poniedz., 19 listopada
13:22

Mnich Filip – męczennik z Łekna

Męczeństwo św. Wojciecha na jednej z kwater Drzwi Gnieźnieńskich.

NASZE ŚREDNIOWIECZE (6)

Początki polskiego Kościoła związane są z postacią św. Wojciecha, który zginął śmiercią męczeńską podczas misji chrystianizacyjnej Prus. Ponad dwieście lat później akcję misyjną w tej krainie podjęli cystersi z Łekna. Jeden z nich – mnich Filip – podążając śladami św. Wojciecha zginął z rąk pogan. Pamięć o tej postaci, z niewyjaśnionych przyczyn, nie utrzymała się w późniejszej tradycji klasztornej.

Obszar dzisiejszej Warmii i Mazur był w średniowieczu zasiedlony przez bałtyjskich Prusów. Był to lud silnie przywiązany do własnych tradycji i broniący wiary swoich przodków. Już w początkach polskiego chrześcijaństwa do Prus udał się z misją św. Wojciech, który zginął tam śmiercią męczeńską w 997 r. Jego szczątki wykupił od pogan Bolesław Chrobry, zyskując w ten sposób relikwie, które wraz z rosnącym kultem świętego męczennika odegrały kluczową rolę w dalszej budowie polskiego Kościoła. Zauważmy, że głównym celem zmierzającego na Zjazd Gnieźnieński cesarza Ottona III była pielgrzymka do grobu św. Wojciecha (z którym wcześniej łączyły go więzy serdeczności). Jednym z efektów Zjazdu było powołanie metropolii gnieźnieńskiej. Jej pierwszym arcybiskupem został przyrodni brat św. Wojciecha, Radzim-Gaudenty. Święty męczennik uosabiał odtąd tożsamość religijną elit piastowskiego państwa.

ŚLADAMI ŚWIĘTEGO WOJCIECHA
Sąsiadujący z Prusami władcy piastowscy wielokrotnie podejmowali próby podbicia i chrystianizacji tej krainy. W XII wieku walkę z nimi prowadził Bolesław Krzywousty. Wiele lat później, podczas jednej z takich zbrojnych wypraw, zginął jego syn Henryk Sandomierski (1166 r.). Prusowie wciąż stawiali twardy opór, trwali przy dawnej wierze i urządzali wyprawy odwetowe. Na sprawę chrystianizacji tej „dzikiej krainy” zwrócili wreszcie uwagę cystersi z klasztoru w Łeknie. Początki łekneńskiej misji chrystianizacyjnej nie przedstawiają się jasno. Wiemy, że w początkach XIII wieku grupa zakonników z Łekna wpadła w ręce Prusów. Wiemy też, że ok. 1206 roku opat łekneński Gotfryd wyruszył „do pogan”, by wydostać ich z niewoli. W tej trudnej i ryzykownej wyprawie towarzyszył mu inny cysters z tego klasztoru, noszący zakonne imię Filip.

MNICH FILIP
Mnich Filip jest postacią dość zagadkową. Wywodził się z miejscowego rycerstwa. Wstępując do zakonu cysterskiego przekazał klasztorowi w Łeknie swą dziedziczną posiadłość: Dębogórę. W realizacji misji chrystianizacyjnej Prus Filip odgrywał bardzo ważną rolę. Uczestniczył w niej od samego początku, aż do męczeńskiej śmierci około roku 1213. Początkowo wspierał w działaniach misyjnych swego opata Gotfryda. Ten jednak został kilka lat później odsunięty od kierowania misją, a jego miejsce zajął cysters Chrystian. Mnich Filip działał od tego czasu u boku Chrystiana. Domyślamy się, że posiadał on odpowiednie kompetencje językowe, by porozumiewać się z pruskimi neofitami i bezpośrednio przekazywać im zasady i podstawy wiary chrześcijańskiej. O Filipie z uznaniem wypowiadał się papież, nazywając go „umiłowanym synem”. W 1216 roku (więc już po śmierci mnicha) papież osobiście przeprowadził chrzest jednego z pruskich nobilów, nadając mu imię: Filip. Fakt ten można odczytać jako swoiste złożenie hołdu pamięci łekneńskiego męczennika.

MĘCZEŃSTWO MNICHA FILIPA
O męczeńskiej śmierci mnicha Filipa zachowało się ledwie kilka zdawkowych wzmianek. Trudno jest nawet określić, czy nastąpiła ona w 1213 roku, czy rok później. Nie wiemy gdzie dokładnie i w jakich okolicznościach do niej doszło. Nie wiemy co stało się z ciałem męczennika. Na te tematy nie wypowiedzieli się szerzej ani późniejsi kronikarze, ani prowadzący swoje zapiski cystersi z Łekna. Największą zagadką dotyczącą mnicha Filipa jest więc wymazanie tej postaci z klasztornej tradycji. W klasztorze łekneńskim nie zadbano też o utrzymanie pamięci o opacie Gotfrydzie i o „cysterskiej” misji pruskiej. W głównej mierze mogło być to spowodowane przejęciem inicjatywy w Prusach przez zakon krzyżacki, czego efektem było pozbawienie cystersów znaczenia na tym obszarze. Przed zakusami krzyżackimi nie zdołał obronić misji wspomniany wyżej cysters - biskup Chrystian, gdyż przez szereg lat przebywał w niewoli pruskiej. Czas jego nieobecności wykorzystali krzyżacy, rozpoczynając szerzenie chrześcijaństwa „ogniem i mieczem”. Równolegle do tych wydarzeń kształtował się w Łeknie obyczaj przyjmowania do tutejszego klasztoru wyłącznie zakonników z Kolonii i okolic tego miasta. Wobec tego utrzymywanie w tradycji klasztornej pamięci o działaniach misyjnych z początków XIII wieku mogło być niewygodne ze względu na nową sytuację w klasztorze i rozgrywki polityczne związane z umocowaniem się państwa krzyżackiego w Prusach.

Przeczytaj również - Nasze średniowiecze:

(5) Krzyżowiec z Pałuk

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 10 z 9 marca 2016 r.

Żołnierze żywcem nie wzięci

teofil zurek

Żołnierze Wykleci, Niezłomni, kwiat Polski podziemnej, to polscy partyzanci, którzy w 1945 roku stanęli do walki o wolną i demokratyczną Polskę, przeciwstawiając się podporządkowaniu kraju sowieckiemu agresorowi.

Historia Żołnierzy Wyklętych po dziesiątkach lat komunistycznego zakłamania, przemilczania, opluwania i spychania w niebyt odzyskuje należne jej miejsce w pamięci zbiorowej Polaków – podkreśla Waldemar Handke. Historia ta wywołuje też kontrowersje. O  tych żołnierzach mówi się, że byli bandytami, szabrownikami, zabójcami... W terenie starsi ludzie źle wspominają Żołnierzy Wyklętych.
Tuż po wkroczeniu sowieckiej armii na ziemię wągrowiecką rozpoczęła się komunistyczna okupacja, której przeciwstawili się nieliczni Żołnierze Wyklęci, synowie tej ziemi.

HISTORIA ŻURKA Z PASJĄ
Przykładem jest historia Teofila Żurka, urodzonego w Gołaszewie koło Mieściska. Działalność Żurka obrosła w legendę, za którą kryją się rzeczywiste fakty, ale też półprawdy i mity. Historycy opierają się m.in. na relacjach uczestników powojennych wydarzeń, które często są ze sobą sprzeczne i trudno jest ustalić obiektywną prawdę. Tak jest też ze śmiercią Teofila Żurka.
Żurek nie mógł zdzierżyć rozbojów i rekwizycji dokonywanych przez Armię Czerwoną na terenie okupowanym i dlatego wystąpił do sowieckiej komendantury wojennej z ostrym protestem, ale to nie przyniosło skutku. W tej sytuacji Żurek zmienił front o 180 stopni i przeszedł na drugą stronę. Już wtedy w Gołaszewie, pod kierunkiem Stachurskiego, działała grupa samoobrony. Stachurski swoją grupę nazwał Armią Krajową i działał też w sąsiednim powiecie gnieźnieńskim. Żurek jako sekretarz Polskiej Partii Robotniczej w Mieścisku donosił Stachurskiemu o planowanych przez Sowietów rekwizycjach. Wraz ze Stanisławem Kuczerepą wtargnęli do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, skąd wynieśli poufne dokumenty i przekazali je Stachurskiemu.
Po tej akcji Żurek nadal działał w PPR. Jednak, gdy otrzymał do podpisu listę z nazwiskami 150 osób (inne źródło podaje 15 osób), które były planowane do wywózki w głąb ZSRR, zbuntował się do reszty i odszedł z PPR. Wstąpił do oddziału AK Stachurskiego, przyjmując pseudonim „Pogromca”, co najprawdopodobniej miało miejsce jesienią 1945 r. Żurek dopiero na wiosnę objął kierownictwo nad tym oddziałem, po wyjeździe Stachurskiego.
„Pogromca” posiadał dobre kontakty z funkcjonariuszami urzędu bezpieczeństwa i skrzętnie pozyskane informacje wykorzystywał w antykomunistycznej działalności. Dzięki nim udało mu się uchronić od aresztowania jesienią 1945 r. Krótko przebywał w gnieźnieńskim areszcie. Uciekł z konwoju na trasie Gniezno – Wągrowiec. Żurek ukrywał się i zmienił dokumenty na nazwisko Kazimierza Meisnera, które znaleziono przy nim, gdy został śmiertelnie postrzelony.
Teofil Żurek zgromadził sporo broni, którą przechowywano w leśniczówce Koźlanka, a potem u jednego z rolników w Ochodzy. Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Wągrowcu nie próżnował i wyłuskiwał członków grupy Żurka, gdy ten po Stachurskim objął dowództwo, m.in. aresztowano Kędzierskiego.
„Pogromca” miał coraz rzadsze kontakty z „ubowcami”, przez co nie otrzymywał uprzedzających go informacji. PUBP tropił Żurka na każdym kroku, zwłaszcza gdy doszło do próby likwidacji ich pracownika. Za przygotowanie tego zamachu oskarżono Bernarda Szudarskiego i Edmunda Czarneckiego. Tego pierwszego Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu skazał na śmierć przez rozstrzelanie w 1946 r., a drugi otrzymał cztery lata więzienia. PUBP aresztował kolejnych ludzi „Pogromcy”, m.in. K. Meisnera, ojca trojga dzieci.

NA TROPIE „POGROMCY”
Działania urzędu nie doprowadziły do rozbicia grupy Żurka, która mimo represji rozrastała się ilościowo. Dochodziło do kolejnych napadów na mleczarnie w Kłodzinie, Rybnie Wielkim, Łeknie, rozbicia posterunku MO w Łeknie i odbicia koni z komendantury wojennej w Mieścisku. Urząd bezpieczeństwa nie odstępował od swoich akcji wymierzonych przeciw „bandytom”. W wyniku milicyjnej obławy zabito Stefana Lemańskiego i Edmunda Kotowskiego i ujęto wspomnianych już B. Szudarskiego i  E. Czarneckiego.
Latem 1946 r. do oddziału Żurka należało od 15 do 30 ludzi, którzy mieli kilka kryjówek, m.in. w gospodarstwie Walentego Woźniaka w Gorzewie i Franciszka Kurzeji, ojca chrzestnego Żurka w Łopiennie. Ponoć Kurzeja miał się później przyczynić do śmierci Żurka, jako że jego zięciem był niejaki Buszko, funkcjonariusz PUBP w Gnieźnie, a ponadto Kurzeja przechowywał pieniądze grupy „Pogromcy”, na które miał chrapkę.
„Pogromca” wkrótce jednak wpadł w zasadzkę. Rankiem 28 września 1946 r. wraz ze Stanisławem Grzeszczykiem udali się do Łopienna, do Kurzeji. Okazało się, że wcześniej funkcjonariusze z Gniezna zastawili tam pułapkę na Żurka. „Pogromca” szamoczący się z drzwiami wejściowymi do domu został trafiony przez snajpera w głowę, a Grzeszczyka pojmano i aresztowano. Ten później wkopał innych członków grupy Żurka.

GDZIE LEŻY PRAWDA?
To jest jedna wersja okoliczności śmierci dowódcy grupy. Inaczej to zdarzenie przedstawia Stanisław Olejniczak, komendant Milicji Obywatelskiej w Wągrowcu, w raporcie z 30 września 1946 r.
Według niego akcję ujęcia Żurka przygotowali wągrowieccy milicjanci. Piętnastoosobowa grupa pod dowództwem Kruszyny, szefa PUBP w Wągrowcu, pojechała do Łopienna i otoczyła dom. Do środka weszli milicjant Zygmunt Piątkowski i jeszcze jeden funkcjonariusz PUBP. W domu zastali jednego żołnierza, który się poddał, a ukryty za drzwiami Żurek oddał serię z pistoletu maszynowego w kierunku Z. Piątkowskiego, który poległ na miejscu. Kruszyna nakazał podpalić słomiany dach stojącej obok stodoły, aby w ten sposób zmusić Żurka do wyjścia na zewnątrz. „Pogromca” wyskoczył oknem, ale został trafiony w głowę przez ukrytego w stogu siana milicjanta Czesława Nowaka. Żurek bronił się nadal, jednak kolejne strzały oddane przez milicjanta Heliodora Urbana obezwładniły go. Ciężko ranny Żurek zmarł w gnieźnieńskim szpitalu. Na miejsce zdarzenia przybyło Wojsko Polskie z Gniezna, które nakazało Kruszynie przetransportowanie ludzi Żurka do... Gniezna wbrew jego oporowi, co dowodzi o rywalizacji urzędów bezpieczeństwa z Gniezna i Wągrowca i braku między nimi współpracy - ocenia historyk Maciej Kamiński.
Wyrok śmierci wykonano na nim 8 stycznia 1947 r. Wcześniej podobny wyrok wydano na Bernarda Szudarskiego. PUBP krwawo rozprawiał się z przeciwnikami władzy ludowej.

NIE PODDALI SIĘ...
Po śmierci „Pogromcy” i aresztowaniu Grzeszczyka kierowanie zbrojną grupą przejął Izydor Felcyn. W połowie października doszło do masowych aresztowań jego ludzi, a inni zrezygnowali z konspiracyjnej działalności. W maju 1947 r. przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Poznaniu stanęli: Kazimiera Przyborska, Florian Rojtek, Kazimierz Meisner, Wacław Meisner, Jan Szymczak, Marian Piotrowiak, Walenty Woźniak, Karol Oelke, Alfons Kozłowski, Tadeusz Mikołajczak, Kazimierz Michalak, Kazimierz Włodarczyk i Feliks Burek. Otrzymali oni wyroki od 5 do 8 lat pozbawienia wolności (wyrok zapadał 17 maja 1947 r.).
W wyniku amnestii w 1947 r. ujawniło się 24. członków oddziału. Amnestię przedstawiono jako akt dobrej woli i łaski „zwycięzców” nad zwyciężonymi. Obietnic amnestyjnych nie dotrzymano...

PS. W opracowaniu wykorzystano: artykuł Macieja Kamińskiego „Pomiędzy podziemiem a prowokacją”, Rocznik Nadnotecki T. XXIX/98, monografię Rafała Leśkiewicza „Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu (1946-1955)”, Instytut Pamięci Narodowej Warszawa-Poznań 2009, pracę Waldemara Handke „Wielkopolscy żołnierze wyklęci polegli w  walce z komuną”, Leszno 2013, artykuł Agnieszki Łuczak „Podziemie niepodległościowe w Wielkopolsce w latach 1945-1956”, Biuletyn IPN nr 5-6/2011.

 

Krzyżowiec z Pałuk

Bitwa pomiędzy wojskami krzyżowymi i muzułmańskimi w Ziemi Świętej (ilustracja średniowieczna).

NASZE ŚREDNIOWIECZE (5)

W 1216 roku w murach klasztoru w Łeknie możny rycerz Świętosław z rodu Pałuków podyktował cysterskiemu skrybie treść swojego testamentu. Zaznaczył w nim, by pewną kwotę pieniędzy przesłać do Ziemi Świętej, nawsparcie podupadających państw krzyżowych. Wiele wskazuje na to, że sam również podjął decyzję o udziale w przygotowywanej wówczas V wyprawie krzyżowej...

W średniowiecznych zapiskach niewiele zachowało się informacji dotyczących działalności polskiego rycerstwa na początku XIII w. Umiejętność pisania była w tych czasach ekskluzywną rzadkością, a te dokumenty, które powstawały, nieczęsto miały szansę przetrwać do naszych czasów. Szczęśliwie dla nas w skryptorium cystersów łekneńsko-wągrowieckich skrupulatnie przepisywano stare, nadgryzione zębem czasu pergaminy - szczególnie te, których treść dotyczyła darowizn na rzecz klasztoru. Wśród nich znalazł się testament Świętosława z 1216 r. Okoliczności jego wystawienia nie przedstawiają się jasno...

KRUCJATY I CYSTERSI
Podejmowane od końca XI wieku wyprawy krzyżowe do Ziemi Świętej miały na celu zdobycie przez europejskie rycerstwo panowania nad Jerozolimą i miejscami znanymi z relacji biblijnych. Krucjaty inicjowane były przez papiestwo, które zmierzało do skierowania wysiłku militarnego europejskich królestw przeciwko państwom muzułmańskim, co w efekcie miało przyczynić się do redukcji konfliktów rozdzierających wewnętrznie świat chrześcijański. Udział polskiego rycerstwa we wczesnej fazie tych przedsięwzięć był niewielki. Jednak już w XII wieku do Ziemi Świętej wyprawił się m.in. syn Bolesława Krzywoustego (Henryk Sandomierski), a także przedstawiciele miejscowego rycerstwa (np. Jaksa z Kopanicy). Przenikanie idei krucjatowych na ziemie polskie było w znacznym stopniu związane z działalnością cystersów, którzy angażowali się m.in. w finansowe wsparcie wypraw. Ponadto głównym inicjatorem i ideologiem II wyprawy krzyżowej był Bernard z Clervaux – budowniczy potęgi zakonu. W jego czasach zainicjowano też proces fundacji pierwszych klasztorów cysterskich na ziemiach polskich – w tym opactwa łekneńskiego. Nie dziwi więc, że idea walki za wiarę stała się wkrótce bliska sercom pałuckiego rycerstwa.


„LOGISTYKA” V KRUCJATY
W 1213 roku papież Innocenty III obwieścił potrzebę zorganizowania V wyprawy krzyżowej, idącej ze wsparciem dla państw krzyżowych dogorywających w Ziemi Świętej. Dwa lata później ogłoszono podstawowe jej założenia, przy czym znacznie zmodyfikowano sposób finansowania krucjaty i werbunku krzyżowców. Obok zasad znanych z praktyki dwunastowiecznych wypraw krzyżowych (odpuszczenie grzechów, ochrona dóbr, zawieszenie długów), odpust częściowy miał przysługiwać osobom wspierającym przedsięwzięcie materialnie, przy czym zakres odpuszczenia grzechów miał zależeć od wartości darowizny. Odpowiednie pisma na ten temat zostały rozesłane m.in. do klasztorów cysterskich. Z tym faktem można wiązać powstanie testamentu Świętosława z rodu Pałuków, spisanego w klasztorze łekneńskim w 1216 roku, bowiem na mocy tego zapisu rycerz ofiarował na wsparcie Ziemi Świętej część swojej fortuny.


TESTAMENT ŚWIĘTOSŁAWA
W 1215 roku, gdy przygotowania krucjatowe nabierały szybszego tempa, wielu europejskich władców zadeklarowało swój udział w wyprawie. Wieści te dotarły wkrótce do Polski i pod wpływem emocji wywołanych zapowiedzią „walki z niewiernymi” kilku książąt piastowskich natychmiast złożyło śluby krucjatowe. Za ich przykładem deklarację udziału w zamorskich walkach złożyli niektórzy rycerze. Może był wśród nich Świętosław Pałuka? Taka opinia wydaje się uzasadniona, skoro w kolejnym roku rycerz ogłasza – wspomniany już wyżej - testament i doprowadza do podziału całego posiadanego majątku. Były to znaczne dobra: Bracholin wraz z jeziorem oddał Świętosław cystersom z Łekna, Żabiczyn i Morakowo kazał sprzedać, a pozyskane pieniądze przeznaczyć na spłatę długów i wsparcie Ziemi Świętej. Stanowiącą jego własność część Łekna oraz Siedleczko i Białośliwie powierzył w dożywotnie użytkowanie swej małżonce, zaś Redgoszcz i wsie na Krajnie miały przypaść jego bratankom. Jest całkiem prawdopodobne, że powstanie testamentu było związane z planowaną przez Świętosława wyprawą wojenną do Ziemi Świętej. Możliwość powrotu z takiej eskapady stała pod dużym znakiem zapytania.

WYPRAWA
Główne miejsca koncentracji wojsk krucjatowych wyznaczył papież na 1 czerwca 1217 roku w Brindisi i Messynie. Stamtąd zbrojne oddziały miały odpłynąć na pokładzie statków do Palestyny. Polskie rycerstwo mogło wybrać inną drogę podróży do Lewantu, przyłączając się do wojsk zebranych pod sztandarem króla Węgier Andrzeja II. Wśród uczestników wyprawy wymieniany jest jednak tylko jeden polski książę (co do jego tożsamości historycy nie są zgodni). Pozostali władcy piastowscy nie byli skorzy do wypełnienia ślubów krucjatowych. Zobowiązanie zamorskiej wyprawy starali się zamienić na udział w walkach z poganami w Prusach. Dość oryginalne wyjaśnienie przedstawił papieżowi książę Leszek Biały, który wykluczył możliwość dalekiej podróży, gdyż w Palestynie nie mają ni piwa, ni miodu - a były to rzekomo jedyne trunki pozwalające utrzymać jego słabe zdrowie. Wycofanie się Piastów z podjętych zobowiązań nie oznaczało rezygnacji wszystkich rycerzy, którzy wcześniej ogłosili swój udział w wyprawie.
*
Być może Świętosław znalazł się u boku króla Andrzeja, gdy ten odprawiał dziękczynienie nad brzegiem jeziora Genezaret po szczęśliwym odnalezieniu kamiennej stągwi użytej podczas godów w Kanie Galilejskiej, lub później, gdy w jego ręce trafiła niezwykła relikwia - głowa św. Szczepana? A może kości pałuckiego rycerza zaległy w śniegach doliny Al-Bika, którą bezskutecznie starały się forsować węgierskie oddziały? Niestety, w źródłach historycznych brak wzmianek, które dałyby możliwość opisania faktycznych losów Świętosława. Postać ta może jedynie inspirować literacką fikcję.

Przeczytaj również - Nasze średniowiecze:

(4) Miasto cystersów

(6) Mnich Filip - męczennik z Łekna

Niepozorny, ale dumny zamek

Archeolodzy dr Artur Różański (z lewej) i mgr Tomasz Olszacki przez trzy sezony prowadzili badania archeologiczno-architektoniczne na zamku w Gołańczy. Fot. Rafał Różak

Archeolodzy dr ARTUR RÓŻAŃSKI i mgr TOMASZ OLSZACKI rzucają nowe, świeże spojrzenie na historię zamku w Gołańczy.

Tuż przed świętami w Sali Kinowej Gołanieckiego Ośrodka Kultury odbyło się spotkanie promujące książkę autorstwa dr. Artura Różańskiego i mgr. Tomasza Olszackiego „Zamek w Gołańczy – Dzieje i architektura od połowy XIV po schyłek XVIII stulecia”.
Jest to pierwsza część monograficznego opracowania gołanieckiego zamku, porządkująca jego mało dotąd znaną historię. Autorzy dokonali powtórnej analizy dokumentów źródłowych, przybliżyli wcześniejsze prace badawcze, jakie miały miejsce przed 2009 r. oraz zajęli się analizą architektoniczną i dziejami zamku od jego wzniesienia, czyli połowy XIV wieku, do czasów współczesnych. W drugiej części przyjdzie jeszcze czas na opracowanie zabytków pochodzących z badań archeologicznych z lat 2009, 2010 i 2014. Autorzy mają nadzieję, że znajdą się pieniądze na drugi tom i uda się go wydać już w przyszłym roku.

Tomasz Olszacki i Artur Różański „Zamek w Gołańczy - Dzieje i architektura od połowy XIV po schyłek XVIII stulecia". Wydawca: Gołaniecki Ośrodek Kultury, Biblioteka Publiczna, Regionalna Izba Tradycji.  Gołańcz 2015. Fot. Rafał Różak

WYJĄTKOWY OBIEKT
- Pełne dwutomowe dzieło, opracowanie monograficzne gołanieckiego zamku, jego dziejów, architektury i archeologii, będzie komplementarne i wyjątkowe w nauce - przyznał T. Olszacki, dodając: Nie chodzi bynajmniej, o wyjątkowych autorów, ale wyjątkowy obiekt dający takie szanse.
I choć obiekt jest faktycznie wyjątkowy, o czym się za chwilę przekonamy, to mimo skromności autora w ocenie własnej osoby nie sposób nie docenić wielkiej pracy, jaką wykonali obaj archeolodzy, przybliżając nam piękną historię gołanieckiego zamku, tworząc zarazem realną bazę do przyszłych działań rewitalizacyjnych w jego przestrzeni.

OGÓLNOPOLSKA RANGA
Jak się okazuje, ten dość niepozorny w skali obiekt należy jednocześnie do najstarszych budowli świeckich na terenie całego Niżu Polskiego. A jeśli odjąć romańskie i gotyckie budowle sakralne, to nie ma starszego obiektu zachowanego w pełni kubaturowo w Wielkopolsce. Inne przetrwały jedynie w fundamentach lub w jakichś skromnych reliktach. Natomiast w Gołańczy właściwie cała struktura ścian pochodzi z ok. trzeciej ćwierci XIV wieku.
Zamek ten na przestrzeni lat ulegał pewnym przekształceniom: wybito okna i kominek w nowożytności, postawiono nową ścianę, ale to wszystko są uzupełnienia, które nadal pozostawiają ten obiekt w pełni czytelnym. I jak twierdzi Tomasz Olszacki: - Po niewielkich uzupełnieniach i wprowadzeniu elementów współczesnej infrastruktury można przywrócić mu dawną świetność z uszanowaniem przemian, którym poddawany był w późniejszych okresach.
Archeolog życzył także Gołańczy, aby zamek zaistniał w ruchu turystycznym i stał się obiektem ogólnopolskiej rangi, dając unikalną szansę zapoznania się ze standardami życia człowieka w wieku XIV, XV i XVI.

 

KTO ZBUDOWAŁ ZAMEK?
Badania archeologiczne, wsparte analizą dendrochronologiczną i analizą porównawczą architektoniczną, wykazują, że zamek powstał w horyzoncie ok. połowy trzeciej ćwierci XIV wieku
- Wydaje nam się, choć zawsze pozostanie to w pewnej sferze hipotez, że jego najbardziej prawdopodobnym fundatorem powinien być najwybitniejszy z lokalnych Pałuków, czyli biskup włocławski Maciej z Gołańczy. Osoba, która bywała w Europie, polityk, wielki dostojnik Kościoła i osoba znana również z fundacji architektonicznych nie tylko sakralnych, ale również świeckich w dobrach Kościoła – utrzymują archeolodzy.
W tym przypadku mielibyśmy jednak do czynienia z ruchem inwestycyjnym nie związanym z dobrami kościelnymi, ale z ufundowaniem obiektu w siedzibie rodowej. Co zresztą bardzo często zdarzało się polskim biskupom. Autorzy wspominają m.in. kard. Zbigniewa Oleśnickiego, który wzniósł wspaniały zamek w Pińczowie, Władysława Oporowskiego czy Wojciecha Jastrzębca, wystawiającego zamek dla swoich nepotów.
Co prawda jako budowniczego zamku nie można wykluczyć osoby Tomisława z Gołańczy, bratanka biskupa Macieja, ale jak przyznają autorzy, ze względu na pewne fakty archeologiczne, jak i na różnicę horyzontów postaci, raczej skłonni są oni wiązać powstanie obiektu z latami wcześniejszymi.

DWÓCH BUDOWNICZYCH?

Dzięki analizie pomiaru cegieł udało się jednak ustalić, że występuje zdecydowana różnica między dolną i górną częścią zamku, choć nie ma wątpliwości, że pierwotnie obiekt planowany był w takiej postaci, jak widzimy go obecnie.

W pewnym okresie nastąpiła przerwa w realizacji inwestycji. Być może należy łączyć ją z pożarem, na którego ślady natknęli się archeolodzy w warstwie budowlanej, a może spowodowana ona była śmiercią biskupa Macieja w 1368 r.
W wyższej części budowli pojawia się masowo również sztuczny kamień, który miał walory dzisiejszego gipsu i z niego wypalany był szereg elementów: misy, wsporniki i inne elementy wykończeniowe.
- Jest to element bardzo dystynktywny i czuły chronologicznie w Wielkopolsce. Pojawia się wraz z warsztatem katedry gnieźnieńskiej w latach 70-80 wieku XIV i dość szybko zanika, co może pokazywać nam moment startowy dla wyższych kondygnacji. Dlatego skłonni bylibyśmy łączyć dolną część budowli z biskupem Maciejem, wyższą natomiast z Tomisławem, który umiera w latach osiemdziesiątych XIV w. i wtedy by się nam to w aspekcie stylistycznym i archeologicznym zgrywało – podsumowuje Tomasz Olszacki.

NAJSTARSZY PISUAR W POLSCE

Autorzy zwracają również uwagę na czwartą kondygnację zamku i istniejący tam węzeł sanitarny z misami wyrobionymi w sztucznym kamieniu. Wnęki usytuowane są na różnych wysokościach i nie ma wątpliwości, że jedną należy traktować jako lavabo (umywalkę), a drugą łączyć z pisuarem. Ten drugi element często znaleźć można na zamkach czeskich i francuskich, ale w Polsce w zasadzie tylko wieża książęca w Siedlęcinie na Dolnym Śląsku ma element architektoniczny łączony z pisuarem. Wszystko wskazuje zatem na to, że najstarszy pisuar w Polsce można też oglądać, dzięki tej skali zachowania obiektu, na wieży gołanieckiej.

ANALIZA ŹRÓDEŁ

Oprócz badań archeologicznych i architektonicznych autorzy przeanalizowali także bardzo dużo dokumentów źródłowych. A ponowna ich lektura pozwoliła spojrzeć na wiele spraw w inny sposób. Dzięki dokumentowi z 1450 r., potwierdzającemu podział dóbr pomiędzy Michałem a Andrzejem Gołanieckimi, (ostatnimi męskimi przedstawicielami Pałuków z Gołańczy, którzy dzielą nie dzielony wcześniej majątek), dochodzi do niemalże inwentarzowego opisu włości. Z dokumentu tego i przy pomocy zdjęcia z geoportalu wyrysować można miejsce, gdzie w średniowieczu istniała wieś Gołańcz (ulokowana była na odcinku między Rynkiem a kościołem pobernardyńskim). Opisana jest wieża mieszkalna, teren zwany przygródkiem, browar zamkowy, stary dom, droga biegnąca na zamek, stary dwór (prawdopodobnie obiekt poprzedzający powstanie zamku), sad, ogród i folwark, czyli cały wachlarz włości.
Z kolei inwentarz z 1723 r. pozwala wejść w obszar samej Gołańczy. Oprócz zamku i zespołu przy zamkowego z browarem, sadem, ogrodami i folwarkiem, wspomniany został szpital, który funkcjonował w XVI i XVII w. nad stawem za obecnym budynkiem GOK-u, stara karczma, obszar dawnego kościoła pw. św. Wawrzyńca, kuźnia przy kościele, domostwa Polaków i Żydów oraz droga biegnąca na zamek.

KONFABULACJE SZWEDZKIEGO KRONIKARZA
Na koniec autorzy nie mogli pominąć sensacyjnego tematu: odnalezionej podczas badań na dziedzińcu zamkowym mogiły kryjącej szczątki poległych i pomordowanych w czasie zajść z 1656 r. Temat ten opisywaliśmy już szerzej na naszych łamach, wspomnijmy zatem tylko, że autorom udało się precyzyjnie ustalić datę oblężenia zamku przez Szwedów i wymordowania jego obrońców na 3 maja 1656 r. Samuel Pufendorf, szwedzki kronikarz, pisał, że zdobycie zamku nastąpiło 23 kwietnia, ale posługiwał się kalendarzem juliańskim. Różnica w liczeniu obejmowała 10 dni, zatem według polskiego kalendarza do starcia doszło 3 maja, co potwierdzają także spisane zeznania chłopów gołanieckich Szymona Picuły i Marcina Wołka. Zeznali oni bowiem, że do walki doszło w dzień Świętego Krzyża nalezienia, czyli 3 maja.
Jak informują autorzy, wspomniany Pufendorf chciał także upiększyć postępowanie swoich mocodawców podczas brutalnego zajęcia zamku i pisząc, jak to najwyższy dowódca straży Bulovius łaskawie opieką otoczył kobiety z zamku, posunął się do pewnych konfabulacji. Wiemy bowiem, że w mogile z dziedzińca zamkowego, którą przebadali archeolodzy, zidentyfikowano 25 szkieletów, a wśród nich 9 nie należących do mężczyzn. Z czego 6 należących na pewno do kobiet i 3 szkielety osobników młodocianych, w tym dziecko w wieku 4-6 lat. Kobiety mają po trzy rany zadane ostrym narzędziem, rany cięte głowy i przestrzelone kości. Także wbrew temu, o czym informował nas kronikarz Pufendorf, obraz potraktowania gołańczanek, które znajdowały się wówczas na zamku, był nieco inny.
W gronie tych 25. osób, których nigdy nie ekshumowano, ponieważ nie wiedziano o istnieniu mogiły, prawdopodobnie znajdują się szczątki dwóch braci Smoguleckich, Pawła Wawrzyńca i Adama Jacka, a być może także ich siostry.

UCZCIĆ GODNIE
- W tym roku 3 maja mija okrągła 360 rocznica tragicznych wydarzeń w Gołańczy, więc może będzie okazja, aby po latach poniewierki i zapomnienia godnie i w należyty sposób pochować dzielnych obrońców Gołańczy? – pytał T. Olszacki, sugerując jednocześnie, że najlepszym do tego miejscem byłby teren przy kościele pobernardyńskim.
W sposób niezwykły domyka się tutaj pewna historia. Kiedyś szukano tych zmarłych i nigdy ich nie odnaleziono, ale w końcu są i może przy okazji uda się miastu wyasygnować środki na badania DNA, aby potwierdzić, że wśród poległych są również Smoguleccy. Rodzina bardzo zasłużona dla Gołańczy, fundująca wiele wspaniałych dzieł, w tym m.in. sam klasztor bernardyński.

Przeczytaj również:

Bracia z mogiły

 

Potężna cysterska świątynia

FOT. Rafał Różak

W średniowieczu, podobnie jak obecnie, nad Wągrowcem górowały budynki zespołu klasztornego, którego budowę nadzorowali cystersi. Kościół jak i zabudowania klasztorne wyglądały jednak inaczej, co odkrywają archeolodzy.

Pieniądze na tegoroczne badania, które trwały od sierpnia do listopada, przeznaczył Wojewódzki Urząd Ochrony Zabytków, a ich realizacją z ramienia Muzeum Regionalnego w Wągrowcu kierował archeolog Marcin Krzepkowski.
Celem prac było w jak największym stopniu rozpoznanie pierwotnego, gotyckiego założenia klasztornego.
Przypomnijmy, że w drugiej połowie XVII w., za czasów opata Jana Chryzostoma Gnińskiego (1669-1715) i pod czujnym okiem architekta Giorgio Catenazziego, dokonano barokizacji gotyckiego kościoła i klasztoru. Największe zmiany poczyniono jednak po pożarze z 1747 r., który strawił cały obiekt, łącznie z bardzo bogatymi zbiorami archiwaliów. W drugiej połowie XVIII wieku wągrowiecki zespół klasztorny odbudowano bowiem w stylu późnobarokowym.

Do sukcesów tegorocznych badań archeologicznych zaliczyć można niewątpliwie uchwycenie narożnika zabudowań klasztornych z XVI w. FOT. Rafał Różak

Fot. Rafał Różak

FRATERNIA MNICHÓW
Archeolodzy wykonali w tym roku łącznie 10 wykopów. Rozpoczęli od pomieszczeń wewnątrz klasztoru, gdzie w skrzydle wschodnim udało się im uchwycić narożnik szesnastowiecznych zabudowań klasztornych zbudowanych za czasów opata Mikołaja II zwanego Bimontanusem (1501-1528).
- W zasadzie przed badaniami nic nie wiedzieliśmy na temat zarysu i rozplanowania klasztoru w średniowieczu. Teraz mamy jeden z narożników, więc w powiązaniu z wynikami badań ubiegłorocznych jesteśmy w stanie w jakimś stopniu rekonstruować bryłę zabudowań – twierdzi Marcin Krzepkowski.
W miejscu gdzie odkryto narożnik natrafiono także na warstwę XV-wiecznego bruku, a archeolodzy przypuszczają, że była tutaj fraternia mnichów, czyli pomieszczenie służące do ich pracy.

Fot. Rafał Różak

TRUMNY POD POSADZKĄ
Drugi wykop we wnętrzu wykonano w narożniku północno-wschodnim klasztoru, gdzie jeszcze niedawno odbywały się katechezy. Natomiast przed pożarem z 1747 r. znajdowała się tutaj nawa boczna kościoła.
W pomieszczeniu tym po usunięciu gruzu odsłonięto dobrze zachowaną posadzkę nawy z przełomu XVII i XVIII w., wykonaną z płytek ceramicznych o wymiarach 20x20 cm. Była ona mocno pofalowana i pozapadana, gdyż pod spodem znajdowały się duże ilości pochówków.
- Natrafiliśmy tutaj na dobrze zachowane groby i trumny drewniane. Zmarłych grzebano bez wyposażenia, natomiast ciekawym zwyczajem, na zasadzie jakiejś dewocji, było okładanie ich głów fragmentami płytek posadzkowych czy cegieł, zapewne aby skierować je w kierunku ołtarza – wyjaśnia M. Krzepkowski.
Obok pochówków osób dorosłych natrafiono także na dziecięce, co świadczyć może, że w miejscu tym chowani byli cywile – dobroczyńcy klasztoru.
Pod posadzką odnaleziono również fragment XVI-wiecznego, emaliowanego i złoconego pucharu szklanego, zdobionego ornamentem kasetonowym, wykonanym prawdopodobnie w jednym z warsztatów nadreńskich.
Padła również sugestia, aby w przypadku prac remontowo-adaptacyjnych tego pomieszczenia wyeksponować tutaj zachowaną partię ściany transeptu, posadzkę kościoła z przełomu XVII i XVIII w., a z czasem być może także zabytki pozyskane w czasie prac wykopaliskowych prowadzonych w klasztorze. Należą do nich m.in. okucia ksiąg liturgicznych, monety, XVII-wieczne ołowiane plomby handlowe, dzwonek, fragment manierki pielgrzymiej czy rysiki do pisania po tabliczkach.

Fot. Rafał Różak

KLASZTORNY ŚMIETNIK
W jednym z wykopów założonych na zewnątrz natrafiono także na warstwę dużej ilości kafli XVI-wiecznych, naczynia z XVI i XVII w., sporo kości zwierzęcych i kilkanaście monet: denary jagiellońskie z czasów Władysława Warneńczyka i Jana Olbrachta, monety szwedzkie Gustawa Adolfa, monety Zygmunta III i popularne boratynki Jana Kazimierza.
W miejscu wykopu prawdopodobnie znajdował się dawniej stok schodzący w kierunku rzeki, systematycznie zasypywany przez klasztorne śmieci.

Fot. Rafał Różak

PREZBITERIUM POD PARKINGIEM
Bardzo ważny wkop wykonano także na parkingu przyklasztornym znajdującym się od strony wschodniej. Poprzedziły go badania nieinwazyjne (elektrooporowe i georadarowe). Udało się bowiem uchwycić tutaj zakończenie wschodnie gotyckiego kościoła. Obecna świątynia kończy się na linii dawnego transeptu, więc wiadomo już, że przed przebudową kościół posiadał jeszcze prezbiterium o długości 17 m. Archeolodzy liczyli, że w jego centrum uda się odkryć pochówki znaczących opatów np. Mikołaja II czy pierwszego opata Polaka Andrzeja Gozdawy Dzierżanowskiego. Niestety, okazało się, że w miejscu tym na przełomie XIX i XX wieku i w połowie XX wieku prowadzono intensywne prace ziemne, które zniszczyły pierwotne nawarstwienia. Tak więc oprócz zadokumentowania korony fundamentu – stanowiącego zamknięcie prezbiterium - natrafiono jedynie na pochówki wtórne – skupiska kości należące co najmniej do kilku osób.

POTĘŻNA ŚWIĄTYNIA
Ostatni wykop założono od strony zachodniej, tuż przy wejściu do kościoła.
- Odsłonięty fundament różni się od XVIII-wiecznego, który rozpoznaliśmy po stronie północnej. Tamten był wiązany gliną, natomiast tutaj głazy wiązane są zaprawą wapienną i przypuszczamy, że jest to coś starszego niż XVIII w. - informuje M. Krzepkowski.
Archeolog nie jest jednak pewny, czy jest to fundament gotycki pierwotnego kościoła. W wykopie nie natrafiono na materiał zabytkowy: fragmenty ceramiki czy szkła, które mogłyby pomóc go datować.
- Jeżeli byśmy przyjęli, że jest to fundament gotycki, to musielibyśmy sobie wyobrazić, że stał tutaj w średniowieczu potężny kościół niemal 70-metrowej długości – dodał M. Krzepkowski.
Jak wiadomo, wielkość obiektów, które budowali cystersi, zależała od ich zasobności. Jeżeli więc faktycznie stała tutaj tak duża świątynia, mielibyśmy potwierdzenie, że wągrowiecki konwent był w tamtych czasach bardzo dobrze uposażony. Po pożarze z 1747 r. wągrowieccy mnisi nie widzieli już jednak potrzeby odbudowywania tak dużego obiektu lub po prostu nie było ich na to stać.
Aby na sto procent potwierdzić opisaną hipotezę archeolodzy musieliby zapewne wykonać jeszcze wykopy wewnątrz świątyni. Oprócz znanej już szerokości kościoła (ok. 23 m), znalibyśmy wówczas również jego długość. Na koniec warto dodać, że dzięki zachowanym na poddaszu górnym partiom dawnych filarów między nawami i częściowo łukom sklepienia będzie można w przyszłości zrekonstruować także jego wysokość.
- Są to dość skomplikowane obliczenia, ale trzeba będzie to zrobić, aby uchwycić proporcje między długością, szerokością i wysokością gotyckiej świątyni – kończy M. Krzepkowski.

 

 

 

Miasto cystersów

Kościół pw. św. Mikołaja w Tarnowie Pałuckim. Podstawowa bryła tego budynku zachowała się w formie niemal niezmienionej od XIV w. FOT. Rafał Różak

NASZE ŚREDNIOWIECZE (4)

Na obszarze dzisiejszego powiatu wągrowieckiego zakon cystersów posiadał rozległe włości. W XIV wieku było to kilkanaście wsi. Zakonnicy usiłowali uzupełnić swoje posiadłości o ośrodek handlowo-rzemieślniczy. Starania o własne miasto zakończyły się powodzeniem dopiero po trzeciej podjętej próbie...

W lipcu 1986 roku archeolodzy badający relikty klasztoru w Łeknie natrafili na grób, w którym zdeponowano męski szkielet. Komora grobowa została przygotowana pod posadzką prezbiterium, w pobliżu dawnego ołtarza głównego. Była to najbardziej uświęcona część świątyni, co wskazywało, że pogrzebana tutaj osoba miała duże znaczenie dla wspólnoty mnichów. Dalsze badania umożliwiły określenie jej tożsamości.

OPAT I KRÓL
Na podstawie specjalistycznych badań prof. Andrzej M. Wyrwa uznał, że w grobie najprawdopodobniej złożono szczątki opata Hermana. Łekneński opat należał do grona osób najbardziej zaufanych w otoczeniu Kazimierza Wielkiego, pełniąc funkcję królewskiego kapelana! Co ciekawe, obie te postacie – opat i król – przyczyniły się do podjęcia próby założenia miasta w Tarnowie Pałuckim. Dokument lokacyjny wprowadzający w Tarnowie prawo miejskie, został wystawiony przez Kazimierza Wielkiego w ostatnim roku jego panowania (1370  r.). Wkrótce zbudowano tutaj nowy kościół (ok. 1374 r.). Obie te daty wskazują, że proces organizacji ośrodka miejskiego rozciągnął się co najmniej na kilka lat. Budowa kościoła wyznacza zamknięcie jednego ze wstępnych etapów rozwoju nowego miasta.
Wkrótce jednak projekt dalszego rozwoju Tarnowa upadł. W żadnych ówczesnych zapiskach nie wyjaśniono przyczyn tego zdarzenia. Możemy się jednak domyślać, że w tym właśnie czasie doszło w pobliskim klasztorze cysterskim do katastrofy budowlanej (wiemy o niej dzięki ustaleniom archeologów). Zaistniałe okoliczności skłoniły cystersów do rozważenia możliwości przeniesienia swojej siedziby na nowe miejsce. Podjęcie takiej decyzji spowodowało, że dalsze inwestycje w Tarnowie utraciły swoją atrakcyjność. Miasto w tej miejscowości nie rozwinęło się i w późniejszym okresie Tarnowo zawsze uznawane było za wieś.

Na rycinie przedstawiono pracę dawnego cieśli. Podstawowym budulcem domostw w średniowiecznym Wągrowcu było drewno. MIASTO W GLĘBI LASU
Kilka lat po zamknięciu wstępnego etapu lokacji miejskiej w Tarnowie cystersi uzyskali możliwość przejęcia w naszej okolicy kolejnego miasta. Były to Skoki – dotychczasowa własność możnego rycerza Janusza, dziedzica Podlesia Kościelnego.
Zaprzyjaźniony z opatami łekneńskimi rycerz był osobą głęboko religijną (zbudował dwa kościoły: w rodzinnym Podlesiu oraz w Skokach). Pozwolenie na założenie miasta w Skokach wystawił dla niego w 1367 roku Kazimierz Wielki. Nazwę miasta zapożyczono od określenia istniejącej wcześniej w tym samym miejscu leśnej dąbrowy. Organizacja nowego ośrodka miejskiego zajęła sześć kolejnych lat i zakończyła się poświęceniem miejscowego kościoła. Świątynia otrzymała wezwanie św. Mikołaja. Zwróćmy uwagę, że mniej więcej w tym samym czasie postępowała budowa kościoła (pod takim samym wezwaniem!) w cysterskim Tarnowie Pałuckim. O ile jednak inwestycja w Tarnowie została przerwana, to Skoki w kolejnych latach mogły rozwijać się bez znaczniejszych przeszkód.

NIEZWYKŁY DAR JANUSZA Z PODLESIA 
W 1377 roku, a więc ledwie cztery lata po zamknięciu pierwszego etapu rozwoju miasta w Skokach, Janusz z Podlesia złożył opatowi łekneńskiemu Henrykowi propozycję, którą trudno byłoby odrzucić. Rycerz zaoferował przekazanie Skoków na wyłączną własność klasztoru. Jego decyzja, jak sam zaznaczył, wynikała z osobistej pobożności, a celem donacji było zbawienie dusz jego przodków oraz potomnych. Niestety, nie znamy dalszego przebiegu wypadków związanych z tą hojną darowizną. W każdym razie po śmierci Janusza wśród właścicieli Skoków wymieniano wyłącznie przedstawicieli rycerstwa, a dwieście lat później cysterski kronikarz zanotował, że „nie wiadomo, czy wspomniane miasto kiedykolwiek było w rękach klasztoru”. Możemy tutaj wziąć pod uwagę co najmniej dwie opcje: albo zapis z 1377 r. zawierający wolę rycerza w ogóle nie został zrealizowany, albo opat łekneński wkrótce po przejęciu Skoków odsprzedał miasto potomkom Janusza. Drugie rozwiązanie wydaje się całkiem prawdopodobne. Cystersi potrzebowali bowiem w tym czasie znacznej ilości srebra na realizację nowego pomysłu – na budowę „miasta na wągrodzie”.

MIASTO "NA WĄGRODZIE"
Choć zakonnicy nie utrzymali Skoków, to zwrócili uwagę na czynnik stymulujący rozwój tego miasteczka. W latach 70. XIV wieku wzrosła bowiem ranga szlaku komunikacyjno-handlowego prowadzącego z Poznania w kierunku północnym, w stronę Kcyni i dalej na Pomorze. Na tej trasie powstały wówczas nowe, dynamicznie rozwijające się miasta: Goślina Kościelna (dziś: Murowana Goślina) i Skoki. Kolejnymi ośrodkami, które wkrótce „skorzystały” z takiego przebiegu szlaku, były Wągrowiec i Gołańcz.
Wągrowiec założono na naturalnej wyspie położonej w ramionach rzeki Wełny (południowe ramię nazywane jest dzisiaj Nielbą). W języku staropolskim słowo „wągroda” oznaczało „miejsce suche, otoczone mokradłami i rozlewiskami”. Zapewne od tego określenia przyjęto nazwę nowego miasta. W porównaniu z Tarnowem Pałuckim „miasto na wągrodzie” miało kilka ważnych atutów, np. położenie na szlaku komunikacyjnym (przy przeprawie przez Wełnę) i otoczenie rzekami (m.in. podnosiło to walor obronny i dawało możliwość budowy młynów). Wydaje się, że w obliczu lepszej perspektywy rozwoju zadecydowano o przeniesieniu całej inicjatywy lokacyjnej z Tarnowa do Wągrowca. Pierwsza pisana wzmianka o istniejącym już tutaj mieście pochodzi z grudnia 1381 r. Niejasne kwestie związane z początkami tego miasta będą jednak wymagały odrębnego omówienia w jednej z kolejnych części cyklu „Nasze średniowiecze”.

 

Przeczytaj również - Nasze średniowiecze:

(3) Książęcy dar

(5) Krzyżowiec z Pałuk

Listopad 1918 roku w Wągrowcu

Pomnik cesarza niemieckiego Wilhelma I  w Wągrowcu (ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Wągrowcu).

W listopadzie 1918 r. do Wągrowca dotarły wieści o upadku państwa pruskiego i zakończeniu wojny światowej. W hotelu „Bristol”, stojącym przy wągrowieckim Rynku Polscy działacze planowali przejęcie władzy w mieście i w powiecie...

W Wągrowcu symbolem imperializmu prusko-niemieckiego był pomnik cesarza Wilhelma, stojący w pobliżu ówczesnego kościoła ewangelickiego (dziś jest to kościół pw. św. św. Piotra i Pawła przy ul. Cysterskiej). Gdy 9 listopada Wilhelm II został pozbawiony tronu, symbol ten utracił swoją aktualność. Mocarstwo dynastii Hohenzollernów przestało istnieć. Chaos panujący w całym państwie pogłębił się, gdy 11 listopada Niemcy podpisały układ rozejmowy w lesie Compiégne, kończący I wojnę światową. Niemal w całym kraju zapanowały nastroje rewolucyjne. Wszędzie tworzono rady robotniczo-żołnierskie, które przejmowały inicjatywę polityczną. Jeden z najaktywniejszych wągrowieckich działaczy tamtych czasów, Mieczysław Kajkowski, pisał we wspomnieniach: „Dnia 11 listopada 1918 r. po południu przeniosła się rewolucja do miasta Wągrówca”.

Hotel „Bristol” Mieczysława Kajkowskiego przy Rynku w Wągrowcu  (za: W. Purczyński, Swastyka nad miastem..., Wągrowiec 2014).

HOTEL "BRISTOL"
Mieczysław Kajkowski był właścicielem kamienicy stojącej przy Rynku. Na parterze był sklep kolonialny, piętro zajmował hotel „Bristol”. Co najmniej przez kilka miesięcy był to budynek, w którym koncentrowała się działalność strony polskiej, planującej przejęcie władzy w mieście i w powiecie. W tej właśnie kamienicy urządzono początkowo biuro werbunkowe dla żołnierzy powracających z wojny. W godzinach porannych 12 listopada zarejestrowano tutaj około 250 polskich żołnierzy. Tymczasem na Rynku zbierał się rosnący tłum, żądny wiarygodnych informacji o wydarzeniach ostatnich dni. Przed południem do zebranych na rynku ludzi przemówił Kazimierz Grabowski, ogłaszając nadejście nowych czasów i zapowiedział powstanie niepodległej Polski. Tłum przeniósł się następnie do kościoła farnego, gdzie odprawiono uroczyste dziękczynne nabożeństwo. Rymowaną relację z tego zdarzenia przedstawił kilkanaście lat później Stanisław Knach:

Odcisk pieczęci Rady Ludowej dla miasta Wągrówca z 1918 r. (ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Wągrowcu) INICJATYWA W REKACH RAD
W listopadzie 1918 r. sytuacja rozwijała się bardzo dynamicznie i to zarówno w skali ogólnoeuropejskiej, jak i lokalnej. W Wągrowcu powstało w tym czasie kilka organizacji, których głównych dążeniem było przygotowanie do pełnego przejęcia władzy po przyłączeniu tych terenów do niepodległej Rzeczypospolitej. Już 12 listopada działała tutaj rada żołniersko-robotnicza, która wzięła na siebie utrzymanie ładu i porządku. W jej skład weszło początkowo 12 Polaków i 6 Niemców, a na czele stanął Marian Chmielewski. Rewolucyjne hasła miały dla członków wągrowieckiej rady drugorzędne znaczenie wobec wiodącej idei niepodległościowej. Taki układ rzeczy spowodował, że w kolejnych tygodniach organizacja została całkowicie zmajoryzowana przez Polaków.
Odrębną organizacją była Tymczasowa Powiatowa Rada Ludowa. W jej skład wchodzili wyłącznie Polacy, przedstawiciele zamożniejszej części społeczeństwa. Jej zadaniem było przejąć funkcję jedynego przedstawiciela ludności polskiej. Powiatowa rada, początkowo działająca w konspiracji, ujawniła swoją działalność 16 listopada. Nastąpiło to po naradzie przeprowadzonej w hotelu „Bristol”. Tego samego dnia usunięto ze stanowiska landrata (starostę) dr. Karola Dürra, a na urząd tymczasowo wprowadzono Hilarego Ewert-Krzemieniewskiego. Burmistrz Wagrowca, dr Koss, pozostał wprawdzie na stanowisku, jednak dla utrzymania kontroli nad decyzjami powołano dla niego doradcę w osobie Mieczysława Kajkowskiego.

SZKOŁA I HARCERZE
W nurcie przemian politycznych prędko odnaleźli swoje miejsce polscy harcerze, którzy dotąd byli zmuszeni do działania w konspiracji. Symboliczne znaczenie miało przeprowadzenie na Rynku zbiórki, w której komendy wydawano w języku ojczystym. Harcerskie spotkanie zakończono demonstracyjnym odśpiewaniem „Roty”. Większość wągrowieckich skautów związana była z najznaczniejszą konspiracyjną organizacją uczniowską – Towarzystwem Tomasza Zana. „Zanowcy” doprowadzili do powołania w gimnazjum (dzisiejsze liceum przy ul. Klasztornej) Rady Uczniowskiej. Zgodnie z jej zarządzeniem polscy uczniowie przypięli do ubrań wizerunek Orła Białego. Doprowadziło to do ostrego konfliktu pomiędzy bracią uczniowską a niemiecką kadrą nauczycielską. W wągrowieckich szkołach wprowadzono język polski na lekcje religii, a ze ścian usunięto portrety pruskich władców.
* * *
W listopadzie nie doczekano rozstrzygnięcia kwestii przyszłej przynależności państwowej Wągrowca. Polscy działacze nie oczekiwali jednak na takie rozstrzygnięcie z założonymi rękami. Przygotowywali się na przyjęcie najtrudniejszego scenariusza – walki zbrojnej o przyłączenie Wielkopolski do niepodległej Rzeczypospolitej.

 

 

 

Książęcy dar

Podczas badań archeologicznych prowadzonych niedawno w Łęgowie zarejestrowano m.in. fragment cmentarza, który funkcjonował w bezpośrednim otoczeniu kościoła. FOT. TOMASZ PODZEREK

NASZE ŚREDNIOWIECZE (3)

Chrzciny rycerskiego potomka były w średniowieczu ważnym wydarzeniem. Jeśli rodzic oseska związany był z dworem książęcym, istniała szansa, że rolę ojca chrzestnego przyjmie sam władca. Tak stało się w przypadku Janka z rodu Zarembów i jego syna Sędziwoja. Przy okazji uroczystości chrzcielnych książę Bolesław Pobożny ofiarował Jankowi Łęgowo i szereg innych posiadłości.

„Łęgi są to błonia na nizinach, pastwiska, łąki nad rzekami” – wyjaśniał przed laty pochodzenie nazwy Łęgowo ksiądz Stanisław Kozierowski. Okoliczny krajobraz uległ w ciągu setek lat znacznym przeobrażeniom, jednak wciąż można tutaj napotkać podmokłe, nadjeziorne łąki. W przeszłości nie brakowało ich też na nadrzecznych terenach, objętych dziś zabudową Wągrowca. Zwróćmy uwagę, że w czasach, gdy Wielkopolską władali piastowscy książęta, miasto w Wągrowcu jeszcze nie istniało, a łąki rozpościerające się nad Wełną i Nielbą leżały w granicach Łęgowa. Była to znaczna posiadłość, skupiająca kilka rozsianych w okolicy pomniejszych osad.

KSIĄŻĘ I RYCERZE
Książę Bolesław Pobożny władał Wielkopolską w XIII wieku, w okresie wielkich przemian, gdy znacznie wzrosła liczba ludności, a w rolnictwie pojawiły się ulepszone techniki upraw. Powstawały kolejne miasta, w których istotnym novum było wprowadzenie zasad samorządności. Co jednak najistotniejsze, zwiększył się obieg monetarny. Pieniądz kruszcowy stawał się stopniowo najważniejszym środkiem płatniczym, wypierając handel wymienny. Książę nie musiał już, jak dawniej, pobierać daniny płaconej głównie w płodach natury. Teraz część świadczeń poddani uiszczali w pieniądzach. Postępujące zmiany w funkcjonowaniu państwa i gospodarki spowodowały, że rozległe książęce posiadłości nie były już dla władcy niezbędne. Bywało więc, że niektóre z nich przekazywał on w prywatne ręce wiernych mu rycerzy. Książę na tym niewiele tracił, a zyskiwał prestiż i uznanie. Szersze rzesze rycerstwa, widząc przykłady hojności, skłonne były uznać, że takiemu władcy warto służyć i wspierać go orężnie. Poza tym wzmocnione darowiznami rody rycerskie mogły udzielić księciu bardziej wydatnego wsparcia politycznego.

CHRZEST SĘDZIWOJA
Wśród rycerstwa, które dzięki ścisłym związkom z dworem książąt wielkopolskich zyskało na znaczeniu, należał ród Zarembów. W czasach Bolesława Pobożnego Zaremby należeli już do ścisłej elity politycznej. Jeden z nich – Janek - był wojewodą poznańskim i kaliskim. Stojąc blisko u boku księcia wyjednał, by władca został ojcem chrzestnym jego nowonarodzonego syna Sędziwoja. Bolesław Pobożny nie odmówił, a podczas uroczystości chrzcielnych oddał Jankowi w darze rozległe posiadłości. Było wśród nich m.in. Łęgowo. Przez kolejnych kilkadziesiąt lat wieś pozostawała własnością rodu Zarembów i to prawdopodobnie oni doprowadzili do fundacji tutaj kościoła parafialnego. Warto jeszcze nadmienić, że zapewne od imienia rycerza Janka wzięły nazwę dwie wielkopolskie miejscowości - Janów Młyn (dziś: Janowiec Wlkp.) oraz podwągrowieckie Jankowo (pierwotnie była to część wsi Łęgowo).

Odrys pieczęci księcia wielkopolskiego Bolesława Pobożnego z 1258 roku. SPRZEDAŻ ŁĘGOWA
Po śmierci Janka Łęgowo przeszło na własność jego syna Wojciecha, ten zaś przekazał ojcowiznę swojemu synowi Sędziwojowi. W czasach Sędziwoja minął już okres największej prosperity rodu. Zdaje się, że Sędziwój wpadł w jakieś trudności finansowe, gdyż postanowił Łęgowo sprzedać. Istnieje też możliwość, że uległ on namowom cystersów z klasztoru w Łeknie.... Klasztor dysponował bowiem dotąd zwartym terytorialnie kluczem dóbr, zlokalizowanym na północ od linii Wełny (m.in. Rgielsko, Straszewo, Durowo, Pokrzywnica), a dobrze zagospodarowane Łęgowo sąsiadowało z tym obszarem od południa. Do transakcji pomiędzy Sędziwojem i opatem łekneńskim doszło w 1319 roku. Ustalono, że całe Łęgowo wraz z jeziorem, warte jest czterdzieści grzywien srebra.

KOŚCÓŁ PW. ŚW. KATARZYNY
Wraz z zakupem Łęgowa, cystersi przejęli miejscowy kościół parafialny pod wezwaniem św. Katarzyny. Przez kolejne pół tysiąca lat jego proboszczami byli zakonnicy z klasztoru łekneńsko-wągrowieckiego. Dziś po budynku tej świątyni nie ma śladów na powierzchni ziemi – uległa ona spaleniu. Pierwszy odnotowany w źródłach pożar łęgowskiego kościoła miał miejsce w XVIII wieku, jednak wówczas prędko go odbudowano. Kolejny pożar wybuchł w październiku 1818 roku. Tym razem nie udało się doprowadzić do ponownej odbudowy. Cystersi nie byli już w stanie przeprowadzić takiej inwestycji. Wielkopolska była wówczas pod zaborem pruskim, a dobra klasztorne uległy konfiskacie – zabrakło więc środków finansowych. Zresztą, zakonnicy mieli w tym czasie poważniejszy problem, gdyż rząd pruski zamierzał ostatecznie zlikwidować klasztor w Wągrowcu. Gdy do tego doszło, utworzono nową parafię łęgowsko-tarnowską. Jej siedziba znajdowała się w zachodnim skrzydle opuszczonego klasztoru (w sąsiednich zabudowaniach poklasztornych urządzono m.in. więzienie!). Kościół klasztorny stał się wtedy główną świątynią nowoutworzonej parafii, zwanej poklasztorną.

Więcej na temat kościoła w Łęgowie w artykule: M. Moeglich, J. Paluch „Z dziejów kościoła i parafii pw. św. Katarzyny w Łęgowie”, opublikowanym w II tomie rocznika Muzeum Regionalnego „Wangrovieciana. Studia et Fontes”, Wągrowiec 2014.

 

Przeczytaj również - Nasze średniowiecze:

(2) Feralna pożyczka Sławnika z rodu Pałuków

(4) Miasto cystersów

 

Wągrowieckie Szare Szeregi

Otoczenie grobowca rodziny Kegel w Durowie przed uporządkowaniem (ok. połowy XX w., ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Wągrowcu).

W ostatnim tygodniu września 1939 roku, w obliczu klęski w wojnie obronnej, podjęto decyzję o kontynuowaniu walki z okupantami w warunkach konspiracyjnych. W tym celu 27 września powołano do istnienia Służbę Zwycięstwu Polski (późniejsza Armia Krajowa) – zalążek Polskiego Państwa Podziemnego. Utworzono też konspiracyjną organizację harcerską, dla której wkrótce przyjęto kryptonim „Szare Szeregi”.

Tymczasem w Wągrowcu już od trzech tygodni eskalował terror okupacyjny. Nastąpiły masowe aresztowania. Głównym wyznacznikiem działań podejmowanych przez nazistów było zduszenie wśród Polaków woli walki i oporu. Pomimo zastosowania brutalnych metod, hitlerowcy nigdy nie osiągnęli tego celu. Na naszym terenie w znacznej mierze było to zasługą wągrowieckich „Szarych Szeregów”.

Feliks Tylman w swoim zakładzie ślusarskim przy ul. Piaskowej w Wągrowcu (fotografia sprzed września 1939 r., w zbiorach Muzeum Regionalnego w Wągrowcu).

PRZYGOTOWANIA
Feliks Tylman, przedwojenny drużynowy V Żeglarskiej Drużyny Harcerskiej im. króla Władysława IV, był we wrześniu 1939 roku żołnierzem Batalionu Obrony Narodowej „Wągrowiec”. Do rodzinnego miasta powrócił w październiku 1939 roku, po wcześniejszej ucieczce z obozu jenieckiego. Na miejscu zręcznie unikał aresztowania. Do pracy konspiracyjnej był przygotowany lepiej niż ktokolwiek inny w Wągrowcu, o czym świadczą słowa zapisane po latach przez jego bliską znajomą Sabinę Wesołą: „…bardzo krótko przed wkroczeniem Niemców do Wielkopolski, Feliks Tylman przyszedł mnie odwiedzić i poszliśmy na spacer, aby w spokoju porozmawiać. Mówił mi, że pewnie będzie wojna i mogą Niemcy zająć Wielkopolskę i że trzeba być na wszelką ewentualność przygotowanym”. W dalszej części wspomnień Sabina Wesoła pisała, że „…ja już wiedziałam przed rokiem 1940, że Feliks jest działaczem ruchu oporu na terenie Wągrowca, a innych członków poznałam przy zaprzysiężeniu w lesie durowskim”. W podobnym tonie wypowiadał się Stefan Barański, uczestnik Bitwy nad Bzurą, który do Wągrowca wrócił pod koniec października 1939 r.: „Z Feliksem Tylmanem b. drużynowym i założycielem naszej V Żeglarskiej Drużyny Harcerskiej w Wągrowcu spotkałem się na początku 1940 roku. Gdy byliśmy w głębi lasu po drugiej stronie jeziora durowskiego, wyciągnął ukryty za pazuchą pistolet typu ‘Walter’ i mówił, że broń taka będzie nam potrzebna do walki przeciwko Niemcom, gdyż sądził że wojna nie będzie długo trwała i Niemców wyrzucimy.”

Bolesław Belter i Edmund Koczorowski, członkowie wągrowieckich Szarych Szeregów, aresztowani przez gestapo w 1944 roku (ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Wągrowcu).

UL PRZEMYSŁAW
Ramy organizacyjne harcerskiego ruchu oporu obejmującego m.in. Gniezno i Wągrowiec kształtowały się co najmniej od listopada 1939 r. Wielkopolski okręg oznaczono kryptonimem „Ul Przemysław”. Nadanie takiej nazwy wynikało z porównania działalności harcerzy do wytrwałej pracy pszczół, dlatego Główną Kwaterę obdarzono kryptonimem „pasieka”, przedwojenne harcerskie chorągwie nazwano „ulami”, hufce „rojami”, drużyny „rodzinami”, a zastępy „pszczołami”.
Jednym z najbardziej zaangażowanych harcerzy „Ula Przemysław” był Ludwik Gruszka - kolega Tylmana, a zarazem dawny członek V Żeglarskiej Drużyny Harcerskiej. Przed wybuchem wojny Gruszka zamieszkał w Gnieźnie i tam skupiała się jego działalność antyhitlerowska. Pozostając w kontakcie z władzami polskiego podziemia harcerskiego organizował grupy konspiracyjne w kilku innych miastach wielkopolskich, m. in. w Wągrowcu. Wydaje się nie ulegać wątpliwości, że Gruszka i Tylman pozostawali z sobą w kontakcie i w jakimś stopniu współdziałali w tworzeniu wągrowieckich Szarych Szeregów.

ZAPRZYSIĘŻENIE W LESIE DUROWSKIM
Kluczowym momentem związanym z rozwinięciem działań konspiracyjnych w Wągrowcu była przysięga złożona w lesie durowskim, w pobliżu grobowca rodziny Kegel. Uczestnikami zaprzysiężenia była grupa przedwojennych harcerzy. Głównym inicjatorem tego tajnego spotkania, które odbyło się jesienią 1940 roku, był Feliks Tylman. Przy grobowcu w lesie durowskim stawiło się około dziesięciu osób. Bezpośredni uczestnik tego wydarzenia, Stefan Barański, wspominał po latach: „Na jesieni roku 1940 Tylman spotkał się z wybranymi i zaufanymi kilkoma harcerzami naszej drużyny, w lesie durowskim koło grobowca rodziny Keglów, gdzie po krótkim naświetleniu aktualnej wtedy sytuacji – wskazując na konieczność kontynuowania walki i oporu przeciwko okupantowi hitlerowskiemu, uroczyście nas zaprzysiągł, co odbyło się przez powtórzenie w całej grupie wypowiedzianej przez niego treści przyrzeczenia-przysiegi. Było nas tam wtedy około 10 osób”. Barański wskazał też zapamiętane przez siebie osoby uczestniczące w tym spotkaniu: Feliks Tylman, Kazimierz Wyrembek, Stefan Barański, Sabina Wesoła, Bolesław Belter, Stefan Liszewski, Wincenty Matuszczak, Florian Musielak, Stanisław Rybicki.

ZAKRES DZIAŁAŃ
Działalność konspiracyjna w Wągrowcu napotykała na wiele trudności i była bardziej ryzykowana niż w dużych miastach, takich jak np. Poznań czy Gniezno. Wągrowiec był stosunkowo niewielkim ośrodkiem, w którym trudno było prowadzić działania sabotażowe na większą skalę. Nie było tutaj wielkich fabryk zbrojeniowych, ani znaczniejszych zgrupowań wojska. Zadania harcerzy skupiały się więc w znacznej mierze na utrzymywaniu wśród ludności woli oporu. Kolportowano więc hasła nawołujące do opieszałości w wykonywaniu pracy dla Niemców (niemal wszystkie zakłady produkcyjne zostały w tym czasie skonfiskowane Polakom i przeszły w ręce właścicieli niemieckich). Prowadzono nasłuch radiowy w celu uzyskania wiarygodnych informacji z wojny. Ważną akcję przeprowadzono w Liceum przy ul. Klasztornej, gdzie ocalono część polskiego księgozbioru, przeznaczonego przez Niemców do zniszczenia. Z relacji Kazimierza Wyrembka wiemy też, że starano się zebrać informacje o ruchach wojsk niemieckich, określać jakość i ilość produkcji oraz stosowane represje wobec ludności polskiej. Prócz tego przeprowadzono akcje „małego sabotażu”. Odbywały się regularne zbiórki, podczas których omawiano bieżące sprawy, ale również prowadzono zajęcia szkoleniowe w zakresie metod walki (m.in. zasady posługiwania się bronią). Spotkania odbywały się w różnych miejscach, np. wśród rozlewisk za Jeziorem Łęgowskim, w zaroślach nad tzw. Księżym Kacerkiem lub w okolicznych lasach.

ZASTĘP MŁODZIKÓW
Jednym z członków wągrowieckiego podziemia harcerskiego z okresu okupacji był druh Wiktor Matczyński. Przysięgę konspiracyjną składał w lasach durowskich jako kilkunastoletni chłopak. Należał wówczas do pięcioosobowego zastępu młodzików. Do antyhitlerowskich działań został zaangażowany ze względu na wcześniejsze swoje związki z V Żeglarską Drużyną Harcerską, a szczególnie w oparciu o znajomość ze starszym od siebie kolegą Stanisławem Rybickim. Wiktor Matczyński wspomina tajne spotkania, szkolenia i swój udział w akcji „małego sabotażu”. Pełnił w niej rolę zwiadowcy-obserwatora i łącznika w okolicy ul. Rogozińskiej. Akcja polegała na rozrzuceniu metalowych kolców na trasie przemarszu wojsk niemieckich, które miały wziąć udział w agresji na Związek Radziecki.
Druh Matczyński uniknął aresztowań członków harcerskiego podziemia, do których doszło w Wągrowcu 8 sierpnia 1944 r. Kilka dni wcześniej, 1 sierpnia, został wysłany na przymusowe prace przy budowie umocnień obronnych.

ROZBICIE WĄGROWIECKIEJ KONSPIRACJI
Organizator wągrowieckich Szarych Szeregów, Feliks Tylman, pracując w poznańskiej firmie R. G. Motor, działał głównie na terenie stolicy Wielkopolski. Od stycznia 1941 r. był członkiem wywiadu Armii Krajowej i przekazywał centrali m.in. informacje dotyczące produkcji zbrojeniowej w różnych zakładach z obszaru Wielkopolski. Siatka szpiegowska do której należał została zdekonspirowana. Feliks Tylman wpadł w zasadzkę przygotowaną przez gestapo i zginął w trakcie próby aresztowania 29 kwietnia 1943 roku. Jego kolega Ludwik Gruszka był w tym czasie osadzony w więzieniu w Rawiczu. Stracono go przez powieszenie 27 października tego samego roku. Tragicznego losu nie uniknęli kolejni członkowie wągrowieckich Szarych Szeregów (znaczna ich część działała w tym czasie także w ramach organizacji Polska Niepodległa). W ramach zaplanowanej przez Niemców akcji „Apfelbach” przeprowadzono aresztowania członków polskiej konspiracji w Wielkopolsce. W Wągrowcu większość działaczy harcerskiego podziemia aresztowano 8 sierpnia 1944 roku. Po przesłuchaniach skierowano ich do obozów koncentracyjnych. Tylko nieliczni doczekali końca wojny.

Więcej na temat wągrowieckiej konspiracji w czasach II wojny światowej można przeczytać w książce dra Władysława Purczyńskiego „Swastyka nad miastem. Okupacyjne dzieje Wągrowca i losy mieszkańców ziemi wągrowieckiej 1939-1945”, wydanie II, Wągrowiec 2015.

 

 

Geniusz w murach gimnazjum

W Wągrowcu mieszkał nieco ponad cztery lata – od sierpnia 1884 do zimy 1889 roku. Potem jeszcze parokrotnie do naszego miasta wracał, ale były to już tylko wizyty odbywane przy okazji innych wydarzeń.

Te kilka lat spędzonych w murach Królewskiego Gimnazjum Klasycznego, a dzisiejszego I Liceum Ogólnokształcącego przy ulicy Klasztornej, ukształtowały go jednak na całe życie. Geniusz Stanisława Przybyszewskiego rodził się w grodzie nad Nielbą i Wełną.

NIESFORNY STACH
Stanisław Feliks Przybyszewski – urodzony 7 maja 1868 roku – był dwunastym synem nauczyciela Józefa Przybyszewskiego, drugim zaś potomkiem jego drugiej żony Doroty (z domu Grąbczewskiej). Liczna rodzina Józefa Przybyszewskiego mieszkała na Pałukach. On sam urodził się – w roku 1825 – w Wągrowcu. Ojciec Józefa, Michał Przybyszewski, był właścicielem trzystumorgowego gospodarstwa na przedmieściu miasta, przy drodze na Janowiec. Znajdujący się na jego terenie folwark, zwany przez mieszkańców popularnie „Ameryką”, był jedną z najchętniej odwiedzanych wągrowieckich posiadłości. Niestety, czteropokojowy dom został rozebrany przed 1935 rokiem, natomiast stojącą po sąsiedzku stodołę rozwalono jeszcze w 1928 roku. Przybyszewscy musieli być w mieście znani i szanowani, skoro Józef dostąpił zaszczytu poślubienia Eulalii Alberti, córki ówczesnego burmistrza Wągrowca.
Eulalia urodziła dziesięcioro dzieci, spośród których tylko czwórka dożyła wieku dorosłego; sama zmarła w czerwcu 1863 roku, mając zaledwie 40 lat, tuż po kolejnym porodzie. Po jej śmierci ojciec przyszłego pisarza zerwał kontakty z Pałukami i na dobre, jak się wtedy wydawało, zakorzenił na Kujawach. Pół roku po śmierci Eulalii – w październiku 1863 roku – ożenił się po raz drugi i spłodził czterech synów; Stanisław był drugim z kolei (jego starszy brat miał na imię Wacław, dwaj młodsi natomiast to, po dziadku, Michał i Leon).
Matka dbała nie tylko o rozwój intelektualny, ale także duchowy synów; to ona pierwsza uczyła małego Stasia grać na fortepianie, ona podsuwała mu ciekawe, jej zdaniem, książki do przeczytania. Niezbyt zadowolony z nadmiernej opieki matki nad dziećmi był jednak ojciec; przekonany o nazbyt pobłażliwym stosunku swej żony do synów, a już na pewno w stosunku do Stasia, Józef postanowił posłać go do gimnazjum w Toruniu. Tam Stach spędził ponad trzy lata (od kwietnia 1881 do sierpnia 1884 roku), zaliczając przy tym kolejne etapy nauki (kwintę, kwartę i pierwszą połowę tercji). Że nie uczył się najlepiej, to pewne; że mógł wpaść w złe towarzystwo – całkiem prawdopodobne. W każdym razie cierpliwość ojcowska wreszcie się skończyła. W głowie Józefa powstał pomysł przeniesienia syna do Wągrowca. Argumentów „za” było co najmniej kilka. Bliskość rodziny, która mogłaby mieć niesfornego krewnego cały czas na oku i – związane z prowincjonalnością miasteczka – przekonanie o mniejszej liczbie pokus, czyhających na dorastającego chłopca.

STANISŁAW PRZYBYSZEWSKI, "MOI WSPÓŁCZEŚNI":
Po kilkuletnim pobycie w Toruniu, Wągrowiec musiał wydać się młodemu i głodnemu świata Stachowi „dziurą”. Z jednej strony przeszkadzała mu na pewno poufałość ludzi, którzy – znając się doskonale – żyli jak w jednej wielkiej rodzinie, z drugiej jednak bardzo musiał mu odpowiadać fakt, że – jako nowy mieszkaniec – wzbudza duże zainteresowanie.
Jak na ówczesne warunki wągrowieckie, szesnastoletni Stach był ekscentrykiem. Jak sam wspominał w jednym z listów, przywiózł z sobą do Wągrowca ducha spiskowego: „(...) gorący udział brałem w pracy nad nauką języka polskiego, dziejów Polski i jej literatury, a przecież to na moim nędznym poddaszu odbywały się tajne uroczyste schadzki i obchody 3-go maja i 29-go listopada[tj. z okazji rocznic uchwalenia Konstytucji 3 Maja i wybuchu Powstania Listopadowego], a lada chwila groziło nam sromotne przepędzenie z wszystkich gimnazjów pruskich i proces o zdradę stanu”. I choć w słowach tych musi być sporo przesady, faktem jest, że wraz z pojawieniem się Przybyszewskiego w wągrowieckim gimnazjum powstał w tej szkole intelektualny zamęt.
Do Wągrowca Stach przeniósł się – a raczej został przez ojca przeniesiony – 18 sierpnia 1884 roku. Czekały go jeszcze ponad cztery lata nauki w gimnazjum (dokończyć bowiem musiał II połowę tercji oraz zaliczyć dwie sekundy i dwie primy). Z początku zamieszkał w należącej niegdyś do dziadka Michała, a wtedy już do jednego z przyrodnich braci ojca, „Ameryce”. Na krótko jednak; folwark nazbyt oddalony był od centrum Wągrowca, poza tym młodzianowi niezbyt odpowiadała kuratela krewnych. Przeniósł się więc do pensjonatu pań Degórskiej i Duszyńskiej (przy ul. Ks. Wujka 1), a następnie na poddasze należącego do pana Kąkolewskiego domu przy ul. Targowej 1, gdzie mieszkał najprawdopodobniej aż do ostatnich dni swego pobytu w Wągrowcu. Stać go było na mieszkanie, bowiem – począwszy od 1885 roku – otrzymywał stypendium finansowane przez poznańskie Towarzystwo im. Karola Marcinkowskiego (a trzeba jeszcze wiedzieć, że dodatkowo dorabiał sobie ucząc gry na pianinie). Mimo to, a może właśnie dlatego, ciągle narzekał na kłopoty finansowe. Ojciec po cichu podejrzewał Stacha, że sporą część pieniędzy wydaje on na pijaństwo. Niekoniecznie musiał się mylić...

MIŁOŚCI I CUDA
Wolne dni i święta spędzał głównie w gronie znajomych; sporo podróżował po regionie, korzystając z nader częstych zaproszeń swoich gimnazjalnych kolegów. Bywał w dworach ziemiańskich, gdzie dane mu było przeżywać pierwsze miłości. Boże Narodzenie 1884 roku spędził w Krobi (koło Gostynia) w rodzinie Franciszka Żmudzińskiego, dawnego kolegi swojego ojca z czasów szkolnych. Tam zakochał się w jednej z pięciu córek państwa Żmudzińskich, starszej od siebie o szesnaście lat Praksedzie, której bardzo chętnie „spowiadał” się ze swoich literackich fascynacji. W pełnych egzaltacji listach wylewał też żale na nauczycieli, którzy jakoby „uwzięli się (...), aby jak najwięcej człeka pracą wymęczyć” Do Praksedy przestał pisać w marcu 1886 roku, ponieważ w tym czasie był już zauroczony o sześć lat starszą od siebie Heleną, siostrą Władysława Sztylera – kolegi z wągrowieckiego gimnazjum, którą poznał w czasie świąt Bożego Narodzenia 1885 roku, jakie spędził w majątku Sztylerów w Dakowach Mokrych niedaleko Buku na południu Wielkopolski.
Helena prawdopodobnie pokpiwała sobie z uduchowionego młodzieńca, ciągnęła go za język i skłaniała do osobistych wynurzeń, co ten interpretował jako zainteresowanie kobiety jego osobą.
Nauka w Gimnazjum nie szła mu najlepiej; oceny miał raczej średnie i mierne, a z greki, matematyki i przyrody wręcz niedostateczne. Ratowała go dobra znajomość literatury polskiej, zdolności muzyczne i plastyczne oraz, rzecz wówczas nie bez znaczenia, płynność w posługiwaniu się językiem zaborcy. W 1885 roku zdobył rozgłos, kiedy okazało się, że setkę wykonanych przez niego rysunków, obrazujących wykopaliska archeologiczne prowadzone w powiecie wągrowieckim, wydrukowano w jednym z niemieckich czasopism naukowych. Nie da się tego jednak w żaden sposób porównać z sukcesem, jaki odniósł trzy lata później podczas koncertu, który odbył się – jesienią 1888 roku – w gimnazjalnej auli, a stanowił popis artystyczny uczniów starszych klas. W obecności miejskich notabli Stach grał Chopina i Liszta, a nawet – ośmielony ponoć aplauzem publiczności – własną kompozycję.
Koncert w auli rozniósł się echem po Wągrowcu. Notowania Przybyszewskiego-pianisty poszły zdecydowanie w górę, nic więc dziwnego, że wkrótce posypały się propozycje korepetycji. Z rekomendacji Seligsohnów trafił do, położonego w Rynku, domu żydowskiego kupca bławatnego Józefa Foerdera. Foerderowie (Józef i Paulina) mieli troje synów i pięć córek; Stach miał uczyć gry na fortepianie dwie najstarsze, Różę i Martę. Z czasem odwiedzał dom kupca niemal codziennie; często też „wypuszczał się” na długie spacery – wzdłuż rzeki lub nad jezioro – z obiema. Do ojca szybko doszło, że Marta sama przesiaduje na ławce, co bardzo go zaniepokoiło. Goj mógł uczyć jego córki, ale na pewno nie życzył sobie goja za zięcia. Stary Foerder był już nawet gotów do przeprowadzenia ze Stachem męskiej rozmowy, kiedy sytuacja rozwiązała się sama. Przybyszewski zdał maturę i wybył z Wągrowca. Egzaminy odbywały się w lutym, natomiast rozdanie świadectw miało miejsce 10 kwietnia 1889 roku.
Choć miał w gimnazjum bliskich kolegów (m.in. późniejszego poetę, pisarza i krytyka Kuriera Warszawskiego, Władysława Rabskiego), choć bardzo cenił sobie profesora Józefa Frenzla (nauczyciela greki i hebrajskiego), rozstał się z nimi bez żalu – jednego dnia. Z niezbyt imponującymi ocenami na świadectwie maturalnym ruszył w świat. Do Berlina, gdzie – z konieczności poniekąd (aby otrzymać stypendium polskiego Towarzystwa Pomocy Naukowej) – rozpoczął studia architektoniczne (które zresztą później porzucił na rzecz medycyny). Co parę miesięcy wracał jednak w rodzinne strony. Przebywał na przykład parę dni w Wągrowcu wiosną 1890 roku, spotykając się zresztą ponownie – niemal codziennie – z Różą Foerder.
W październiku tego roku zmarł, mając 55 lat, Józef Foerder; jego żona Paulina spakowała rzeczy i w lutym 1891 przeprowadziła się (a wraz z nią także Marta) do Berlina. Wkrótce potem do matki i siostry dołączyła Róża, ale zrodzonemu w Wągrowcu uczuciu nie dane było rozkwitnąć w stolicy Cesarstwa Niemieckiego. Po prostu, w stolicy Rzeszy Róża związała się z innym, malarzem Franciszkiem Flaumem; jej miejsce u boku Stacha zajęła natomiast młodsza siostra.
Ale to już temat na inną historię.

 

Wągrowiec w sierpniu 1939 roku

Antoni Łukowski sprzedaje lody na wągrowieckim Rynku, lato 1938 r. (ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Wągrowcu).

Sierpień 1939 roku był wyjątkowo upalny. Kończyły się niezwykle urodzajne żniwa. W wągrowieckiej codzienności często pojawiali się żołnierze, od kilku miesięcy stacjonujący w tej okolicy. W miejscowych hotelach i lokalach regularnie odbywały się dancingi, a na stadionie zorganizowano kilka dużych imprez z udziałem wojska. Mieszkańcy narzekali na nocne burdy i kradzieże...

Przez cały miesiąc na pierwszych stronach gazet umieszczano treści dotyczące rosnącego napięcia politycznego i oceny potencjału militarnego poszczególnych państw. Na dalszych stronach lokalnej prasy publikowano „informacje miejscowe”. Z ich lektury wynika, że życie miasta toczyło się własnym rytmem.

Karciana rozgrywka w plenerze – fotografia z wągrowieckiego albumu, okres międzywojenny (ze zbiorów Muzeum Regionalnego w Wągrowcu).

WOJSKO „DO TAŃCA I DO RÓŻAŃCA”
Żołnierze 37 łęczyckiego pułku piechoty z miesiąca na miesiąc zyskiwali sympatię miejscowej ludności. W sierpniu 1939 r. jeden z mieszkańców pisał w lokalnej gazecie: „Zżylismy się z nimi, jakoby byli naszymi stałymi współmieszkańcami. Bo też są to chłopy jak się patrzy – do tańca i do różańca”. Wojaków nie mogło zabraknąć na często wówczas organizowanych dancingach i zabawach, np. na początku sierpnia zorganizowano Wielki Festyn Żołnierski, na którym – jak relacjonowano - „bawiono się ładnie i w miłym nastroju”. Kolejny dancing, z udziałem orkiestry wojskowej, urządzono w hotelu przy rynku. Dochód z tej imprezy przeznaczono na cele kulturalno-oświatowe dla wojska i na półkolonie dla biednych dzieci. W gazetach nie mogło też zabraknąć anegdot. Niejaki Piotruś donosił na łamach prasy, że Marychna z ul. Powstańców „pragnąc szczęścia miłosnego zabrała się do tego zręcznie i w niedługim czasie paradowała po ulicach miasta ze zgrabnym młodzieńcem w mundurze”. Nie był to koniec opowieści, gdyż żołnierz, ofiarując swoje towarzystwo na kolejnej potańcówce, pożyczył na ten cel od Marychny cztery złote. Na zabawie jednak się nie pojawił, a pieniędzy nie oddał.

DROBNE EKSCESY
Nie każdy w Wągrowcu potrafił „bawić się ładnie”. Mieszkańcy ulic Klasztornej, Powstańców i Marszałka Piłsudskiego (dziś: al. Jana Pawła II) byli zbulwersowani nocnymi ekscesami. Donosząc o trwających do 5 rano sobotnich awanturach i burdach pijackich zażądali, aby „czynniki miarodajne” energicznie zajęły się mącicielami spokoju nocnego.
W całym powiecie szerzyło się też złodziejstwo. Rabusie z 1939 roku nie należeli do wybrednych. Ich łupem padła m.in. furtka od parkanu przy ul. Janowieckiej, a z wozu stojącego na rynku skradli paczkę tytoniu i wyrobów tytoniowych. Prawdziwą plagą były kradzieże „ogrodowe”, przy czym złodzieje zabierali „co im pod rękę przyjdzie, nie chroniąc nawet owocu niedojrzałego”. W Kiedrowie włamywacze skradli letnikom bieliznę, garderobę, biżuterię, aparat fotograficzny i czarną tekę.
Bardziej złożony przebieg miała próba kradzieży dwóch uli z pszczołami w Siennie. Tym razem złodzieje zostali w porę zauważeni i podjęto za nimi pościg. W trakcie pogoni łup został porzucony, a wraz z nim należący do sprawców rower.
W Mieścisku zauważono, że z poczekalni tutejszego urzędu pocztowego od pewnego czasu ginęły „różne wywieszki reklamowe i inne przedmioty”. Po dłuższej obserwacji policja stwierdziła, że tajemniczym rabusiem jest 17-letni St. Pijanowski, zdradzający – zdaniem policji – „pewien niedorozwój umysłowy”. Nie omieszkano zwrócić uwagi, że tenże młodzieniec „jeszcze w czasach szkolnych okradał systematycznie bibliotekę”.

SOKOŁY, ORNATY I DZIEŃ ŻOŁNIERZA
13 sierpnia zorganizowano w mieście okręgowy zjazd Towarzystw Gimnastycznych „Sokół”, nawiązując do 45-lecia „gniazda wągrowieckiego”. Na stadionie zaprezentowano umiejętności gimnastyczne, odbyły się defilady i deklamacje. W przerwie zapewniono dodatkową atrakcję – wspólny obiad z żołnierzami. Na finalnej zabawie tanecznej „pląsy skończyły się nad ranem”. Dużym zainteresowaniem cieszyła się wystawa otwarta w tym samym dniu w auli liceum przy ul. Klasztornej, na której prezentowano szaty liturgiczne, zebrane dla ubogich kościołów na Kresach Wschodnich.
15 sierpnia, w rocznicę Cudu nad Wisłą, uroczyście obchodzono Święto Żołnierza. Głównym organizatorem było dowództwo wojsk stacjonujących w mieście, lecz silnie zaangażowały się w to przedsięwzięcie władze miasta i powiatu. Już kilka dni wcześniej, na spotkaniu organizacyjnym radzono „w jaki sposób uprzyjemnić żołnierzom naszym ten pamiętny dzień, który zadecydował o niepodległości naszej Ojczyzny”. Podjęto konkretne ustalenia co do charakteru obchodów i zgłoszono apel do mieszkańców o wsparcie finansowe. Dając przykład ofiarności, obecni na spotkaniu „złożyli natychmiast kwotę około 600 zł, 1 hektoliter piwa i 30 fantów”. Przy takim wsparciu obchody Święta Żołnierza mogły trwać dwa dni. Zakończyły się zabawą wojskową na boisku, z wolnym wstępem dla wszystkich zainteresowanych.

ZAWODY KONNE I FUNDUSZ OBRONY NARODOWEJ
Największą atrakcją sierpnia były zawody konne z udziałem wojska. W niedzielę (20 VIII) stadion po brzegi wypełniła widownia, która podziwiała występy z udziałem blisko 100 koni, w tym wierzchowców należących do armii. Wieczorem urządzono dancing w hotelu na rynku, a cały dochód przeznaczono na Fundusz Obrony Narodowej. Finansowanie dozbrojenia polskiej armii przez osoby prywatne było w tym okresie intensywnie propagowane – i to ze znakomitym skutkiem. Warto wspomnieć choćby o zaangażowaniu wągrowieckiej Ligi Morskiej i Kolonialnej, której członkowie zebrali znaczną kwotę przeznaczoną na budowę ścigacza torpedowego „Poznań”. Jeszcze więcej pieniędzy zgromadzili sprzedawcy wyrobów tytoniowych z powiatu - na zakup wodnopłatowca bombowego „ Tytoniowiec”.

OSTATNIE DNI SIERPNIA
W drugiej połowie sierpnia silnie dawało się odczuć rosnące napięcie polityczne. Z jednej strony z niepokojem analizowano rozmowy prowadzone w Moskwie pomiędzy III Rzeszą i Związkiem Radzieckim (23 VIII), z drugiej – z ulgą przyjęto gwarancje sojusznicze udzielone Polsce przez Wielką Brytanię (25 VIII). Tematy związane z wojną zdecydowanie zdominowały codzienność mieszkańców. W wyniku zarządzeń mobilizacyjnych powołano pod broń rezerwistów, a od 1 września miała rozpocząć się rejestracja 17-letnich poborowych. Młodzież żeńska i męska ze szkół ponadpodstawowych i studenci hurmem ruszyli do kopania rowów przeciwlotniczych, a „starsze obywatelstwo uraczyło ich bezinteresownie napojami chłodzącymi”. Jednocześnie burmistrz Szymon Wachowiak wydał obwieszczenie nawołujące do powszechnego zaangażowania przy budowie rowów przeciwlotniczych i „schronków”. Zbiórki mieszkańców uczestniczących w tych pracach odbywały się codziennie rano. W kościołach codziennie odprawiano nabożeństwa w intencji pokoju i oddalenia niebezpieczeństwa wojny.

Feralna pożyczka Sławnika z rodu Pałuków

Sławnik zaciągnął u cystersów pożyczkę, by zapewnić godny posag swej córce. W ramach pożyczki rycerz otrzymał konia „pod siodło” i dwa ogiery, szaty purpurowe i nieco srebra (ilustracja z średniowiecznego manuskryptu).

NASZE ŚREDNIOWIECZE (2) - Spór rycerstwa z klasztorem o Durowo

Wydanie za mąż rycerskiej córki bywało bardzo kosztowne. Wśród możnego rycerstwa matrymonialne plany często były skrupulatnie analizowane i stanowiły część „polityki rodowej”. Ułożone w ten sposób koligacje mogły umocnić sojusze pomiędzy rodami, podnieść prestiż rodziny i jej znaczenie polityczne. „Dobre zamążpójście” było jednak warunkowane wielkością posagu panny młodej. Ambitny ojciec starał się więc zdobyć na ten cel odpowiednie kosztowności.

Pieczęć Sławnika Sławnikowica zawieszona przy dokumencie dotyczącym sporu o Durowo - 1259 r. (wg Kodeksu Dyplomatycznego Wielkopolski).SREBRO, KONIE I TKANINY
Na początku XIII wieku Sławnik z rodu Pałuków należał do elity wielkopolskiego rycerstwa. Gdy jednak zabrakło mu funduszy na godny posag dla córki, zwrócił się o pomoc do cystersów z Łekna. Opat uznał, że udzieli pożyczkę, lecz postawił warunek. W zamian zażądał, by rycerz oddał klasztorowi w zastaw część swoich dziedzicznych posiadłości. Zastrzegł też, że dług ma zostać spłacony w ciągu trzech lat. Gdyby rycerz nie wywiązał się z umowy, zastawione dobra miały przejść na własność cystersów.
Sławnik i opat Hugold dobili targu 16 kwietnia 1211 roku. Rycerz otrzymał od cystersów 20 grzywien srebra, konia pod siodło i dwa ogiery wycenione na 25 grzywien oraz trzy szaty purpurowe za 10 grzywien. Pożyczka zamknęła się więc w znacznej kwocie 55 grzywien, która miała zostać spłacona w srebrze. Sławnik oddał w zastaw dwa jeziora oraz położone nad ich brzegiem wsie Durowo i Słosin. Prawdopodobnie dług nie został spłacony we wskazanym terminie i posiadłości przeszły na własność klasztoru. Jego potomkowie nie dali jednak za wygraną i wiele lat później upomnieli się o utraconą część ojcowizny.

Fragment dokumentu z 1259 roku, dotyczącego układu zawartego pomiędzy opatem łekneńskim a synami Sławnika, z czytelnymi nazwami Słosina i Durowa (w zbiorach Biblioteki Kórnickiej PAN). "LEPSZE PRAWA"
Obowiązujące w tych czasach prawo dawało możliwość podjęcia próby odebrania utraconych dóbr. Zgodnie z zasadą dziedziczenia, dobra durowskie były nie tylko własnością Sławnika, lecz – jako ojcowizna - również jego synów. Ci zaś nie dali wcześniej klasztorowi żadnych gwarancji. Aby uzyskać pełne prawo własności, zakonnicy musieli postarać się o to, aby Sławnikowice oficjalnie zrzekli się swoich roszczeń.
Dokładnie 48 lat od zawarcia układu pożyczkowego synowie Sławnika - Piotr, Sławnik i Trojan – zażądali od opata zwrotu posiadłości. W tym celu udali się przed oblicze księcia Bolesława Pobożnego, który w kwietniu 1259 roku zatrzymał się w pobliskim Rogoźnie. Władca musiał rozstrzygnąć, kto dysponuje „lepszym prawem” do Durowa – cystersi legitymujący własność spisanym w 1211 roku pergaminem, czy też rycerze upominający się o ojcowiznę. Świadomy zagrożenia opat zaproponował zawarcie nowego układu i w zamian za sporne posiadłości oddał synom Sławnika dwie inne wsie klasztorne. Książę zatwierdził takie rozstrzygnięcie, co dało w efekcie spokój na kolejnych kilkadziesiąt lat.

DIABELSKA NAMOWA
Po tragicznej śmierci króla Przemysła II, zamordowanego w Rogoźnie 8 lutego 1296 roku, trwała walka o polski tron. W 1299 roku jeden z pretendentów – książę kujawski Władysław Łokietek - uległ przewadze czeskiego króla Wacława. Rok później arcybiskup Jakub Świnka włożył na skronie zwycięzcy polską koronę królewską. W Wielkopolsce zaprowadzono nowe porządki, oddając realną władzę w ręce czeskich starostów. Nie wszyscy byli usatysfakcjonowani z takiego obrotu sprawy. Wprowadzenie nowych rządów było nie na rękę wiernym stronnikom Łokietka, m.in. rycerstwu z rodu Pałuków. W opozycji do Pałuków znaleźli się wtedy zakonnicy z klasztoru w Łeknie, którzy opowiedzieli się po stronie Czechów. Polityczne zaangażowanie opata łekneńskiego uznane zostało przez ród Pałuków za zdradę. W tej sytuacji stary kasztelan Zbylut Straszewic nie wytrzymał napięcia i „z diabelskiego poduszczenia” (jak później wspomniano w oskarżeniu) dotkliwie pobił łekneńskiego opata. Z kolei jego krewniak, kasztelan nakielski Trojan Sławnikowic, najechał dobra durowskie i siłą je zajął. Wkrótce jednak obaj rycerze musieli zapłacić za swoje czyny. Zbylut publicznie kajał się za swój występek przed arcybiskupem w Pyzdrach w 1301 roku i wniósł stosowne odszkodowanie, spłacone w srebrze. Natomiast Trojan utracił godność kasztelana i musiał uchodzić z kraju. Zgodnie z decyzją czeskiego starosty, dobra durowskie powróciły w ręce łekneńskiego opata.

OSTATECZNE ROZSTRZYGNIĘCIA
Ćwierć wieku później, gdy stosunki pomiędzy rodem Pałuków i klasztorem poprawiły się, jeden z kolejnych opatów postanowił ostatecznie uregulować kwestie związane z własnością Durowa. Opat odszukał w klasztornym archiwum stare pergaminy dokumentujące własność cystersów i liczył na to, że sprawa zostanie ostatecznie zamknięta. Miał do takiego mniemania podstawę, gdyż w dokumencie Bolesława Pobożnego z 1259 roku wyraźnie zaznaczono, że synowie Sławnika zrzekają się tej części ojcowizny. Opat nie wziął jednak pod uwagę praw przysługujących wnukom Sławnika. Ci zaś skorzystali z okazji i upomnieli się o zwrot dziadzizny. Powołano wówczas sąd polubowny złożony z wielkopolskich dostojników duchownych i doprowadzono do zawarcia ugody. W zamian za ostateczne odstąpienie Durowa z przyległym jeziorem i okolicznych osad, wnukowie Sławnika otrzymali jezioro Bielsko (prawdopodobnie Jezioro Kobyleckie) i wieś Grylewo. W układzie zawarto klauzulę, że w przypadku dalszych roszczeń ród Pałuków będzie musiał wypłacić opatowi odpowiedni ekwiwalent. Takie postawienie sprawy dało pożądany rezultat i własność cystersów pozostała później nienaruszona. Zwróćmy jednak uwagę, że w wyniku tego długotrwałego sporu, w zamian za utrzymanie dóbr durowskich, klasztor w Łeknie musiał oddać Pałukom pięć innych wsi i dwa jeziora.

 

Przeczytaj również - Nasze średniowiecze:

(1) Rycerze, zakonnicy i... pszczelarze, czyli kilka uwag o przeszłości Bartodziej

(3) Książęcy dar

Rzędy kurhanów spod Rąbczyna

Fot. Rafał Różak

Dzięki danym ze skaningu laserowego, grzybiarzom i miłośnikom historii, w lesie między Nową Wsią i Rąbczynem w powiecie wągrowieckim natknięto się na rzędy tajemniczych pagórków, które zainteresowały archeologów.

- W tym roku w czasie badań archeologicznych mogliśmy skorzystać z pomocy praktykantów z Instytutu Archeologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Dzięki temu mogliśmy przeprowadzić wykopaliskową weryfikację tego terenu i stwierdzić czym tak naprawdę te nasypy są i z jakiego okresu mogą pochodzić – wyjaśnia kierownik badań Tomasz Podzerek, archeolog z Muzeum Regionalnego w Wągrowcu.
Początkowo zakładano, że mogą to być kurhany związane z kulturą wielbarską i okresem wpływów rzymskich (II-III w. n.e.).
Przypuszczenia te potwierdzały dokumenty archiwalne jeszcze sprzed I wojny światowej. Jest tam wzmianka, że w tej okolicy został rozkopany jakiś kurhan, w którym ponoć znaleziono grób szkieletowy z paciorkami szklanymi i emaliowanymi. Zebrany wówczas materiał pozwolił datować kurhan na czasy wpływów rzymskich lub wędrówek ludów.

GROBY FRANCUZÓW?
Tak naprawdę nie wiemy jednak, czy gdzieś w pobliżu nie znajdowały się jeszcze jakieś inne kurhany, po których nie ma już śladu.
Jak informuje Marcin Krzepkowski, archeolog uczestniczący w badaniach: - Bliżej tematem się już później nikt nie zajmował i po latach informacja o tym miejscu przestała funkcjonować w lokalnej świadomości. Pagórki w lesie nazywano grobami Francuzów, co z kolei należałoby łączyć z wydarzeniami z czasów napoleońskich.
Znamy relację generała Michaiła Siemionowicza Woroncowa, który w swoim pamiętniku opisał przemarsz oddziałów rosyjskich przez powiat wągrowiecki. Pod datą 27 stycznia [8 lutego] 1813 r. wyczytamy, że dowódca przeszedł do Stępuchowa z grenadierami i artylerią, a jego jegrzy rozmieszczeni byli w Rąbczynie i Nowej Wsi.
Być może doszło wówczas do jakiejś potyczki z francuskimi „maruderami”, których pochowano w lesie.
Tej informacji nie możemy jednak łączyć z kurhanami, z których jeden przebadano na przełomie lipca i sierpnia.

A MOŻE POCHÓWKI SŁOWIAŃSKIE?
- W nasypie natknęliśmy się na fragmenty ceramiki z epoki wielbarskiej i z trochę wcześniejszej epoki brązu (tzw. kultury łużyckiej), ale przypuszczam, że znalazły się tam wtórnie razem z ziemią, która była skądś przynoszona na ten nasyp. Nie natrafiliśmy natomiast na żaden pochówek, nawet na luźno zalegające gdzieś kości ludzkie, czy to spalone czy niespalone, i musimy zweryfikować naszą hipotezę, że są to kurhany z okresu rzymskiego. Teraz z pewną ostrożnością raczej skłaniamy się ku temu, że mogą to być pochówki słowiańskie z okresu przedchrześcijańskiego, załóżmy od VIII do X w. Wówczas Słowianie chowali swoich zmarłych spalonych, ponieważ pochówek szkieletowy upowszechnił się dopiero po przyjęciu chrześcijaństwa – wyjaśnia M. Krzepkowski.
Z terenu Polski znanych jest kilka cmentarzysk kurhanowych, na których pod nasypem ziemnym nie deponowano szczątków, tak jak w większości kurhanów. Szczątki bowiem palono i rozsypywano na powierzchni usypanego pagórka, albo umieszczano w naczyniu, które stało na takim nasypie.
Jak można łatwo się domyśleć, po takim pochówku do naszych czasów nic już nie przetrwało.

ZAGADKA
Z braku jednoznacznych dowodów archeologom nie udało się zatem w tym roku rozwikłać tajemnicy datowania rzędu kilkunastu tajemniczych pagórków z lasów rąbczyńskich, ale jak twierdzą stanowisko jest na tyle ciekawe i rokujące, że badania powinny być kontynuowane.
- Mamy taką cichą nadzieję, że w przyszłym roku uda się jeszcze jeden z tych nasypów przebadać i może wówczas uzyskamy potwierdzenie naszych przypuszczeń – dodaje M. Krzepkowski.
Korzystając z okazji badacze, w imieniu dyrektor Muzeum Regionalnego w Wągrowcu, dziękują nadleśniczemu Sławomirowi Kołaczowi za udostępnienie terenu, a wójtowi gminy Wągrowiec Przemysławowi Majchrzakowi i dyrektorowi szkoły w Rąbczynie Dariuszowi Substykowi, za pomoc w organizacji noclegów.

Fot. Rafał Różak

Fot. Marcin Krzepkowski

- Mamy taką cichą nadzieję, że w przyszłym roku uda się jeszcze jeden z tych nasypów przebadać i może wówczas uzyskamy potwierdzenie naszych przypuszczeń – dodaje M. Krzepkowski. Fot. Rafał Różak

Dlaczego odkrycie kilkunastu pagórków w lesie jest takie ważne?

Większość społeczeństw lokowała swoje cmentarzyska na wyniesieniach i tak jest również w tym przypadku. Dwa rzędy kurhanów z lasów rąbczyńskich ulokowane są na takim obszernym wzniesieniu, które ze wszystkich stron opada w kierunku bagien. Tak więc teren był eksponowany, typowy dla zakładanych nekropolii. W dawnych czasach takich miejsc było wiele, ale większość z nich została po prostu zniwelowana przez intensywne prace rolne. Kurhany rąbczyńskie jako jedne z nielicznych przetrwały ponieważ w miejscu gdzie się znajdują od wielu lat rośnie las.

 

Rycerze, zakonnicy i... pszczelarze,

 Wybieranie miodu z barci (wg „Encyklopedii staropolskiej”).

NASZE ŚREDNIOWIECZE (1) - Czyli kilka uwag o przeszłości Bartodziej.

Większość miejscowości w powiecie wągrowieckim ma swoje początki w okresie średniowiecza. Wówczas ukształtowała się sieć wsi i miasteczek, która w zasadniczym kształcie utrzymała się do dnia dzisiejszego. Ślady odległej przeszłości wciąż są czytelne w krajobrazie i w nazwach poszczególnych osad. Przykładem jest wieś Bartodzieje – dawna osada bartników, czyli pszczelarzy.

Bartozege – w takiej postaci po raz pierwszy zapisano nazwę podwągrowieckiej wsi Bartodzieje. Zniekształcona forma Bartozege zdaje się wskazywać, że przeniesienie tej nazwy na papier sprawiło dwunastowiecznemu skrybie sporo trudności, choć – trzeba przyznać – poradził sobie z tym całkiem nieźle. Musiało mu zresztą zależeć na tym, by zapis jednoznacznie wskazywał, jaką wieś ma na myśli. Jego zadaniem było wszakże udokumentowanie praw klasztoru cystersów w Łeknie do pobierania stąd dziesięciny.

DAWNI "PSZCZELARZE"
Nazwa Bartodzieje pochodzi od profesji tutejszych mieszkańców, którzy trudnili się utrzymaniem barci przeznaczonych dla chowu pszczół. Byli więc mieszkańcy Bartodziej najwcześniej poświadczonymi w naszej okolicy „pszczelarzami”. Bartnictwo było w średniowiecznej Polsce wysoko cenione. Umiejętności wytwarzania i pielęgnacji barci były przekazywane z ojca na syna. Barcie żłobiono zazwyczaj w grubych sosnach, rzadziej w jodle czy dębie, 3-7 m nad ziemią. Ze ściętych sosen wyrabiano też ule, które stawiano przy domu. Jeśli kto odważyłby się podbierać miód z przygotowanych tak wielkim trudem barci, ten mógł spodziewać się surowych konsekwencji, włącznie z karą śmierci. Surowe prawodawstwo wynikało m.in. z wielkiej wartości miodu. Były to przecież czasy, gdy nie używano cukru! Miód sycony był też wysoko cenionym napitkiem. Ponadto znaczny był popyt na wosk pszczeli, z którego wytwarzano świece.
Z czasem mieszkańcy Bartodziej odeszli od tej wyspecjalizowanej profesji i zajęli się głównie uprawą ziemi. Działalność dawnych bartników pozostała jednak zapisana w nazwie wsi.

ŚREDNIOWIECZNA "ODNOWA WSI"
W XIV wieku Bartodzieje nie były już „osadą pszczelarzy” i nie odróżniały się od innych okolicznych wsi. Miejscowość należała wówczas do prywatnego właściciela, którym był możny rycerz Sędziwój z Tomiszewa (dziś: Toniszewo) z rodu Pałuków. Przyglądając się zmianom zachodzącym w otaczającym go świecie, Sędziwój zauważył, że osady, w których gospodarowano „jak za dziada i pradziada” przestawały przynosić dochody i stopniowo podupadały. Dla poprawienia stanu wsi, postanowił przeprowadzić tutaj gruntowną reformę i przenieść Bartodzieje na tzw. prawo niemieckie. Przystępując do takiego przedsięwzięcia należało ustalić nowy podział gruntów. Wytyczono więc nowe granice pól, które uzyskały wielkość jednego łanu (ok. 22-26 ha). Uregulowano prawa własności i wysokość podatku płaconego właścicielowi wsi. Z wprowadzeniem prawa niemieckiego wiązało się też ustanowienie urzędu sołtysa (tzn. wprowadzono samorząd wiejski).

PIERWSZY SOŁTYS - RYCERZ GRABIEC
Sołtys był w tych czasach znaczącą osobistością. Jego obowiązkiem było zorganizowanie wsi według nowych zasad i reprezentowanie mieszkańców wobec właściciela. To on był sędzią i rozjemcą wspólnoty wiejskiej oraz lokalnym poborcą podatków. Otrzymywał też w dziedziczne posiadanie znaczne grunty i uprawnienia. W przypadku potrzeby wojennej wyruszał „konno i zbrojno” w bój u boku właściciela wsi. Wynika z tego, że w czasach o których tutaj wspominamy (XIV wiek), sołtysom wciąż blisko było do stanu rycerskiego (sytuacja pod tym względem zmieniła się dopiero w późniejszym okresie). Dlatego też bywało, że urząd sołtysa obejmowali zubożali rycerze.
Tak też było w przypadku Bartodziej. Dziedzicznym sołtysem tej wsi został „szlachetnie urodzony” Grabiec. Na jego własność przeszły trzy łany najlepszej ziemi i łąki zwane Orla. Był to pokaźny majątek. Grabiec otrzymał też prawo do połowu ryb w tutejszych stawach oraz polowania na ptactwo i dziką zwierzynę w pobliskim lesie. Ponadto sołtys zobowiązał się do zbudowania młyna, z którego miał otrzymywać połowę dochodów. Drugą połowę był zobowiązany oddać klasztorowi w Łeknie. Do jego sakiewki trafiała też trzecia część dochodów z bartodziejskiej karczmy i z ogrodów. Ciekawostką jest, że Grabiec miał też zająć się utrzymaniem barci. Wynika z tego, że tradycyjne zajęcie mieszkańców nie zostało całkowicie zapomniane.

SĘDZIWÓJ U OPATA W ŁEKNIE
W ostatnim dniu października 1387 roku u wrót klasztoru w Łeknie stanął orszak prowadzony przez Sędziwoja z Tomiszewa. U jego boku znalazła się grupa rycerstwa z rodu Pałuków: Sędziwój z Kozielska z synem Mikołajem, Trojan z Grylewa, Dobrogost z Mrowińca, Zbylut ze Strężyna i kilku innych. Opat Henryk przyjął gości z otwartymi ramionami. Podczas wizyty spisano dokument dotyczący Bartodziej, na mocy którego Sędziwój zrzekał się części swoich dochodów z tej wsi, przekazując je cystersom, np. w zmian za oddawanego corocznie Sędziwojowi wieprzka, mieszkańcy Bartodziej mieli uiszczać określoną kwotę cystersom. Zostali też zwolnieni z obowiązku uprawy ziemi w folwarku Sędziwoja, lecz zamiast tego mieli wykonywać pewne prace w majątkach opackich w Kobylcu i Kaliszanach.

DRUGI ORSZAK SĘDZIWOJA
Cztery lata później do cystersów doszła wieść, że hojny dziedzic Tomiszewa zamierza ponownie ich odwiedzić. W tym czasie opat Henryk, ze względu na starość, zrezygnował z zarządzania klasztorem, a jego miejsce zajął opat Tylman – ten sam, który wkrótce rozpoczął przenosiny siedziby klasztoru z Łekna do Wągrowca. Tym razem opat Tylman przyjmował Sędziwoja nie w Łeknie, lecz we dworze zbudowanym w Kaliszanach. Do tegoż dworu, w grudniu 1391 roku, przybył Sędziwój z Tomiszewa wraz ze swą małżonką Katarzyną. W grupie towarzyszącego im rycerstwa znalazł się m.in. Piotrek zwany Grabowiec – prawdopodobnie syn wspomnianego wyżej sołtysa Grabca. Sędziwój i Katarzyna oznajmili opatowi, że po ich śmierci Bartodzieje w całości mają przejść na własność klasztoru. Postawili jeden warunek. W zamian za Bartodzieje mnisi zostali zobowiązani do wznoszenia modłów za dusze małżonków, ich przodków i rodzinę.

Przeczytaj również - Nasze średniowiecze:

(2) Feralna pożyczka Sławnika z rodu Pałuków

Drony nad zaginionym miastem

Fot. Rafał Różak

Na początku lipca do Dzwonowa przybyli archeolodzy, którzy prowadzili badania wykopaliskowe.
Nad zaginionym miastem latały również drony, dzięki którym wykonano serię zdjęć terenu z powietrza.

Obecnie przysiółek Dzwonowo liczy cztery gospodarstwa, ale w średniowieczu funkcjonowało tutaj tętniące życiem miasto z dworem rycerskim i kościołem.
W pewnym momencie dziejowym zatraciło jednak swoją miejskość, przestało istnieć w swoich dawnych granicach i zostało zapomniane. Relikty miasta pozostały jednak w ziemi. Niestety, w tym roku nie udało się pozyskać środków na ich przebadanie, choć zabrakło niewiele, bo zaledwie trzech punktów kwalifikujących projekt do przydzielenia funduszy z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. - O ministerialne fundusze spróbujemy powalczyć ponownie i mamy nadzieję, że tym razem się uda, a jak się nie uda, to będziemy próbować do skutku – twierdzi archeolog Marcin Krzepkowski. To on w zeszłym roku, przy pomocy zdjęć lotniczych, odkrył to tajemnicze miasto, założone wcześniej niż Skoki czy Wągrowiec. Dodajmy, że doszło do tego przypadkowo, przy próbie określenia lokalizacji wzmiankowanej w źródłach siedziby rycerskiej Dobrogosta z Dzwonowa, wojewody poznańskiego, której poszukiwał Marcin Moeglich, historyk z wągrowieckiego muzeum.

WOKÓŁ DWORU
Archeolodzy Marcin Krzepkowski i Tomasz Podzerek oraz studenci II roku Instytutu Prahistorii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, wykonali jednak kilka wykopów w Dzwonowie w tym roku dzięki finansowemu wsparciu Muzeum Regionalnego w Wągrowcu. Co prawda nie w granicach średniowiecznego miasta, ale 300 m na południowy-zachód, w miejscu dawnej siedziby szlacheckiej Rogalińskich herbu Łodzia – właścicieli Dzwonowa i pobliskich miejscowości od połowy XVI do XVIII w.
Wyprzedzające badania ratunkowe prowadzone były na prywatnej posesji w miejscu, gdzie niedługo powstanie budynek gospodarczy o powierzchni niecałego ara.
W miejscu tym udało się odsłonić pozostałości XVII-wiecznego pieca chlebowego ze ściankami wylepionymi gliną, jamę, w której zakopano cielaka i dużo zabytków ruchomych: fragmenty kafli XVII-wiecznych sprzed potopu szwedzkiego, trochę szkła okiennego, fragmenty naczyń szklanych XVII i XVIII-wiecznych, monety od XV do XVII w., w tym m.in. denara jagiellońskiego, wiele przedmiotów metalowych oraz fragment nowożytnego posrebrzanego okucia z symbolem Wenus i napisem IVLAN(…).

SIEDZIBA RYCERSKA?
Oprócz zabytków okresu nowożytnego archeolodzy natrafili na fragment budynku istniejącego już w tym miejscu w średniowieczu (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 30 z 22 lipca 2015 r.

 

Wszystkie osoby, które chcą pogłębić swoją wiedzę na temat zaginionego miasta spod Skoków, zachęcamy również do odwiedzin strony:www.dzwonowo.wordpress.com

 

  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak
  • Autor: Rafał Różak

Pierwszy dotyk z archeologią

Archeologom Marcinowi Krzepkowskiemu i Tomaszowi Podzerkowi w pierwszych dniach czerwca towarzyszyła grupa studentów pierwszego roku z Instytutu Prahistorii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Fot. Rafał Różak

W otoczeniu wągrowieckiej opatówki prowadzone są pionierskie badania archeologiczne. Ilość historycznego materiału, pozyskana z ziemi, zdecydowanie przerosła oczekiwania.

Badania prowadzone od początku czerwca przez archeologów Marcina Krzepkowskiego i Tomasza Podzerka mają charakter sondażowy. Zaplanowane zostały w związku z przyszłą rozbudową Muzeum Regionalnego w Wągrowcu, która nastąpi, kiedy uda się pozyskać środki zewnętrzne (...)

Fot. Rafał Różak

W jednym z wykopów natknięto się na materiał z przełomu XIV i XV w., czyli z czasów, kiedy rozpoczęto przenosiny opactwa z Łekna do Wągrowca.
Po rodzaju i jakości odkrytej w tym miejscu ceramiki możemy przypuszczać, że nie była to chłopska zagroda. Wykopane duże ilości importowanej kamionki potwierdzają hipotezę, że w pobliżu może znajdować się średniowieczna siedziba opacka (...)

Więcej w środowym wydaniu Głosu nr 25 z 17 czerwca 2015 r.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem