środa, 17 października
13:41

Wągrowieccy powstańcy

Pochód powstańców na Sybir (Grottger).

W świadomości wielu z nas powstanie styczniowe kojarzone jest wyłącznie z czynem zbrojnym społeczeństwa Królestwa Polskiego. Akcję powstańczą zorganizowano również na ziemiach Księstwa Poznańskiego. W działania włączyli się także ówcześni mieszkańcy ziemi wągrowieckiej.

Nie negując faktu, iż  to właśnie Królestwo Polskie stanowiło na początku lat sześćdziesiątych XIX wieku główny ośrodek narodowego i patriotycznego ożywienia, zapomina się często o patriotycznym duchu wśród polskiego społeczeństwa Wielkiego Księstwa Poznańskiego, będącego prowincją państwa pruskiego.

 

Powodem było prowadzenie przez kanclerza Otto Bismarcka akcji germanizacyjnej, mającej na celu wynarodowienie ludności polskiej. Podjęta przez elitę intelektualną próba przeciwdziałania germanizacji w formie pracy organicznej oraz prowadzenia działania politycznego w granicach prawa uzyskała wsparcie w działalności polskiego kleru. Msze żałobne odprawiane w intencji zmarłego w 1860 r. gen. Jana Skrzyneckiego - wybitnego Polaka (m. in. w Gołańczy i Wągrowcu) lub msze upamiętniające ważne rocznice narodowe (np. 12 września 1861 roku w kościele farnym w Wągrowcu z  okazji rocznicy zwycięstwa Jana III Sobieskiego pod Wiedniem) miały do tego stopnia charakter narodowo-patriotyczny, iż władze pruskie uznały łączenie religii z patriotyzmem, ze względu na masowy w nich udział Polaków wszystkich stanów, za bardzo niebezpieczne dla państwa.

POCZĄTKI AKCJI
Dlatego z chwilą wybuchu powstania styczniowego administracja pruska, dla uniemożliwienia ewentualnego udziału ludności Wielkiego Księstwa w powstaniu, obsadziła granicę z Królestwem wojskiem oraz wprowadziła zakaz wywozu do niego broni i amunicji. Mimo tego niekompletny, bo oparty tylko na aktach pruskich i rosyjskich, spis powstańców i ochotników tylko z rejencji bydgoskiej zawierał 820  nazwisk (488  mieszkańców wsi i 332 mieszkańców miast i miasteczek), w tym 56 z powiatu wągrowieckiego (33 powstańców i 23 ochotników). Chociaż wybuch powstania  styczniowego zaskoczył powiatowych działaczy stronnictwa białych, zrezygnowali oni z oczekiwania na pomoc państw zachodnich dla powstania i w ramach konspiracyjnego tzw. Komitetu Działyńskiego, a potem Komitetu Wielkopolskiego, podjęli działania polegające na zakupie broni, amunicji i wyposażenia oraz prowadzili werbunek ochotników wraz z przerzutem powstałych oddziałów do Królestwa. Działalność konspiracyjną na rzecz powstania prowadzili: Aleksander Guttry, Ignacy, Bolesław i Władysław Moszczeńscy, dr Karol Libelt, Józef Radoński, Maksymilian Świniarski, Norbert Szuman, Kajetan Buchowski, Erazm Zabłocki, Stefan Kierski, Tytus Breza, Alfons Malczewski, Smoleński i Kazimierz Kantak. Ochotników do powstania werbowali ziemianie Karol Brodowski z Pawłowa, Dziembowski z Kłodzina, Skoraczewski z Wysokiej i cieśla Włodzimierz Winiecki z Łopienna.

ZWYCZAJNI - NIEZWYCZAJNI
O działaniach powstańczych prowadzonych na szeroką skalę mówią raporty landrata Suchodolskiego. Między innymi podaje on, iż 17 kwietnia 1863 roku oddział ochotników na 30 wozach udał się na miejsce zbiórki pod Łopiennem. W sierpniu tego roku wśród ochotników spod Kcyni znajdowało się 30 osób z Czeszewa, a 17 lutego 1864 r. do powstania udało się 16 uzbrojonych ochotników z Konar pod Gołańczą. Stwierdza z ubolewaniem, że w marcu 1864 r. stwierdzono aż 43 tego typu przypadki. Wśród zatrzymanych na granicy osób spieszących do powstania byli: Białecki, Feliks Dachterski   z Uścikowa, urzędnik gospodarczy z Czekanowa Dembiński, młynarz z Srebrnej Góry Bernard  Goniarzewicz, Kazimierz Gozimirski z Wągrowca, Jan Haniszewski z Chojny, ziemianin Jaraczewski z Jaworowa, oficjalista Bronisław Koerber z Wiśniewa, rolnik Jan Kolasa z Miastowic, Franciszek Kurczewski z Łopienna, Teodor Lieske z Roszkowa, terminator ogrodniczy Andrzej Mataczyński  z Żelic, myśliwy Szymon Pawłowski z Goli, inspektor gospodarczy Leopold Piwkowski z Kłodzina, Antoni Radowski - ogrodnik z Roszkowa, ziemianin Mieczysław  Rogaliński z Cerekwicy, czeladnik kowalski Michał Szemigrowicz ze  Świątkowa, Bartłomiej Śliwiński z Kaczkowa, ziemianin Kazimierz Tomicki z Wysokiej, Urbanowski z Kłodzina, fornal Stefan Walendowski  z Czekanowa, ziemianin Wise z Sienna i Stanisław Wyszomirski, syn kupca z Gołańczy.  
W oddziałach powstańczych walczyli: czeladnik piekarski Jan Będkowski z Wągrowca, Walenty Bogusławski z Wągrowca, hr. Kazimierz Czapski, elew gospodarczy Edmund Dąbrowski z Grylewa, Mieczysław Głowiński, Stanisław Górkiewicz, Jeziołkowski, Franciszek Kosmalski, Pantaleon Libelt z Czeszewa, Krzyżanowski, czeladnik kowalski Ksawery Lewandowski z Paryża, czeladnik krawiecki Wincenty Maciejewski z Wągrowca, Teofil Majewski z Wągrowca, ziemianin Alfons Malczewski z Pawłówka, gimnazjalista z Gorzewa Konstanty Mokrodolski, Anzelm Morawski, ziemianin Ignacy Moszczeński z Wiatrowa, ziemianie Józef i Stefan Okoniewscy z Danaborza, Leonard Radoński z Rudnicza, organista Marcin Śmiechowski z Cerekwicy, pisarz majątkowy Tarczyński, Stanisław Wierzbiński, Ignacy Wrochowski z Wągrowca, Ignacy Wróblewski z Wągrowca oraz gimnazjalista Leon Zalewski z Podobowic.

ODESZLI W CHWALE
W bitwie pod Mieczownicą, 2 marca 1863 r., polegli: Antoni  Baranowski z Wągrowca, Władysław  Ciesielski z Bielaw, Franciszek Dąbrowski, ziemianin Józef Poniński i Józef Sosnowski. W powstaniu zginęli też: Jan Konieczka ze Smolar pod Gołańczą, pod Brdowem Karol Libelt jr. z Czeszewa (29 kwietnia 1863 r.), pod Ignacewem Kazimierz Woydt (8 maja 1863 r.), pod Miechowem Stanisław Radoński z Rudnicza (17 lutego 1863 r.). (Teofil Majewski z Wągrowca walczył pod Lubstowem, Nową Wsią, Olszakiem i Ślesinem. Pod  Kołem, Dobrosłowem, Pyzdrami i Ignacewem w walkach brał udział Stefan Okoniewski z Danaborza, a  pod Mieczownicą i Dobrosłowem Leon Zalewski. Ujęci na polu walki ziemianie Teodor Berend, Ignacy Gutowski z Lechlina i Teodor Radoński z Rudnicza zostali na podstawie okólnika władz rosyjskich z stycznia 1863 roku. zesłani na Syberię. Współpracujące z Rosjanami władze pruskie oskarżały złapanych na granicy ochotników, działaczy konspiracyjnych i przekazanych przez Rosjan Polaków o zdradę stanu. 

W forcie Winiary w Poznaniu osadzeni byli: Stefan Kierski, Ignacy Moszczeński i Norbert Szuman. Na kary więzienia skazani zostali: Dziembowski, Urbanowski, Leopold Pinkowski, Antoni Radowski, Teodor Liske, Feliks Dachowski, Karol Brodowski, Ksawery Lewandowski, Erazm Zabłocki, Józef Wierzbiński i wielu innych.

Kościół na stadionie

Msza na stadionie w Wapnie. Fot. Archiwum Zbigniewa Grabowskiego

WAPNO | Katastrofa górnicza odbiła się równieżna tutejszej parafii. Tutejszy proboszcz, ks. JERZY BASAK, w wyniku ewakuacji przeniósł się tymczasowo do zaprzyjaźnionej rodziny, a msze odprawiał na stadionie tutejszej Unii.

9 czerwca 1977 r. ulicami Wapna - Staszica i Ogrodową, po raz siódmy (od czasu, gdy władze powiatowe wydały na to zgodę) przemieszcza się procesja Bożego Ciała.
Zaledwie kilka miesięcy później, gdy 5 sierpnia woda wdarła się do wapieńskiej kopalni soli, a ludzie zaczęli ewakuować się z Wapna, z nomenklatury tej miejscowości zniknęły nie tylko wzmiankowane już ulice, ale również inne: Okrężna, Pocztowa czy Obrońców Stalingradu.

 

Władze nakazały również ewakuację kościoła i plebanii w Wapnie. Czasowo, msze św. miały się  odbywać na stadionie sportowym. Od wczesnych godzin rannych po wieczorne trwa ewakuacja kościoła i plebanii. Proboszcz ks. Jerzy Basak przenosi się do państwa Ciesielskich na ulicę Sportową. Pobyt ma trwać długie cztery lata. Wtedy jednak nikt nie zdaje sobie jeszcze z tego sprawy.

KAPLICA Z SZATNI
Nikodem Sierszulski z Podolina przekuwa ścianki działowe stadionowych szatni, tworząc powierzchnię pod prowizoryczną  kaplicę. Z czasem na ścianie nośnej, skierowanej w kierunku trybuny staje główny ołtarz, a w klubowej łaźni umiejscowiono konfesjonał do słuchania spowiedzi.
4 grudnia 1977 r. odbył się pierwszy odpust parafialny w nietypowych warunkach. Sumę ku czci św. Barbary, patronki górników, odprawia ks. dziekan Wiesław Kreisner z Kcyni. Później Pasterka bożonarodzeniowa odbyła się w równie trudnych warunkach. Msze św. w Wapnie organizowano również w prywatnych domach państwa Kuszów oraz Kaniewskich z ulicy Długiej. W rok później,  14. maja, w kaplicy na stadionie w Wapnie, dzieci przystąpiły do pierwszej  komunii św.
W 1979 roku obchodzono uroczystości Nawiedzenia Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej w parafii.

ŚWIĘTY OBRAZ... NA STADIONIE
3 marca 1979 r. przejdzie na zawsze do kościelnej historii Wapna. Obraz Nawiedzenia w samochodzie-kaplicy zajechał  przed bramę wejściową na stadion. W procesyjnym orszaku wniesiono go na duży tron, zbudowany na boisku obok szatni. Nieśli go umundurowani strażacy oraz górnicy. Boisko pokryte było grubą warstwą śniegu, topniejącego pod wpływem padającego rzęsiście deszczu.
Obok tronu, osłoniętego silnym dachem, widniały kontury klasztoru jasnogórskiego oraz napis: „Oto Matka nasza i Królowa”. Wierni, w ilości około trzech tysięcy, stali pod dachem parasoli, a ich nogi grzęzły w błocie. Obraz Nawiedzenia proboszcz Parafii srebrnogórskiej, ks. Ryszard Komczyński przekazał na ręce proboszcza Parafii z Wapna, ks. Jerzego Basaka. Następnego dnia Obraz Nawiedzenia przeniesiono z Wapna do grodu Jakuba Wujka. Świadkiem uroczystości był biskup Jan Michalski z Gniezna. Miejscowi parafianie włożyli sporo trudu w przygotowanie tej uroczystości. Poprzedzające ją dni spędzili tłumnie na odśnieżaniu dróg dojazdowych do stadionu. Ulice Podgórną i Sportową odśnieżono łopatami - wysiłkiem ludzkich rąk. Ksiądz Basak pracował z ludźmi, zapraszając strudzonych parafian na herbatę, przygotowaną przez p. Ciesielskich. Z uwagi na to, że drogi w owym czasie bywały trudno przejezdne, księdzu nieraz zdarzało się wędrować do stadionowej kaplicy polami.

PIŁKARZE WSPIERANI Z NIEBIOS
Osobny rozdział historii tworzyli wtedy piłkarze miejscowego klubu Unia. Mając na stadionie za sąsiada Pana Boga - grali jak z nut. W Wapnie nie wygrywał wtedy nikt, a miejscowa drużyna pięła się coraz wyżej w tabeli. W pewnym momencie wydawało się nawet, iż awans do trzeciej ligi stoi przed wapieńską drużyną otworem. Wielu z nas, myśląc wtedy o tragicznej sytuacji Wapna - po katastrofie kopalni - wierzyło, że co ich nie zabije, to ich wzmocni. To wtedy też rodziła się legenda księdza Jerzego Basaka, który w obliczu zaistniałej sytuacji mógł odejść do innej parafii. Jednak zdecydował się pozostać z parafianami.
Msze św. na stadionie odbywały się niekiedy w czasie trwania meczów piłkarskich, gdyż nie wszystko szło zaplanować i przewidzieć. Pół biedy, gdy to było w niedzielę. Wtedy parafianie omijali płytę stadionu szerokim łukiem, chociaż starsze osoby podejmowały próbę jej przekroczenia nawet w trakcie trwania meczu!
W dni powszednie nie zważali już na nic i wydeptywali ścieżki. Bywało, że zapominał się sam ksiądz proboszcz. Wtedy jeden z bardziej zasłużonych dla klubu zawodników nie omieszkał odezwać się humorystycznie do księdza proboszcza - Ej, Panie Ksiądz! Gdzie Pan idziesz?
My, sportowcy, żyliśmy z księdzem proboszczem w wielkiej zgodzie, a słowne utarczki tylko pogłębiały naszą wzajemną sympatię.

PONOWNE OTWARCIE
2 października 1979 r. do stadionowej kaplicy przybył ks. kard. Stefan Wyszyński - Prymas Tysiąclecia. Oglądał zniszczenia w Wapnie i zapoznał się  z miejscem pod planowaną budowę nowego kościoła i plebanii.
Plany te odeszły jednak w czasowe zapomnienie, gdy 27 października 1981 r. zapadły decyzje na wyższym szczeblu: o ponownym otwarciu kościoła w Wapnie.
24 października 1981 r. w stadionowej kaplicy odbył się jeszcze ostatni ślub Doroty z Kiełtyków oraz Waldemara Grewlinga i po przeszło czteroletniej przerwie, 8 listopada zostaje odprawiona msza św. w nowo otwartym kościele pw. św. Barbary w Wapnie. Celebruje ją bp. Jan Michalski.
Sportowcy z Wapna otrzymali na powrót w użytkowanie swoje obiekty.
- To se ne wrati - mawiał pan Havranek. Ale się zdarzyło i zostało zapisane złotymi zgłoskami, w historii Wapna, wapieńskiego sportu i tutejszej parafii.

Bój o leśniczówkę

Leśniczówka Stołężyn. Fot. Zbigniew Grabowski

WAPNO | Przypadek sprawił, iż po skończonej służbie natrafił na Rosjan. Początkowo wzbraniał się przed udziałem w ataku, ale zgodził się pod groźbą rozstrzelania. To, co nieuchronne, nastąpiło później.

Wiktoria, córka Jadwigi  i Wincentego Ochockich, urodziła się w 1944 r. Imię, które nadali jej rodzice, zapewne wcale nie zdając sobie z tego sprawy, było synonimem mającej wkrótce nadejść wolności. Wiktoria nie wiedziała, że wolność trzeba okupić daniną krwi. Nie domyślała się też, że w imię tej wolności odda życie jej ojciec. Była ósmym z kolei dzieckiem w rozkochanej w dzieciach rodzinie Ochockich. Wincenty w lutym 1942 r. powrócił do domu w Polsce, za zgodą wyjątkowo jemu życzliwej Niemki, która zgodziła się na wymianę ojca - sześciorga wtedy dzieci - na innego robotnika polskiego do pracy w swoim gospodarstwie rolnym we wschodniej części Niemiec. Listy żony i matki, opiekującej się samotnie gromadką dzieci, pisane do męża i jego pracodawczyni trafiły widać na podatny grunt, co na tamte czasy było swoistym ewenementem. Ochocki po powrocie z Niemiec otrzymał pracę w kopalni soli w Wapnie, będącej w okresie okupacji pod zarządem niemieckim. Wraz z wolnością, którą wapnianie otrzymali 21 stycznia 1945 r., nadszedł też czas tworzenia pierwszych demokratycznych struktur w terenie. Z wapieńskich górników utworzono Straż Porządkową, stworzono też z nich zalążek pod przyszłą Milicję Obywatelską, mającą między innymi za zadanie  pomóc wojskom radzieckim w zapewnieniu ładu i porządku w terenie. Wincenty Ochocki został jednym z członków tego ostatniego tworu. 

ŁAD I PORZĄDEK
26 stycznia 1945 r., uzbrojony w karabin, wraz z kolegą Henrykiem Andrzejewskim sprawował służbę na drodze wiodącej z Podolina na Stołężyn. Mieli za zadanie kierować uciekających Niemców na boczne drogi, tak aby nie hamowali przemarszu główną  drogą wojsk radzieckich, prących w kierunku Berlina. Pełnili służbę między godziną 9.00 a 12.00.  
W okolicy, w te pierwsze styczniowe dni wolności, pałętały się różne gromadki uciekających Niemców. Byli to również żołnierze przegranej, lecz wciąż jeszcze groźnej w swej desperacji niemieckiej armii. Posuwali się przeważnie nocami, za dnia ukrywając się w stojących pusto  zabudowaniach. Na taką właśnie grupę dwunastu niemieckich maruderów, ubranych w białe maskujące stroje spadochroniarzy, natrafił w leśniczówce w Stołężynie Stefan Sikorski. Był on tam przez czas niemieckiej okupacji w służbie u leśniczego Schmidta. Wykonywał jako parobek, jak to się wtedy zwykło mówić, wszelkiego rodzaju prace gospodarskie, zajmując się też oprzętem zwierząt. We wzmiankowanym dniu chciał jak zawsze nakarmić pozostawione tam przez Schmidta „stwory”, a przy okazji wydoić krowy.

W ZŁYM MIEJSCU I CZASIE
Będących w ukryciu Niemców, wywabił z kryjówki głód. Poprosili o mleko oraz chleb. Sikorski stwierdził, iż mleko może im dać, jednakże chleba nie ma i co najwyżej może im przynieść. Głód był silniejszy od strachu, Niemcy się więc na to zgodzili. Wieść o ukrywających się w leśniczówce niemieckich żołnierzach lotem błyskawicy obiegła okolicę. Dotarła też do Rosjan, stacjonujących w Wapnie, na zakręcie drogi w kierunku na Gołańcz. Ci, pośpiesznie - czołgiem - wraz z grupą czternastu śmiałków z grona braci górniczej, wśród których byli między innymi: Zygmunt Wiśniewski, Maksymilian Baranek, Kazimierz Kwaśniewski, Leon Sokołowski, Marian Szefler oraz Kazimierz Grewling, udali się zarekwirowaną w pobliskim, poniemieckim majątku rolnym konną podwodą w kierunku leśniczówki. Przypadek sprawił, iż w Stołężynie natrafili na kończącego swą służbę Wincentego Ochockiego. Ten początkowo wzbraniał  się przed udziałem w ataku na leśniczówkę pełną Niemców. Ciągnęło go do domu, do dzieci, był już po służbie. Czyżby było to przeczucie tego, co miało nieuchronnie nastąpić?

NIE BYŁ TĄ OSOBĄ, ZA KTÓRĄ GO WZIĘLI
Jednakże wobec ostrego stanowiska Rosjan, którzy dosadnie stwierdzili, iż  „...oni przejechali tysiące kilometrów, aby ich wyzwolić, a tu taki owaki... skoro nie chce iść z nimi, to go... rozstrzelać...”, pojechał z resztą grupy. Wysiedli w sąsiedztwie leśniczówki. Ubrany w ciemną kurtkę, liczący około 176 cm wzrostu Ochocki do złudzenia przypominał, obserwującym go z okien leśniczówki Niemcom, Stefana Sikorskiego, który udał się z ich nakazu po chleb, a ubrany był również w ciemną kurtkę. To musiało podziałać na wyobraźnię - uciekinierzy uznali, że zostali zdradzeni. Jak opowiadał później złapany przez Rosjan jeden z dwójki Niemców,  młody 18-letni żołnierz, otrzymał od oficera będącego w ich gronie rozkaz, iż: „... tego zdrajcę, w tej czarnej kurtce... musi zabić”.
Niemcy rozpoczęli ostrzał zbliżającej się grupy. Ukryci w pobliskim rowie Polacy odpowiedzieli również ogniem, próbując przy okazji przemieścić się w pobliże leśniczówki. Ochocki, który chciał się podnieść z rowu i schować za ceglanym murkiem od bramy wiodącej do leśniczówki, padł trafiony kulą wystrzeloną przez młodego, zaczajonego nań Niemca. Kula, która przeszła przez prawą pierś, wyszła przez plecy. Ta sytuacja rozwścieczyła Rosjan, którzy wyskoczyli z czołgu i zaczęli obrzucać leśniczówkę granatami. Nie wiedzieć czemu, być może z braku pocisków, w tej walce nie użyli czołgowego działa. Rozgorzała więc strzelanina, którą Niemcy starali się przeciągnąć do czasu, aż zapadnie zmrok. Po czasie okazało się, iż w samej leśniczówce poległo dwóch Niemców, w tym jeden został rozerwany rzuconym przez Rosjan granatem. Również  Rosjanie okupili bój o leśniczówkę w Stołężynie śmiercią swego żołnierza oraz ranami dwóch innych.

UCIECZKA
Niemcy zaś, gdy zapadł zmrok, zaczęli się chyłkiem wymykać z leśniczówki. Dwójkę z nich jednak złapano i umieszczono w prowizorycznym, piwnicznym więzieniu, pod budynkiem dzisiejszej apteki w Wapnie. Dla Rosjan nie było „zmiłuj się”. Jeden z Niemców jeszcze tej samej nocy popełnił samobójstwo, natomiast drugi z nich, został kolejnego dnia rozstrzelany. Pozostała zaś ósemka niemieckich uciekinierów z leśniczówki dotarła do Lęgniszewa. Tam ukryła się w stogu, jednakże na niewiele to się zdało, gdyż wkrótce zostali ujęci przez Rosjan i rozstrzelani. Polska zaś ofiara tej bitwy, Wincenty Ochocki, spoczął na cmentarzu w Srebrnej Górze. 29 stycznia 1945 r. trumnę dla kolegi zrobił w kopalni soli Bolesław Sikorski, wykładając ją ładnie wiórkami. Żona Jadwiga wyścieliła ją zaś dodatkowo białym prześcieradłem. Pochowano go w polskim mundurze, z września 1939r.
Dzisiaj, z uczestników boju o leśniczówkę, nie żyje już  nikt. Jednakże pamięć o tamtych wydarzeniach powraca wraz z szumem leśnych drzew spod leśniczówki w Stołężynie, które opowiadają przybyszom na ucho tę niezwykłą historię z nieodległej przecież przeszłości...

Sekrety „Babiony”

Babiona. Fot. Zbigniew Grabowski

WAPNO | Położona nieopodal Stołężyna „Babiona” była torem saneczkowym dla dzieci, a pół wieku wcześniej przedmiotem karcianego zakładu.

Na stołężyńską „Babionę”, zwaną często zdrobniale „Babionką” czy też „Babią  Górą”, my z Wapna i okolic chadzaliśmy od zawsze.

 

Była ostra zima połowy lat sześćdziesiątych... Wraz z harcerzami, do których wtedy się zapisałem, wybraliśmy się na „Babionę” pojeździć na sankach. Ktoś z miejscowych na stoku pobudował maleńką skocznię. Najeżdżaliśmy więc na nią, pędząc z góry na sankach. Tylko nieliczni z naszego grona wrócili do domu bez sińców i z całymi sankami. Dobrze, że nikt się wtedy nie połamał... Harcerstwo wapieńskie zaś, za sprawą moich rodziców, którzy musieli mnie wtedy położyć do łóżka na kilka dni... utraciło tak dobrze zapowiadającego się członka.

WYGRAŁ GÓRĘ W KARTY
„Babiona” - wzniesienie  liczące 113,6 m n.p.m. z ciągu moren czołowych, które tędy przeszły w okresie zlodowacenia bałtyckiego.
Wzgórze stanowiło kiedyś własność niemieckiej rodziny Koernerów, która nastała w pobliskim Stołężynie w roku 1860, odkupując ten majątek od polskiej rodziny Wilkońskich za 137.000 talarów. Pierwszy właściciel, Edward Otto Teodor, przekazał majątek w 1907 r. na rzecz Alfonsa Koernera.
W tamtych czasach po dworach balowało się często, a przy okazji grywało też w karty, i to, o niemałe fortuny. A zdarzyło się tak, jeszcze przed I wojną światową, że grający w karty Alfons Koerner tak zacietrzewił się w tej grze, iż przegrał na rzecz swego adwersarza Wilhelma Klemke ową „Babionę” wraz ze skrawkiem ziemi. W 1924 r., kiedy nastąpiła parcelacja majątku Klemki, „Babiona” trafiła w ręce Andrzeja Lemańskiego. Stąd też często w okolicy funkcjonuje jeszcze określenie „Góry Lemańskiego”. Stanowiła ona przez długi czas obszar ziemi, przynależny do Podolina, dopiero po II wojnie światowej ten wycinek gruntu został ponownie przydzielony Stołężynowi. „Babiona” z czasów II wojny światowej, to miejsce owiane tajemnicą. Otoczona lasami, w które często zrzucano spadochroniarzy, ściganych później przez Niemców, stała się miejscem stałych eskapad młodzieży niemieckiej spod znaku Hitlerjugend, kwaterującej w wapieńskiej szkole.

WOJENNA TAJEMNICA
Były to przeważnie ćwiczenia i przemarsze na „Babionę”, mające charakter na poły wojskowy, służące szkoleniu przyszłych kadr wojskowych okupanta. W latach 1942 - 1943 Niemcy rozpoczęli zalesianie góry i otoczenia wokół niej. Przystąpili też do budowy „rakarni” - zakładu utylizacji zwierząt. Na zlokalizowanych wokół góry łąkach wykopali doły, zaś od Wapna w kierunku Stołężyna rozpoczęli sypanie nasypu pod przyszły tor kolejowy. Teren został otoczony przez wojsko niemieckie, a do pracy zaangażowano polskich robotników, zarówno kobiety, jak i mężczyzn, którym otwarcie mówiono: - Będziemy was tu palić. Niemcy mówili być może to, co ludzie chcieli słyszeć, a co też dziwić w tamtych czasach nie mogło wcale. Czyżby rację mieli więc jednak ci, którzy twierdzą - a takich jest zdecydowana większość - iż miało to być jednak krematorium dla nie użytecznych już Niemcom Polaków z Warthegau - Kraju Warty, stworzonego przez Hitlera?
„Materiały budowlane dostarczano koleją  do Wapna, a dalej jak się dało. Powstał  więc budynek zbudowany z cegły i betonu o długości ok. 25 m i 9 m szerokości. Betonowa piwnica była 3-komorowa, bez możliwości przechodzenia z jednej do drugiej. Można było wejść tylko do każdej oddzielnie, z wierzchu, gdzie wykute było po kilka otworów. Wejście stanowiły włazy wmontowane w beton. Obok stał komin, wysoki na kilka pięter. W otoczeniu postawionego już budynku stało ponoć 5 czy też 6 dużych pieców...”
Nie mnie sądzić, kto ma rację w tym historycznym sporze, najpewniej nigdy już się tego nie dowiemy, gdyż i ludzi związanych z tą budową najpewniej już nie ma. Groza wojny nieraz będzie jednak jeszcze dyktować ludziom różne wizje tamtych czasów, związane ze stołężyńską „Babioną” i jej sąsiedztwem.

 

Tajemnicza strefa

{jcomments off}

Archiwum Jerzego Palucha

Pruscy kartografowie pokazali na swych mapach ogrodzony teren, położony między obecnymi ulicami Średnią, Kcyńską, Św. Wojciecha. Jaki obiekt planowała ówczesna administracja, grodząc ten obszar?

Przed wieloma laty, podczas  wizyty w  gabinecie ówczesnego burmistrza Wągrowca, zauważyłem na ścianie kserokopię pocztówki przedstawiającej plan Wągrowca z czasów zaboru pruskiego.Okazało się, iż jest pamiątką po wizycie w Urzędzie Miejskim szwajcarskiego Żyda, mieszkańca  Zurichu, który odwiedził nasze miasto, aby odszukać ślady przodków, mieszkających przed I wojną światową przy obecnej ulicy Bydgoskiej. Ponieważ owa  czarno-biała pocztówka (rys.1) stanowiła  rodzinną pamiątkę, zgodził się wyłącznie  na  jej skserowanie. Ponieważ osoba wykonująca kserokopię nie zrobiła odbitki z obu stron pocztówki, a jedynie stronę z planem Wągrowca, nieznany był rok  jej wydania i wydawca.
Poprosiłem więc burmistrza o nazwisko i adres jej właściciela, zamierzając przy najbliższym pobycie w Zurichu odszukać właściciela pocztówki. Niestety, kiedy parę miesięcy później do tego doszło, okazało się, że już nie żyje. Ponieważ kartka przedstawiająca fragment planu miasta stanowi rzadkość, postanowiłem ustalić chociaż prawdopodobny rok wydania jej oraz mapy powiatu - fragmentu pocztówki.

ANALIZA TREŚCI
Nazwa Wongrowitz jednoznacznie wskazuje na okres po roku 1840. W tym czasie wojskowe i cywilne mapy pruskie stosowały już tylko tę nazwę miasta. Przeprowadzona analiza pokazanego miasta: wybudowanej w latach 1905-1908 linii kolejowej do Poznania przez Skoki, pochodzącego z lat 1906/09 budynku ewangelickiego seminarium nauczycielskiego przy obecnej ul. Kościuszki, układu ulic, a zwłaszcza widocznej tylko niższej części budynku starostwa, bez dobudowanej w 1913 roku jego wyższej części z obecną salą sesyjną, oraz brak budynku  szpitala, wybudowanego w latach 1913 - 1918, pozwoliły jedynie na przypuszczenie, iż pocztówka została wydana już po 1910, a przed rokiem 1913.
Przeprowadzona  kwerenda  zachowanych w archiwach map pruskich powiatu wągrowieckiego wykazała, iż umieszczony na pocztówce fragment pochodzi  z wydanej w 1911 roku mapy Kreis Wongrowitz der naturlichen Laenge, wydanej w skali 1:25.000. Oparta o pomiary sytuacyjne wykonane w  1888 oraz w 1890 roku, uaktualniona została o zabudowę istniejącą w roku 1911.

WNIOSKI Z MAPY
Pojawia się kolejna niespodzianka: teren o powierzchni około 40 ha, położony między obecnymi ulicami Średnią - Słowackiego, Kcyńską, Św. Wojciecha oraz przylegającym do szpitala lasem, na którym obecnie znajdują się bloki  Spółdzielni Mieszkaniowej i budynki jednorodzinne (rys.2).
Zarówno na pocztówce jak i na mapie, z której pochodzi, pokazany jest obszar, który zgodnie z Zestawieniem znaków topograficznych map austriackich, niemieckich i rosyjskich, oznaczony jest jako ogrodzony płotem z siatki. W jego wschodniej części zwracają uwagę: ogród warzywny i brak rosnącego dziś lasu między ul. Żeromskiego a Orzeszkowej. Konieczne staje się więc postawienie pytania: jaki obiekt planowała administracja pruska, grodząc ten teren? Co ciekawe, obie wydane monografie Wągrowca nie wspominają nic o zamiarze zlokalizowania przez władze pruskie na terenie Wągrowca garnizonu wojskowego.
Jak się wydaje, mogłoby to uzasadniać poniesienie wysokich kosztów budowy ogrodzenia wokół tak dużego obszaru. Zgodnie z opinią naukowca z Zakładu Geodezji i Kartografii Środowiska Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, specjalisty w zakresie map pruskich, wykluczone jest przypuszczenie, iż pruscy kartografowie pokazali obiekt, który nie istniał w czasie sporządzania mapy.
Stawiając powyższe pytanie wyrażam nadzieję, iż może któryś z miejscowych historyków lub ktoś z czytelników podejmie próbę udzielenia na nie odpowiedzi.

 

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem