc w zaopatrzeniu ze strony władz w Poznaniu. Był to problem, który należało rozwiązać na miejscu, w oparciu o zaangażowanie lokalnej społeczności. Pierwszorzędną rolę odegrało w tym zakresie okoliczne polskie ziemiaństwo, które poświęciło na ten cel znaczną część swojego prywatnego majątku ruchomego. Wspominał o tym powstaniec z oddziału żelicko-potulickiego Bernard Rhode:
Wioska Żelice na wezwanie właściciela majątku p. Wojciecha Nieżychowskiego, który dał wszystkie majątkowe do dyspozycji, jak również broń, zebrała się w sile 64 mężczyzn zdolnych do władania bronią, przeważnie żołnierzy powracających z frontu, pod kierownictwem leśniczego majątku Ludwika Kołodzieja...
Warto w tym miejscu przywołać innego członka tej samej rodziny – starego dziedzica - Karola Nieżychowskiego, który – jak wspomniano w jego biogramie - mając już 65 lat, podczas powstania przewoził końmi z Poznania broń i amunicję, przedzierając się przez placówki Grentzschutzu.
W trakcie, gdy toczyły się dalsze walki w okolicach Radwanek i Trzech Domów, sytuacja z zaopatrzeniem zaczęła się poprawiać. Wynikało to z przeorganizowania oddziałów powstańczych w regularne wojsko – Armię Wielkopolską pod dowództwem gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego. Usprawnienia organizacyjne dały możliwość bardziej regularnych dostaw na linię frontu, doposażenie szpitala powstańczego w Wągrowcu i w rezultacie utrzymanie osiągniętych pozycji bojowych.

Więcej w papierowej wersji Głosu nr 7/2015.

Wróg mojego wroga...

Fot. Archiwum Muzeum Regionalnego w Wągrowcu

W pierwszych dniach stycznia 1945 r. wieści o sytuacji na froncie nie przedstawiały się dla mieszkańców Wągrowca zbyt jasno.

Niektóre informacje były sprzeczne z sobą: co innego szeptali między sobą Polacy, co innego głosiła oficjalna prasa nazistowska. W tym czasie żałobnym echem odbijały się wieści o tragedii Powstania Warszawskiego i relacje o zgliszczach polskiej stolicy. Jednocześnie wspominano o pozycjach bojowych zajętych przez Armię Czerwoną na prawym brzegu Wisły i o tym, że u boku sowieckiej armii walczą również polscy żołnierze. Po ponad pięciu latach terroru i pełnej ofiar walki o zachowanie godności i tożsamości narodowej, oczekiwano uwolnienia od niemieckiej okupacji - bez względu na to, kto miałby wystąpić w roli wyzwoliciela.

I FRONT BIAŁORUSKI
Ofensywa radziecka, po półrocznej przerwie spowodowanej m.in. wybuchem Powstania Warszawskiego, ruszyła znad Wisły dopiero 12 stycznia 1945 r. Potężne natarcie skruszyło obronę niemiecką. Już 17 stycznia oddziały Ludowego Wojska Polskiego wkroczyły do ruin Warszawy. Tymczasem operacja wiślańsko-odrzańska uległa rozwinięciu i cała linia frontu zaczęła szybko przesuwać się na zachód. W kierunku Poznania, rozbijając napotykane gniazda oporu, zmierzały oddziały wchodzące w skład I Frontu Białoruskiego.
Sygnały o podjęciu ofensywy radzieckiej były w Wągrowcu nader czytelne. Dla każdego rozważnego obserwatora oczywistością było, że Niemcy dostają mocno „w skórę”. Przez miasto przechodziły resztki rozbitych oddziałów niemieckich, a na cmentarzu odbywały się pogrzeby kolejnych poległych. Szpital był zapełniony rannymi żołnierzami niemieckimi, których w miarę możliwości starano się transportować w rejony bardziej odległe od frontu.

EWAKUACJA
20 stycznia wojska I Frontu Białoruskiego podjęły pierwszą, nieudaną próbę szturmu Poznania (bitwa o to miasto przeciągnęła się aż do 23 lutego). W tym samym dniu rozpoczęła się ewakuacja Niemców z Wągrowca. Przed opuszczeniem miasta Niemcy przystąpili do likwidacji wszystkich śladów świadczących o zbrodniach dokonanych w minionych latach. Najmroczniejszy okres w dziejach Wągrowca zbliżał się jednak ku końcowi. W te mroźne styczniowe dni długie szeregi wozów z niemieckimi uciekinierami przemieszczały się w kierunku Czarnkowa, by przejść za kolejną przygotowaną przez Wehrmacht linię oporu.
W nocy z 20 na 21 stycznia doszło do ostatniego aktu nazistowskiego barbarzyństwa – podpalono klasztor pocysterski, który w czasie okupacji został sprofanowany i zamieniony na magazyny (m.in. sprzętu sanitarnego). Magazyny z cenną zawartością postanowiono zniszczyć, aby nie mogły służyć ani Polakom, ani Armii Czerwonej. W ten sposób puszczono z dymem jeden z najznakomitszych obiektów architektury sakralnej w naszym powiecie wraz z jego zabytkowym wyposażeniem. Ognista łuna nad Wągrowcem i kłęby czarnego dymu były szyderczym pożegnaniem nazistów z miastem nad Wełną.

paszkowCZOŁGIŚCI PUŁKOWNIKA PASZKOWA
23 stycznia, po godzinie 9.30, w okolicy ul. Gnieźnieńskiej dał się słyszeć łoskot wzbierający z każdą chwilą na sile. Początkowo można było dostrzec tylko przebiegających z jednej strony drogi na drugą pojedynczych żołnierzy, prowadzących rozpoznanie terenu. Wkrótce pojawiły się czołgi. Według zachowanej relacji, jeden z czołgów zatrzymał się przy posesji na ul. Gnieźnieńskiej nr 7. Zeskoczył z niego czołgista w randze pułkownika, wziął na ręce dziewczynkę przyglądającą się zdarzeniu w rosnącym tłumie i zanucił łamaną polszczyzną: „Jeszcze Polska nie zginęła, póki wy żyjecie”. Reakcja na „mocne wejście” pułkownika Paszkowa była nieoczekiwana nawet dla sowieckich czołgistów: kilka osób z tłumu, tłukąc szyby, wdarło się do pobliskiego sklepu kolonialnego i obsypało żołnierzy pozyskanym dobrem. Po przełamaniu pierwszych lodów główne powitanie miało miejsce na wągrowieckim Rynku. Duże wrażenie, podbudowujące nadzieję na pomyślną przyszłość, wywołał też fakt, że jadący na czołgach żołnierze trzymali w dłoniach biało-czerwone chorągiewki (co widać na załączonej fotografii propagandowej).

PUŁKOWNIK PASZKOW
Oddział dowodzony przez płk. Andrieja Paszkowa złożony był z dwunastu czołgów z 220 Samodzielnej Gatczyńskiej Brygady Pancernej, działającej jako grupa szybka w składzie 5 Armii Uderzeniowej I Frontu Białoruskiego. W ślad za grupą czołgów podążały jednostki piechoty z 1006 pułku piechoty kpt. Tierechina, które następnego dnia ruszyły w dalszą drogę. Pułkownik Paszkow, po krótkim pobycie w Wągrowcu, powrócił na linię frontu. Zginął 27 stycznia w czołgu trafionym pociskiem z pancerfausta. Jego szczątki przetransportowano do Wągrowca i wraz z ciałami kilku innych żołnierzy złożono w mogile na Rynku, na której ustawiono wrak zniszczonego czołgu. W 1950 r. przeprowadzono w tym miejscu ekshumację, a ciała przeniesiono na cmentarz nowofarny. Usunięto wówczas wrak czołgu, który został zastąpiony monumentalnym obeliskiem, dominującym do niedawna nad wągrowieckim Rynkiem.

Więcej w papierowej wersji Głosu nr 6/2015.

Tropem Stacha

przybyszewski rr
Koncert w auli Królewskiego Gimnazjum Klasycznego w Wągrowcu w 1888  r., stanowiący popis uczniów starszych klas, był dniem triumfu dla młodego prymanera (ucznia przedmaturalnego) STANISŁAWA PRZYBYSZEWSKIEGO. Od najbliższego piątku aula szkolna I Liceum Ogólnokształcącego będzie nosić jego imię, dlatego warto przybliżyć tę postać i związane z nim miejsca w Wągrowcu.
Trop wypada podjąć przy „Ameryce”, dawnym gnieździe rodzinnym Przybyszewskich.

Ukrywała się przed światem

adela-magdalena-pawlakowna
Na podstawie relacji MATEUSZA PATELSKIEGO przedstawimy historię okupacyjnego życia, jakie toczyło się w miejscowości Kurki pod Wągrowcem, gdzie ginęli Niemcy, z niemieckiego konwoju wyrwał się polski więzień, a siostra zakonna ukrywała się w tajnej skrytce.
Kurki to bardzo urokliwe miejsce, położone w środku lasu między Przysieką a Łosińcem. W dwudziestoleciu międzywojennym funkcjonował tutaj folwark, który wraz z otaczającym go lasem stanowił część majątku Przysieka, należącego do Fundacji Rodowej Moszczeńskich.
W obszernym domu mieszkalnym, murowanym z cegły i posadowionym na kamiennej podmurówce, mieszkało przed wojną pięć rodzin. Największe mieszkanie należało do rodziny Pawlaków. Wokół stały trzy mniejsze domy mieszkalne dla pracowników folwarku, chlew, duża obora z krowami należącymi do majątku oraz drewniana stodoła. Było także 50 uli, szopki gospodarcze, sad i ogrody, którymi opiekował się zamieszkały w folwarku z rodziną Józef Pawlak, dziadek dziś już ponad 80-letniego Mateusza Patelskiego, dzięki któremu przypomnimy kilka ciekawych historii związanych z tym miejscem.

Archeolodzy odkryli nowe miejsca spoczynku wągrowieckich mnichów

klasztor 5
Pionierskie badania archeologiczno-architektoniczne, prowadzone wokół wągrowieckiego kościoła i klasztoru pocysterskiego (obecnie paulińskiego), przynoszą sensacyjne odkrycia, poszerzające m.in. naszą dotychczasową wiedzę na temat pierwotnego, średniowiecznego założenia klasztornego.
A wszystko zaczęło się niewinnie w czerwcu bieżącego roku od prac ziemnych przy kościele i klasztorze, mających na celu instalację kanalizacji deszczowej. Ojcowie paulini, administratorzy tutejszej parafii, postanowili w końcu rozwiązać problem wody deszczowej, która spływając rynnami pod fundamenty, powodowała ich podmakanie i zawilgocenie. Budowlańcy rozpoczęli inwestycję, ale napotykali w ziemi na niezidentyfikowane obiekty, które utrudniały im pracę. Jak się okazało, były to ceglano-kamienne fundamenty oraz pochówki ludzkie.
Odkrycia te spowodowały, że na placu budowy pojawili się archeolodzy.

Nieprzyjaciela trzymano za rzeką

danuta
Rozkaz naczelnego dowództwa z 3 na 4 września zmusił do odwrotu jednostki Wojska Polskiego stacjonujące w okolicy Wągrowca, Gołańczy, Skoków i Wapna. Przez lata głównie to wydarzenie utrwalane było w naszej pamięci, wypada jednak przypomnieć, że zanim doszło do odwrotu, polscy żołnierze walczyli z Niemcami na granicy naszego powiatu, i to z powodzeniem.
Jak wspominaliśmy dwa tygodnie temu w artykule: „Gwałtowny wyścig zbrojeń ogarnął świat cały”, odgłosy walk i strzałów armatnich docierały do mieszkańców Czeszewa i okolic. Spróbujmy zatem, śledząc szlak bojowy 26 Skierniewickiej Dywizji Piechoty, której sztab mieścił się w budynku szkolnym w Nowym Wapnie w powiecie wągrowieckim, przybliżyć gdzie dochodziło do potyczek z wrogiem.

Gwałtowny wyścig zbrojeń ogarnął świat cały

wagrowiec-ratusz
Tak w przededniu wojny pisał Komisarz Generalny Pożyczki Obrony Przeciwlotniczej, generał broni inż. Leon Berbecki.
W marcu 1939 r. wystosowano apel do obywateli Rzeczypospolitej: „SILNI duchem, ZWARCI wokół ukochanej Armii i Wodza Naczelnego, GOTOWI do wszelkiej akcji, maszerujemy ku wielkiej, potężnej Polsce. (...) Narody zbroją się w tempie wyścigowym. W obliczu tych wydarzeń musimy dotrzymać kroku innym, musimy zwiększyć nasze wysiłki, zmierzające do spotęgowania sił obronnych Polski. Musimy pokryć niebo nasze eskadrami stalowych ptaków, a ziemię własną bateriami dział przeciwlotniczych! Rząd Rzeczypospolitej rozpisał Pożyczkę Obrony Przeciwlotniczej. Pożyczka ta spotkała się z entuzjazmem całego społeczeństwa. Płynie lawina ofiar i deklaracji pożyczkowej (...)”.
Takiej treści ulotki rozprowadzano po całym kraju. Trafiły one również do powiatu wągrowieckiego.

Bracia z mogiły

Kierownik badań Tomasz Olszacki (z prawej) oraz archeolog Michał Cichocki. Fot. Rafał Różak

Trzy i pół wieku dwaj bracia leżeli razem w nieznanej mogile, aby po latach dać na nowo świadectwo okropnej zbrodni, jaka wydarzyła się setki lat temu na zamku w Gołańczy.

Tydzień temu pisaliśmy o zakończeniu trzeciego, ostatniego etapu badań archeologiczno-architektonicznych zamku w Gołańczy. Prace były prowadzone pod kierownictwem Tomasza Olszackiego z Pracowni Archeologicznej „Trecento” z Łodzi i dr. Artura Różańskiego z Instytutu Prahistorii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu.
Jak twierdzą archeolodzy, zamek został już teraz wystarczająco dokładnie przebadany, aby przymierzyć się do napisania monografii na jego temat. Jej wydanie ma nastąpić być może jeszcze w tym lub na początku przyszłego roku.

RODZEŃSTWO BRONIŁO ZAMKU?
Zanim jednak uzyskamy odpowiedzi na wiele nurtujących pytań dotyczących ewoluującej od 2009 roku nowej historii tego miejsca, przyjrzyjmy się kilku ciekawym wątkom pochodzącym z czasów potopu szwedzkiego.
Przypomnijmy, że w 2010  r., podczas drugiego etapu badań, archeolodzy niespodziewanie natknęli się podczas eksploracji jednego z wykopów na mogiłę wojenną i nieznane wcześniej miejsce pochówku obrońców zamku z nieszczęsnego początku maja 1656 r.
Informacja o sensacyjnym odkryciu obiegła wówczas nie tylko lokalne, ale również ogólnopolskie media.
Co ciekawe, dzięki późniejszej kwerendzie materiałów źródłowych i wstępnej analizie odkrytych szczątków udało się ustalić, że wśród dwudziestu pięciu szkieletów, które przebadane zostaną przez antropolog Sylwię Łukasik z Instytutu Antropologii UAM w Poznaniu, są najprawdopodobniej polegli w czasie obrony zamku bracia Smoguleccy.
Byli oni synami Jana Albrachta Smoguleckiego (starosty inowrocławskiego) i Ewy Alojzy Zbyszewskiej z Łukowa.

ODBUDOWA ZAMKU
Wyjaśnijmy, że senior Jan Albracht, dawny właściciel zamku, który stworzył podwaliny pod pobliski, powstały po jego śmierci bernardyński zespół klasztorny, w czasie potopu już nie żył. Jego żona Ewa Alojza, która - jak twierdzi Tomasz Olszacki - miała z nim sporo dzieci, prawdopodobnie kilka lat po jego śmierci wyszła ponownie za mąż za Stanisława Grudzińskiego. Z nim nie miała już potomstwa, a jednak w niektórych źródłach natknąć się możemy na informacje o poległych w czasie obrony zamku braciach Grudzińskich, co - jak wyjaśnia archeolog - jest błędem.
Ewa Alojza ze Zbyszewskich, oprócz poległych synów, miała jeszcze z Janem Albrachtem jednego - Marcina Franciszka, który przeżył potop. Był on wówczas kilkuletnim dzieckiem, a po tym, jak Szwedzi obrócili zamek w ruinę, wychowywał się w rodzinnej rezydencji w Smogulcu.
Zniszczony i spalony zamek stał kilkanaście lat pusty i nieużywany. Marcin Franciszek Smogulecki, kiedy dorósł, postanowił jednak wyciągnąć go z ruiny i przywrócić mu funkcje rezydencjalne.
Zanim wróci na zamek, remontuje wieżę mieszkalną, nadając jej cechy barokowe. Tynkuje elewacje, odbudowuje bramę zamkową (również w stylu barokowym), organizuje na nowo przestrzeń dziedzińca, którego poziom podnosi o kilkadziesiąt centymetrów, a przy zamku buduje obszerny dwór i zamkową kuchnię (oba budynki konstrukcji szkieletowej).
Czyniąc to wszystko nie zdaje sobie sprawy z tego, że kilkadziesiąt centymetrów pod ziemią, tuż przy fundamentach nowo powstałej kuchni, pochowano pospiesznie jego braci, poległych na zamku pamiętnego maja 1656 r., kiedy on był jeszcze dzieckiem.
Grób ten udało się zlokalizować dopiero po ponad trzystu pięćdziesięciu latach, dzięki pracy przybyłych archeologów.

STAROŚCIANKA POCHOWANA Z BRAĆMI?
Bohaterska obrona głównej rezydencji dóbr smogulecko-gołanieckich w Golańczy dała również początek legendzie o starościance, która nie chciała wyjść za szwedzkiego oficera oblegającego zamek i wolała zginąć w otchłani wód pobliskiego jeziora, niż zhańbić się tą niemożliwą do przyjęcia propozycją. Były zatem domysły, że do zbiorowej mogiły mogło również trafić ciało kobiety, ale póki co nie stwierdzono z całą pewnością takich szkieletów.
- Mamy natomiast osobniki kilkunastoletnie, u których cechy płciowe nie są jeszcze całkowicie rozwinięte, aby na pierwszy rzut oka to ocenić. Ale to powinno się wyjaśnić w ciągu dalszych badań antropologicznych – wyjaśnia Tomasz Olszacki.
W tym miejscu pojawia się bowiem przypuszczenie, że wśród poległych braci leży także ich siostra Marcina, zwana również Martyną Smogulecką. Pojawia się ona bowiem w źródłach przed potopem, a później brak już o niej jakichkolwiek informacji. Kto wie zatem, czy waleczna Marcina nie była czasem pierwowzorem legendarnej gołanieckiej starościanki lub kasztelanki.

WIĘCEJ MOGIŁ
Ze źródeł wiemy, że przed oblężeniem zamku odbyła się pod Gołańczą bitwa ze Szwedami. Zarówno w niej, jak i podczas późniejszej rzezi na zamku zginęło - jak pisze Samuel Pufendorf, szwedzki historiograf – ponad dwieście osób; a jak podają stare metryki kościoła gołanieckiego - ponad czterystu obrońców, w tym trzech duchownych.
- Tutaj mamy pewnych 25 osób związanych z walkami o zamek. Oczywiście nie możemy wykluczyć, że jest to jedyna mogiła z tego czasu. Na pewno jest jedyną na terenie zamku, którą udało nam się rozpoznać. Zakres badań naszych, wcześniejszych badań niemieckich, a także badań elektrooporowych był dość znaczny. Tak więc możemy z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że na terenie zamku innych mogił nie ma – twierdzi Tomasz Olszacki.
Według mieszkańców, na terenie Gołańczy znajdowała się górka ze szkieletami, ale, jak podsumował archeolog: - Została kiedyś „rozwieziona”. Dlatego być może już nigdy nie dowiemy się, ile faktycznie osób zginęło w czasie walk o Gołańcz i pod Gołańczą

GODNE MIEJSCE POCHÓWKU
Po przebadaniu szczątków przez antropologa trafią one z powrotem do Gołańczy.
Jerzy Paluch, autor wydanej ostatnio publikacji „Bernardyni z Ziemi Wągrowieckiej”, jest zdania, że kategorycznie powinny one pozostać przy zamku, ponieważ jeśli zostaną złożone w katakumbach kościoła pobernardyńskiego, mogą w przyszłości podzielić losy wielu szczątków znamienitych osób, które tam trafiły, a po których nie ma już śladu.
Nieco innego zdania są archeolodzy: - Sposób złożenia zmarłych w mogile jest świadectwem wojennego bestialstwa, a nie pochówkiem we właściwym rozumieniu tego słowa, dlatego też ekshumację i pogrzeb uznajemy za w pełni uzasadnione. Nie chcielibyśmy jednak wprowadzać na zamek symboliki związanej z miejscem pochówku. Bo to też ograniczałoby w jakiś sposób wykorzystanie tego terenu. Szczątki należy raczej przenieść w nowe miejsce i tam godnie pochować. Tylko że miejsce to musi pozostać w czytelnym historycznym i przestrzennym kontekście z zamkiem, to jest dość istotne. Kościół bernardyński stoi blisko zamku i wydaje nam się, że gdyby to odpowiednio zorganizować, to polegli byliby godnie upamiętnieni i cały czas jakoś z zamkiem związani. Oczywiście trzeba byłoby przygotować tablicę upamiętniającą i może zorganizować jakąś stałą wystawę poświęconą badaniom mogiły i walce na zamku - podsumowuje Tomasz Olszacki.
Gdzie pochować bohaterskich obrońców i jaką formę ich upamiętnienia wybrać, to już zmartwienie władz Gołańczy. Powinny one jednak tak zaakcentować to miejsce pochówku w przestrzeni miasta, aby zaistniało ono w świadomości mieszkańców Gołańczy i nie tylko.

Fot. Rafał Różak
Fot. Rafał Różak
 

Gdzie się SCHRON(Y)ić?

schrony1
Co kryją piwnice starych budynków? Z pewnością wiele tajemnic. Jedną z nich są stare schrony, które miały uchronić mieszkańców Jakubowego Grodu przed bombardowaniem.
Jak się okazuje, w Wągrowcu znajdują się trzy schrony z grubymi murami i pancernymi drzwiami. Niestety, dziś są już zapomniane, bądź służą do innych celów niż w pierwotnym założeniu.
schrony11
schrony12
schrony13
schrony14
PRZETRWAJĄ NASZE EMERYTURY
Pierwszym miejscem, które odwiedziliśmy, jest budynek Zakładu Ubezpieczeń Społecznych na ul. Przemysłowej. Białe ściany, porządek i dobrze zakonserwowane urządzenie do filtracji powietrza. Schron wybudowany został w 1996 roku i jest najmłodszym z wągrowieckich ukrytych pomieszczeń, a zarazem najmniejszym, bo pomieściłby 25 osób.
- Najważniejsze, aby nikt nigdy nie musiał z niego korzystać - mówi pani, która mnie oprowadza. To prawda. Choć nie ma już obowiązku „posiadania” schronów przez miasta. Te wybudowane kilkanaście lat temu przeszły w prywatne ręce i ich właściciele decydują o ich dzisiejszym przeznaczeniu.
schrony10
schrony7
schrony2
schrony6
schrony4
schrony8
schrony3
schrony9

WYCIECZKA W CZASIE
Kolejne kroki kierujemy na ul. Średnią, do budynku należącego do PKP. Obchodzimy „Fabrykę Reklamy” i od tyłu schodzimy do piwnicy.
- Ma pani latarkę? - pyta mnie przed wejściem „pan przewodnik” - Tam nie ma prądu - wyjaśnia szybko. Zaczyna się jak w filmach Bogusława Wołoszańskiego. Wszędzie ciemno, jedynie skromne światło latarki oświetla nam drogę wąskimi korytarzami. Za każdym progiem czuć historię.
- Znajdujemy się akurat w centrum dowodzenia - mój przewodnik oświetla mi wielki stół, na którym jeszcze leżą dokumenty związane z obroną cywilna - Tutaj były podejmowane wszystkie decyzje. Znajdował się tu sztab, który wydawał polecenia. A tutaj są telefony - mężczyzna wskazuje na karton z urządzeniami na korbkę.
Idziemy dalej. Małe drzwiczki i ciemność. Sprawdzamy dokąd prowadzi. To wyjście ewakuacyjne dla 62 osób, które przebywałyby tu w razie ewentualnej wojny.
Kolejny skręt i... łazienka, która zdecydowanie odbiega od dzisiejszych standardów. Cóż się dziwić, takie toalety były dostępne w 1942 roku, kiedy budowano to miejsce.
Kilka metrów dalej znajdujemy kilkanaście starych materaców - przecież to noclegownia o betonowej konstrukcji, przypominam sobie przeznaczenie wypisane na planach tego schronu.
schrony15
schrony16
schrony17
schrony18
WSPOMNIENIE ŚWIETNOŚCI
Kilka minut później znajdujemy się pod Oddziałem Robót Drogowych PKP na ul. Kościuszki. Ponownie schodzimy do piwnicy i odnajdujemy pancerne drzwi. Ten schron również należy do PKP. Jest on najstarszym schronem w mieście, bo wybudowany został w 1939 roku i największym (pomieści 72 osoby).
Tutaj jednak jest elektryczność, która odsłania wieloletnie działanie czasu. Odrapane ściany, pajęczyny, ale to nadaje wyjątkowości temu miejscu.
Nie ma tu korytarzy. To kilka małych pomieszczeń i jedno wielkie, w którym znajduje się mnóstwo ławek. Przebywające tu osoby musiały zadowolić się miejscem siedzącym, o leżakowaniu nie było mowy. Wychodzimy na zewnątrz i odszukujemy wyjście ewakuacyjne.
- Leży tu płyta, aby nikt tam nie wpadł. Podobnie nakryta została dziura po drewnianej konstrukcji wieżyczki do filtracji powietrza. Ktoś ją ukradł kilka lat tamu, więc zabezpieczyliśmy wejście głazem - mówi mój przewodnik z PKP.
Dziś często zaniedbane pomieszczenia jeszcze w czasie komunizmu były oczkiem w głowie rządzących. Po schronach zostały wspomnienia i historia, o której uczą się dzieci w szkołach.
(Autor Wioletta Gryczka, Fot. Wioletta Gryczka)

Lustrzane odbicie Wągrowieckiej Madonny

wagrowiecka madonna1
Pracownia Konserwacji Dzieł Sztuki z Kostrzyna Wielkopolskiego podjęła się renowacji figury Matki Bożej z Dzieciątkiem, najcenniejszego zabytku, który ocalał z przedwojennego wyposażenia kościoła klasztornego w Wągrowcu. Jak się okazuje, Madonna nie tylko pochodzi z czasów MIKOŁAJA KOPERNIKA, ale ma bezpośrednie związki z dwoma miastami, w których on żył i pracował.
Po wstępnym rozpoznaniu przez konserwatora i historyka sztuki potwierdzono, że rzeźba została wykonana z drewna lipowego po 1500 r. w warsztacie snycerskim św. Wolfganga w Toruniu.
W pracowni tej w tym samym czasie powstał m.in. tryptyk św. Wolfganga, ołtarz główny bazyliki katedralnej świętych Jana Chrzciciela i Jana Ewangelisty w Toruniu, od którego warsztat wziął swoją nazwę.
Ta sama pracownia około 1504 r. zakończyła także pracę nad poliptykiem (ołtarzem wieloskrzydłowym) dla fromborskiej katedry. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w części centralnej ołtarza umieszczono ponadnaturalnej wielkości (2,5 m wysokości) figurę Matki Bożej z Dzieciątkiem, która jest lustrzanym odbiciem Madonny z Wągrowca.

Czytaj więcej...

Wspomnienia koszmaru wojny

Wladyslawa Lewandowska

Oby nigdy więcej... wspomina WŁADYSŁAWA LEWANDOWSKA, była więźniarka obozu w Ravensbruck.

W tym roku Związek Inwalidów Wojennych RP obchodzi 95. rocznicę istnienia. Z tej okazji w uznaniu zasług wręczono Krzyże Jubileuszowe, a jedną z wyróżnionych osób jest rogoźnianka Władysława Lewandowska - była więźniarka obozu w Ravensbrück.
Nasza bohaterka ma dziś prawie 90 lat. Gdy wspomina wojenne czasy, wszystko odżywa, jakby wydarzyło się całkiem niedawno i wyciska łzy cierpienia i rozpaczy.

Czytaj więcej...

Jak Żurek został bandytą?

zurek

Żołnierzy Wyklętych w powiecie wągrowieckim nie brakowało. Dziś tych żołnierzy podziemia przywołujemy do pamięci nie tylko ze względu na twardą ich walkę z sowietyzacją kraju i służbami bezpieczeństwa, ale przede wszystkim o wolną i demokratyczną Polskę.

Historia działalności Teofila Żurka obrosła w legendę, za którą kryją się rzeczywiste fakty, ale też i mity, chociaż nie do końca te pierwsze zostały zweryfikowane. Dziś trudno dojść do pełnej prawdy. Historycy opierają się m.in. na współczesnych relacjach uczestników powojennych wydarzeń, które często są ze sobą sprzeczne i trudno jest ustalić obiektywną prawdę. Tak jest też ze śmiercią Teofila Żurka.

Czytaj więcej...

Historia spotkała się pod dębem

marlewo rycerze

Po raz kolejny w Marlewie pod Rogoźnem rozpalono ognisko na cześć króla Przemysła II.

Minęło już 19 lat, odkąd w Marlewie, małej wsi pod Rogoźnem, upamiętnia się śmierć króla Przemysła II. Pod ogromnym, starym dębem spotykają się miłośnicy historii aby wspólnie uczcić miejsce, gdzie, według legendy - 8 lutego 1296 roku, a więc 718 lat temu, z rąk margrabiów brandenburskich zginął monarcha Polski.

Czytaj więcej...

Nasze nieromantyczne powstanie

pw
O Powstaniu Wielkopolskim z historykiem prof. dr hab. JANUSZEM KARWATEM, dziekanem Wydziału Humanistycznego Wyższej Szkoły Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu, rozmawia Franciszek Szklennik.

Panie profesorze, jak to jest z Powstaniem Wielkopolskim? Co zostaje w nas z tamtych lat?
- Od naszego zwycięskiego powstania mija właśnie 95 lat. To czas trzech pokoleń. Nie żyje już żaden powstaniec. Żyją natomiast wnukowie, prawnukowie i to oni są spadkobiercami powstańczej tradycji. I są bardzo dumni z tego, że mieli tak znamienitych antenatów.

Redgoskie ślady organizacji polskiego łowiectwa

redgoszcz_w_j_polczynski_rr
„Natura jest jak lustro, odbija z serca ludzkiego to tylko, co w niem się przegląda, a kto w niem nic nie widzi, w tego duszy nie odbija się piękno, które daje nam łowiectwo” – pisał WŁADYSŁAW JANTA-POŁCZYŃSKI z Redgoszczy, zapomniany organizator łowiectwa w Wielkopolsce i na szczeblu krajowym, którego postać postaramy się przybliżyć w roku jubileuszu 90-lecia Polskiego Związku Łowieckiego.

Stary rycerski ród Jantów z Półczna herbu Bończa, z którego wywodzi się Władysław Janta-Połczyński, pochodzi z Pomorza. W 1638 r. Michał i Piotr Jantowie udowodnili swoje szlacheckie pochodzenie przed Komisją Wywodową wyznaczoną z Sejmu, przedstawiając przywilej mistrza krzyżackiego Winricha von Kniprode z 1354 r., nadany przodkom ich rodziny. W XIX w. za sprawą dwóch braci, Józefa i Stanisława, doszło do podziału rodu na dwie linie: starszą, kontynuującą pomorską tradycję rodziny i młodszą - wielkopolską.

Czytaj więcej...

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem