środa, 17 lipca
00:59

Ucieczka na szafot (cz.1)

Górnicy z Wapna wywiezieni na roboty do Niemiec nawiązali współpracę z ruchem oporu. Zaplanowano ucieczkę. Przygotowywało się do niej 4 górników, jeden w ostatniej chwili zrezygnował.

Przy pomocy łączniczki z podziemnej organizacji uciekło trzech: Mieczysław Kubisz, Florian Mazur, Alojzy Nowakowski. Zostali jednak zatrzymani na granicy szwajcarsko – niemieckiej przez policję szwajcarską i wydani Niemcom. Sąd Narodowy w Berlinie skazał całą trójkę na śmierć, przez ścięcie.

BURZLIWE LOSY
Mietek, Florek i Aloś to byli chłopcy z jednej ulicy, z jednego „fyrtla”. To były swoje, podolińskie chłopaki. Mieli zaledwie po 20 - 30 kilka lat. Chcieli kochać, zakładać rodziny i pracować spokojnie w kopalni soli - tak jak ich ojcowie.
Wybuch wojny 1 września 1939 r. spowodował, że kopalnia soli dostała się w ręce najeźdźcy. Powracający z ucieczki, wypuszczeni z obozów jenieckich górnicy początkowo nie mieli gdzie pracować. Kopalnia stała unieruchomiona na skutek akcji sabotażowej górników, którzy w pierwszych dniach wojny rozmontowali maszynę wyciągową, zabierając i wywożąc do Łodzi tzw. maszynę Schonfedla. Kopalnia ruszyła dopiero w styczniu 1940 r. Górnicy do tego czasu pracowali w okolicznych majątkach ziemskich przy zbiorze ziemniaków i buraków.
Początkowo zatrudnienie w kopalni było stosunkowo niskie, rozpoczął się jednak jego sukcesywny wzrost. Spowodowane to było zwiększeniem popytu na sól. Jednakże rotacja górników sięgała 20 proc. załogi. Spowodowane to było polityką okupanta, polegającą na systematycznym wywozie górników na roboty przymusowe w głąb Rzeszy, jak również wysyłaniem pracowników kopalni do kopania umocnień obronnych, tzw. „Einsatz”. Dochodziło ponadto do przesiedleń ludności, jak również prób zastępowania polskich górników niemieckimi. Zatrudniano też kobiety, a pod koniec wojny nawet więźniów.

WYWÓZKI
W latach 1940 – 1944 na roboty w głąb Niemiec wywieziono ok. 80 osób, co stanowiło 1/3 całej załogi. Z prac tych nie powróciło w wyniku śmierci 9. górników. Władze niemieckie rozpoczęły masowe deportowanie pracowników kopalni na roboty przymusowe pod koniec sierpnia 1941 r. Pierwszy taki wyjazd był karą za niesubordynację w pracy. Niemcy zażądali transportowania wózka o ładowności 1 tony przez jednego pracownika. Górnicy, stwierdziwszy że to ponad ich siły, odmówili. Dwunastu opornych wywieziono do pracy w podziemnej kopalni węgla brunatnego Osternienburg Deutsche Solvaywerke koło Dessau. Z tej grupy, po zakończeniu wojny wszyscy powrócili do kraju. Gorzej było już z kolejną grupą 18. mężczyzn, wywiezionych również w roku 1941 do miejscowości Westeregel, gdzie pracowali w zakładach „Chemische Werke”. Zatrudniono ich przy produkcji kwasu solnego i sody. Z tej grupy, na skutek złego odżywiania oraz pracy w bardzo trudnych warunkach, zmarło 5. górników: Józef Grzeszczak, Wojciech Jakubiak, Stanisław Malicki, Andrzej Przybylski oraz Stanisław Wronecki.
Następną grupę, liczącą 19 osób, wysłano w drugiej połowie 1941 r. do pracy w kamieniołomach w Kreuzburgu. W grupie tej byli wspomniani już na wstępie: Mieczysław Kubisz, Florian Mazur, Alojzy Nowakowski. Przebywali tam również inni górnicy z Wapna: Kazimierz Otto, który zmarł w wyniku wycieńczenia, jak również Bogdan Szefler i Franciszek Będzitko. Ze względu na powiązania rodzinne dość dokładnie tamte fakty opisał swego czasu w dodatku do czasopisma: Gromada - Rolnik Polski z 11 września 1949 r. Stanisław Mazur, poseł na Sejm 1952 – 1956, wywodzący się z Podolina: „Praca przebiegała w trudnych warunkach. Górnicy nawiązali współpracę z ruchem oporu. Trudno ustalić, co to była za organizacja i jakie miała powiązania polityczne. Zaplanowano ucieczkę... Przygotowywało się do niej 4. górników, jeden w ostatniej chwili zrezygnował. Uciekło razem trzech, przy pomocy łączniczki z podziemnej organizacji”. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 29 Z 17 LIPCA 2019 R.

Tajemnica wydziału W - 2

 

430 metrów pod ziemią znajdował się V poziom Kopalni Soli w Wapnie. Z tym właśnie miejscem wiąże się największa tajemnica Wapna i tutejszej kopalni soli.

 

Tajemnica, o której cokolwiek wiedzą dziś już tylko nieliczni i to tylko fragmentarycznie. Jej zdobycie i to zaledwie w tym kształcie, kosztowało mnie wiele trudu. Choć brzmi to niczym bajka, jednak wydarzyło się naprawdę.

 

TAJEMNICA PAŃSTWOWA
Poziom V rozpoczęli eksploatować Niemcy w 1940 roku. Był czas wojny i okupacji. Historia, którą chcę tu opowiedzieć, wiąże się zaś z Rosjanami i dotyczy okresu powojennego. Co prawda, dopiero 14 maja 1955 r. został formalnie podpisany w Warszawie tzw. Układ Warszawski. Sankcjonował on istniejące od czasu drugiej wojny światowej podporządkowanie państw i ich armii ZSRR. Przygotowania do zawarcia układu trwały jednak już znacznie szybciej. Były owiane wielką tajemnicą, której rąbek związany z Wapnem i z tutejszą kopalnią, zdecydowałem się dziś uchylić.

 

Był rok 1951. Kopalnia Soli w Wapnie była w owym czasie pod nadzorem Zarządu Przemysłu Solnego, po przejściu tam spod kurateli Polskiego Monopolu Solnego. Była też już w owym czasie samodzielnym przedsiębiorstwem państwowym. Piszę o tym nie bez kozery, gdyż sprawa W – 2, tajemniczego wydziału prowadzącego inwestycje w Wapnie, nie miała żadnych związków ani z Zarządem Przemysłu Solnego, ani też z kopalnią jako ich pomysłodawcami. Prowadził tę inwestycję Departament Inwestycji przy Ministerstwie Górnictwa pod nadzorem Rosjan.

 

Zatrudnianie pracowników administracyjnych obsługujących budowę W-2 odbywało się zazwyczaj przy użyciu poufnej korespondencji, za pośrednictwem Centrali Produktów Naftowych, której zarząd przedsiębiorstwa mieścił się w Warszawie przy ulicy Rakowieckiej 39. Inwestycja zakładała przystosowanie komór solnych znajdujących się na V poziomie Kopalni Soli w Wapnie do magazynowania benzyny lotniczej, dla wspólnych wojsk przyszłego Układu Warszawskiego. Podobny pomysł miał dotyczyć ponoć również Kopalni Soli w Wieliczce.

 

KTO ZA TYM STAŁ?
Z ramienia wspomnianego Departamentu Inwestycji formalny nadzór nad inwestycją w Wapnie sprawował niejaki płk Gwiazda, który był wtedy często widywany w Wapnie. Zostaje utworzona oddzielna dyrekcja W – 2. Dyrektorem tajemniczego wydziału zostaje inż. Jan Panasiewicz, w roku 1951 główny elektromechanik i kierownik techniczny wapieńskiej kopalni. Znalazła tutaj zatrudnienie również grupka miejscowych Polaków. Przykładowo, z kopalni soli 15 lipca 1952 r. oddelegowano służbowo Irenę Nowak, która pracowała w tajnej kancelarii tegoż wydziału, prowadząc dokumentację wchodzącej i wychodzącej korespondencji. Prace związane z dokumentacją finansową nadzorował Jan Sapek, zaś prace pomocnicze związane z działalnością W-2 wykonywała także Stefania Szczublewska. Osobistym kierowcą pułkownika Gwiazdy był Florian Kaniewski, późniejszy sygnalista w kopalni. Ich częste wspólne wyjazdy do Warszawy miały niekiedy humorystyczne zabarwienie, ponieważ ulubionym zajęciem zwierzchnika w czasie jazdy do stolicy było polowanie na zające, które pojawiały się na drodze w smugach reflektorów samochodu. Obawiając się tragedii, Kaniewski zrezygnował z pracy w tym wydziale.

 

W owym czasie częstymi gośćmi w Wapnie byli polscy inżynierowie: Marian Kloc, Bosacki oraz Alfred Daniec. Z dyskusji między nimi wynikało, iż my, Polacy, przy tej inwestycji nie mieliśmy nic do gadania. Musieliśmy wykonywać tylko odgórne dyrektywy. Przystąpiono równolegle do szeregu prac: budowy nasypu kolejowego w kierunku stołężyńskiej „Babiony” (wzniesienie liczące 113,6 m n.p.m.), skąd miała być „bita” pochylnia tzw. upadowa, sięgająca V poziomu kopalni. Przystąpiono też do budowy stołówki dla kilkuset osób, mających obsługiwać magazyny oraz budowy miejsc noclegowych dla nich. Zakładano, że będą to głównie więźniowie odbywający wieloletnie kary.

 

A wracając do budowy nasypu kolejowego w kierunku „Babiony”, w momencie zaprzestania tej inwestycji (1953 r.) nasyp był już wykonany do wieży ciśnień. Szedł on od torów głównych w Wapnie, zaczynając się za istniejącą tam kiedyś nastawnią, omijał następnie teren starej stodoły polnej i szedł w kierunku wieży ciśnień, przy której rozstawione były już na nasypie podkłady i rozpoczęto kładzenie torów. Tam, gdzie był ogród zakładu rolnego, wykarczowano wszystkie drzewa, zniwelowano teren i składowano podkłady. Przy tych pracach zaangażowani byli m.in: Bronisław Nowakowski, Władysław Hałas, Oskar Prech oraz Zbigniew Marynowski. Zdarzało się, iż pracowały tam również panie, jak chociażby mieszkanka Stołężyna Stanisława Bejma. Z latami, po zaprzestaniu tej inwestycji nasyp kolejowy został w Wapnie zrównany. (...)

 

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 28 Z 10 LIPCA 2019 R.

Teatry grały w Wapnie

Dla wielu wydaje się niepojętym, że w niewielkim Wapnie mogły funkcjonować równocześnie dwa zespoły teatralne.

Zwłaszcza dziś, gdy w większości wiejskich środowisk kultura totalnie leży, taka sytuacja musi wywoływać zainteresowanie, później zaś podziw, a jeszcze za chwilę musi paść sakramentalne pytanie - jak to było możliwe?
Czasy istnienia w Wapnie kopalni soli były okresem rodzenia się różnorakich inicjatyw, z których ta o założeniu w Wapnie teatru nie była wcale odosobnioną. Był przecież po wojnie w Wapnie: basen pływacki, kino i szkoła średnia. Dlaczego nie miałoby być i teatru? Jak to wszystko zaczęło się? Pierwszy młodzieżowy zespół amatorski powstał w Wapnie w 1950 r. i grupował młodzież szkolną. Pierwsze sztuki - bajki, w oparciu o kukiełki wykonywane przez pracownika kopalni Łagodę reżyserował wtedy naczelnik stacji PKP w Wapnie Bolesław Pilarski, któremu pomagał Leon Żakowski, opiekun młodzieży szkolnej z ramienia kopalni. Wystawiono w owym teatrze bajki: „Miała babuleńka kozła rogatego” czy też „Przygody Plastusia”. Żakowski uczył się od niego trudnej sztuki aktorskiej oraz reżyserki, kiedy ten reżyserował wszystkie pierwsze powojenne sztuki teatralne. Były to przeważnie komedie („Baśka”), chociaż zdarzały się dzieła bardziej ambitne, jak rzecz o czasach okupacji pod tytułem „Michał”. W zespole teatralnym występowali wówczas m.in: Bolesław Pilarski, Wojciech Piechówka, Leon Żakowski, Henryk Piasecki, Marian Powałowski, Janina Wieczorek czy też Leokadia Wronecka.
W 1953 roku, po wyjeździe Pilarskiego z Wapna, samodzielne już kierownictwo nad zespołem objął Leon Żakowski. Wystawiano wtedy poważniejsze już sztuki: „Bosman z bajki”, „Kanarek”, czy też „Nie igra się z miłością”. Próby zespołu wobec braku sali odbywały się w pomieszczeniach biurowych kopalni soli, często również w mieszkaniach prywatnych, a spektakle wystawiano w szkole. Dopiero oddanie w 1957 r. Domu Górnika, w którym była też zlokalizowana scena, stworzyło komfort pracy teatralnej. Pierwsze sztuki w nowych pomieszczeniach reżyserował oczywiście L. Żakowski, który sam bywał w nich aktorem. Miał duże wsparcie w osobie kapelmistrza orkiestry górniczej, Zbigniewa Dudka, który był kierownikiem muzycznym zespołu oraz Hieronima Szulczewskiego, który wspólnie z zespołem teatralnym wykonywał całość dekoracji scenicznych. Kostiumy to była zaś zazwyczaj domena żony reżysera, Elfrydy Żakowskiej, której pomagały też niekiedy panie Dudkowa i Rzenska. Oprawę techniczną gwarantowali bracia Zbigniew i Jacek Bubaczowie przy wsparciu Zbigniewa Szopińskiego. Początkowo suflerem była Urszula Bubacz, z czasem i w tę rolę wcielił się Żakowski. To nie były łatwe czasy, aby realizować swoje pasje sceniczne. Aby przemieścić się do innych miejscowości, a sztuki były wtedy wystawiane w: Żninie, Kcyni, Chodzieży, Mieścisku czy też Szubinie i wielu innych miejscowościach, trzeba było przewieźć tam zarówno dekoracje sceniczne, jak i zespół teatralny. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 26 Z 26 CZERWCA 2019 R.

Walczył o wolną Polskę, harcerstwo i młodych

W piątek 14 czerwca pożegnaliśmy Wiktora Matczyńskiego: harcerza, miłośnika żeglarstwa, żołnierza Szarych Szeregów, marynarza, wychowawcę młodzieży i lokalnego patriotę.

Kiedy kondukt żałobny z prochami zmarłego 9 czerwca br. Wiktora Matczyńskiego dotarł spod bramy cmentarza nowofarnego na miejsce wiecznego spoczynku, zawyły miejskie syreny. Nie było to wyreżyserowane, mistrz ceremonii odczekał chwilę ze swoją przemową, a ja miałem wrażenie, że to miasto zawodzi po stracie kolejnego zacnego wągrowczanina. Człowieka, który ukochał Wągrowiec i związał z nim całe swoje życie.

Kiedy syreny umilkły...
Córka zmarłego Hanna Matczyńska wspominała: -  Dziewięć miesięcy temu, żegnając tutaj moją mamę, zacytowałam Stanisława Barańczaka: “Stoimy na lotnym piasku który mierzy nasz czas.”
Dzisiaj żegnam naszego Ojca. Naszego Tatę. Bohatera naszych najwcześniejszych, rozmytych wspomnień. Tatę, który nas nosił. Tatę, który nam śpiewał. Dziś znowu jestem jego Hanią i trudno mi zrozumieć, że Taty już nie ma. Że jego gromki głos nie zaśpiewa już harcerskich piosenek, że nie pracuje właśnie gdzieś daleko w ogrodzie, że nie przyniesie nam kosza jabłek i orzechów.
Dziś żegnamy Wiktora Matczyńskiego, przedstawiciela wspaniałego pokolenia lat 20-tych, które odchodzi. Żegnamy harcerza, oddanego przez całe swe życie idei polskiego harcerstwa, kultywującego jego przedwojenne tradycje i stwarzającego nowe. Żegnamy harcmistrza, który wykształcił wiele pokoleń harcerzy naszego regionu. Zaledwie kilka tygodni temu ojciec pytał mnie, czy mam gotowy mój mundur, dziś żegnają go wągrowieccy harcerze.
Do urny z jego prochami złożono harcerską lilijkę Szarych Szeregów. Żegnamy dzisiaj żołnierza Szarych Szeregów, weterana walk o niepodległość Rzeczypospolitej Polskiej, porucznika rezerwy, marynarza. Żegnamy patriotę, któremu dzieciństwo zabrała wojna; który nastoletnie lata spędził walcząc o Polskę. Misją swego życia uczynił więc pracę na rzecz młodych obywateli Polski, rozumiejąc konieczność edukacji o historii, wolności, demokracji i jej kruchości w obliczu nacjonalizmu. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 25 Z 19 CZERWCA 2019 R.

Tradycja rzecz ważna

W czerwcu w powiecie wągrowieckim, jak każdego roku, wierni tradycji swych przodków członkowie i sympatycy ruchu ludowego przyłączyli się do krajowych obchodów Święta Ludowego.

W tym roku świętowano w gminach: Gołańcz (Czeszewo, Chawłodno), Wapno (Wapno, Stołężyn) i gminie Wągrowiec (w Kobylcu), razem z lokalnymi samorządowcami i mieszkańcami. Począwszy od 9 czerwca - niedzielnych Zielonych Świątek, które przypadają w Niedzielę Zesłania Ducha Świętego - w tych miejscowościach odbyły się msze święte i spotkania przy kawie, na których m.in. wspominano historię Święta Ludowego. W niektórych wsiach także jest podtrzymywana tradycja objazdu pól.
Święto Ludowe - „...to jedno z najpiękniejszych świąt polskich, wyrosłe z tradycji narodowej, ludowej i chrześcijańskiej. Dla ludności wiejskiej, od pradawnych czasów Święto Zesłania Ducha Świętego, nazywane Zielonymi Świątkami, było uroczyście obchodzone. Tego dnia kościół, wszystkie domy i podwórza ozdabiano gałązkami lub drzewami brzozy, jesionu czy świerka. Podłogi i ziemię posypywano zielonym tatarakiem, świerczyną i kwiatami...” – pisze dr Janusz Gmitruk, dyrektor Muzeum Historii Polskiego Ruchu Ludowego (Zielony Sztandar”, czerwiec 2019).

GŁĘBOKIE KORZENIE
Niegdyś było to przede wszystkim święto rolników cieszących się z wiosny. Niosąc obraz Matki Boskiej obchodzili oni granice swych pól i uroczyście śpiewali. Warto tu dodać, że przed stu laty ludność wiejska stanowiła około 3/4 ogółu społeczeństwa II Rzeczypospolitej.
Święto sięga korzeniami początków ruchu ludowego, wyrastając z chłopskiego czynu zbrojnego kosynierów Tadeusza Kościuszki pod Racławicami w 1794 roku. To w Galicji w 1903 roku zrodziła się myśl ustanowienia obchodów Święta Ludowego. A 30 maja Rada Naczelna PSL podjęła uchwałę, że każdego roku obchody mają odbywać się 4 - kwietnia w rocznicę bitwy pod Racławicami lub najbliższą niedzielę po 4 kwietnia, gdy ten dzień będzie powszedni. Pierwsze obchody miały charakter patriotyczny i przebiegały pod hasłem „Żywią i bronią”. Sprzyjały budzeniu ducha narodowego wśród galicyjskich chłopów, do poczucia własnej godności i siły do walki o sprawiedliwość społeczną z wszelkimi przeżytkami feudalizmu. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 24 Z 12 CZERWCA 2019 R.

Z asesora chłop, bankier, a przede wszystkim patriota

ZYGMUNT WILKOŃSKI był prekursorem pracy organicznej na Kujawach i obrońcą polskości.

Zygmunt Wilkoński, to doktor praw, ziemianin, współzałożyciel Towarzystwa Pożyczkowego (późniejszego Banku Ludowego) i Młyna Parowego „Grabski, Wilkoński i S-ka”, założyciel Solanek w Inowrocławiu oraz współzałożyciel Cukrowni „Kujawy” w Janikowie. Twórca obowiązującej do dziś metody ustalania cen w rolnictwie według cen zboża.

KORZENIE
Wilkońscy wywodzą się od Czechów lub Morawian, którzy w XII w. przybyli do Polski i osiedlili się w Wielkopolsce. Stanisław, który był wtedy rycerzem Odrowążem, w 1393 r. ożenił się w Wilkoniczkach z córką jednego z ostatnich Awdańców. Od tego momentu był już Stanisławem Wilkońskim, a Wilkoniczki z czasem stały się Wilkonicami, siedzibą rodu Wilkońskich. Miejscowość leży koło Gostynia, w okolicy Krobi. Po śmierci Stanisława właścicielem Wilkonic w 1427 r., został Deresław Wilkoński. Następne pokolenia Wilkońskich również osiedlały się na terenach Wielkopolski.
Zygmunt Wilkoński urodził się 20 maja 1832 r. w Stołężynie. Był synem Floriana, właściciela Wapna, który kupił je około 1820 r. od wojewody gnieźnieńskiego Józefa Radzymińskiego. Od niego też Florian wykupił w 1829 r. Stołężyn. Przez kolejne pokolenia Wilkońskich hasło „Wapno” było kluczem, który otwierał rodowe wrota. Był jednym z sześciorga dzieci Floriana i Marianny: Heleny i Stefanii, Kazimierza, Zygmunta, Bolesława i Władysława. Na chrzcie otrzymał imiona: Zygmunt, Nepomucen. Do 10. roku życia nauki pobierał w domu rodzinnym w Stołężynie. Uczył się łaciny, języka niemieckiego, arytmetyki, geografii. Po zdaniu 1 października 1842 r. egzaminów wstępnych, rozpoczął naukę w Gimnazjum Marii Magdaleny w Poznaniu. Po dwóch latach został przeniesiony do Gimnazjum im. Fryderyka Wilhelma, gdzie uczył się do 1851 r. Maturę zdał w królewsko – katolickim gimnazjum św. Macieja we Wrocławiu. Ktoś zauważy z miejsca, iż edukacja gimnazjalna trwała dość długo. Spowodowane to było jednak słabym zdrowiem Zygmunta i dłuższymi też przez to przerwami w nauce.
Po zdaniu egzaminu dojrzałości odbył studia prawnicze na uniwersytetach: we Wrocławiu, Heidelbergu, Berlinie i ponownie we Wrocławiu. Tam też 27 czerwca 1856 r. zdał egzamin państwowy, broniąc pracę doktorską i otrzymał tytuł doktora prawa: rzymskiego i kanonicznego. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 19 Z 8 MAJA 2019 R.

Mazura droga z Piekła do Nieba

STANISŁAW MAZUR (1897 – 1964) należał do elitarnego grona ośmiu osób, nagrodzonych po raz pierwszy w Polsce Orderem Budowniczych Polski Ludowej.

Jest 11 września 1949 r. Na Psim Polu pod Wrocławiem odbywają się Ogólnopolskie Dożynki. Ich gospodarzem, jakżeżby inaczej, jest ówczesny prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Bolesław Bierut. Na trybunie honorowej zasiadają m.in: premier Józef Cyrankiewicz oraz Marszałek Polski Michał Rola - Żymierski. Kiedy rusza 50-tysięczny pochód (wg Polskiej Kroniki Filmowej z tego czasu nawet stu tysięczny) delegacji chłopów i młodzieży wiejskiej, na jego czele kroczy człowiek, znany wszystkim ówczesnym mieszkańcom gminy Wapno. Jest nim Stanisław Mazur, były żołnierz w armii niemieckiej czasu I wojny światowej, uczestnik zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego. W tamtym czasie sołtys gromady Podolin, który już niedługo później, bo 26 października 1952 r., zostaje wybrany posłem do Sejmu PRL jako kandydat z okręgu gnieźnieńskiego. Cóż takiego wydarzyło się w życiu Stanisława Mazura, że to właśnie jego sylwetkę widzimy na czele tak licznego pochodu ludzi obchodzących krajowe Święto Plonów na podwrocławskim Psim Polu?

MISTRZ BURAKA CUKROWEGO
Zanim tak się stało, wybrano go Mistrzem Urodzajów. Sprawa była w Polsce nagłośniona niezwykle mocno. Stanisław Mazur wziął udział w 1948 r. w ogólnopolskiej akcji współzawodnictwa pod hasłem „Najwyższy plon buraka cukrowego”. Centralny Komitet Akcji Plantacyjnej Buraka Cukrowego w Warszawie wyróżnił go w kwietniu 1949 r. jako czołowego plantatora tegoż buraka w Polsce, który uzyskał jako członek Stowarzyszenia Plantatorów przy Cukrowni Żnin na swojej plantacji w Podolinie plon 568,33 kwintala buraka cukrowego z 1 ha. W niedzielę, 23 sierpnia 1949 r. ukazuje się czasopismo Gromada, zaś na okładce widnieje postać Stanisława Mazura. Wewnątrz znajdujemy też dwustronicowy artykuł na temat życia jego i rodziny oraz o jego miłości do koni. Dowiadujemy się o ogierze Wichrze i klaczy Mazurce, którą utracił w 1939 r., a szczęśliwie odzyskał po wojnie i która wydała na świat siedem źrebiąt do czasu wojny i jeszcze jedno po wojnie, które nazwał Wichrem II. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 17 Z 24 KWIETNIA 2019 R.

Wojciech Kubanek – „polski król”

Dziś chcę przybliżyć, a być może odkryć też na nowo, postać znamienitego księgarza, żarliwego patrioty, propagatora regionalnej prasy, drukarza i wydawcy WOJCIECHA KUBANKA, rodem z Wapienka.

W 1907 roku był współorganizatorem strajku polskich dzieci w gołanieckiej szkole. Za to i podobne działania zyskał on sobie od Niemców przezwisko „Polnischer König” (polski król)
Wapienko to dawny folwark dworski, który znajduje się dziś administracyjnie w granicach Wapna. Jeszcze w 1910 roku, na co wskazuje mapa Wielkiego Księstwa Poznańskiego, był on samodzielnym tworem, podobnym innym w okolicy: Wilkonicy czy też Kernerowa. Folwark Wapienko powstał najpewniej w połowie XIX w.

POCZĄTKI
Jego pierwszym właścicielem był Antoni Wilkoński, syn Władysława Wilkońskiego. Z kolei ojcem Władysława był Florian Wilkoński, który od 1820 r. był właścicielem Wapna, w którym w 1828 r. uruchomił kopalnię gipsu, a w 1829 r. został właścicielem Stołężyna. Antoni Wilkoński folwark Wapienko przekazał 20 kwietnia 1870 r. synowi Władysławowi, zastrzegając dla siebie dożywotnią rentę roczną w kwocie 600 talarów. Zmarł w Wiśniewku koło Łekna, 22 maja 1879 r. i został pochowany w Czeszewie, natomiast jego żona Roksana z Sulerzyskich umarła 10 listopada 1873 r. w Wapienku i została pochowana w Srebrnogórze (dzisiejsza Srebrna Góra).
Kubankowie byli zapewne jedną z wielu rodzin, które pracowały w tym folwarku. Gdy wybuchła wojna francusko – pruska (1870/1871), wielu z majątkowych wyrobników zostało wcielonych do armii pruskiej. Ci, którzy przeżyli i powrócili z wojny w swoje rodzinne strony, otrzymali włókę ziemi (ok.16 ha) na własność. Stawali się zatem gospodarzami całą gębą. Jednak początkowo musieli jeszcze przez 2 dni w tygodniu pracować u właściciela folwarku, zaś resztę już u siebie. Oprócz Kazimierza Kubanka, ojca Wojciecha, ziemię otrzymali wówczas również: Knachowie, Lorenccy czy też Derezińscy. Folwark liczący ponad 100 ha stał się z czasem własnością rodziny Łubieńskich. W 1905 r. ów folwark liczył 7 domów z 52. osobami. Władysław Łubieński sprzedał Wapienko, 10 maja 1907 r. Michałowi i Katarzynie z Szymczaków Saganowskim za 179.000 marek. Od Saganowskich wykupili go następnie Ziarniak i Brzeziński. Z kolei od tych nabyła go w 1912 r., przybyła w te strony z Januszkowa k. Żnina, rodzina Jachów, Antoni i Franciszka z d. Cieślak.
Wojciech Kubanek – senior, w odróżnieniu od syna, także Wojciecha (r. 1902), urodził się w Wapienku 1 kwietnia 1865 r. Jego rodzicami byli Kazimierz i Katarzyna z Cholewińskich Kubanek. Wojciech posiadał liczne rodzeństwo, które z czasem pozakładało rodziny i gospodarzyło na swoim w pobliskich miejscowościach. I tak, bracia: Józef (w Łukowie), Jan (w Smuszewie – Madera), Franciszek (w Turzy). Tylko Andrzej pozostał na ojcowiźnie w Wapienku, zaś kolejny brat Kazimierz zajął się najpewniej handlem w pobliskiej Kcyni, o czym zaświadcza wzmianka w Pałuczaninie z 30 maja 1930 r., informująca o chęci sprzedaży kamienic przez niego, tj. jednej ze składem rzeźnickim za 30.000 zł oraz drugiej w dobrym położeniu do handlu za 32.000 zł. Jedyna siostra Maria, wyszła za mąż za Zielińskiego z Kujawek. Zaś Wojciech, bohater reportażu, po ukończeniu szkoły powszechnej zajął się początkowo drobnym handlem na jarmarkach i odpustach, kolportując dewocjonalia i literaturę ludową. W poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi wywędrował, aż do Wtelna k. Bydgoszczy. Krótko przed trzydziestką żeni się z Marianną Bączkowską, z którą doczekał się sześciorga dzieci. Najstarszy syn Marcin urodził się we Wtelnie (zginął w czasie I wojny światowej, służąc w wojsku niemieckim). We Wtelnie urodzili się również: drugi syn Stefan (1895 r.) oraz jedyna córka Bronisława (1897 r.). Kolejne dzieci – synowie rodzili się już w Gołańczy, dokąd rodzina Wojciecha Kubanka przeniosła się najpewniej ok. 1899 r. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 16 Z 17 KWIETNIA 2019 R.

Z Samem Sandi przeciwko bolszewikom

SAM SANDI był Kameruńczykiem, jednak to z Polską związał całe swoje życie. Znalazł się ponoć na naszych ziemiach jako francuski żołnierz kolonialny wzięty do niewoli przez Prusaków.

Ci osadzili go w jednym z obozów jenieckich na terenie prowincji poznańskiej, skąd na początku 1919 roku wyzwolili go powstańcy wielkopolscy. Razem z innym czarnoskórym Józefem Diakiem, pochodzącym z południowego Sudanu, zdążyli wziąć jeszcze udział w powstaniu, a później odbyć służbę w 12. eskadrze wywiadowczej Armii Wielkopolskiej w czasie wojny z bolszewikami 1919/1920, zajmując się logistyką i aprowizacją.
Zdjęcie Sama Sandi, który przyjął w Polsce chrzest i imię Józef, odkryłem w albumach rodzinnych kpt. Franciszka Jacha, pochodzącego z Wapna pierwszego pilota Powstania Wielkopolskiego, który na zdobycznym niemieckim myśliwcu Albatrosie D III latał nad Wapnem już 29 grudnia 1918 r.

JEGO PASJA
We wspomnieniach o ojcu Franciszku 92-letni dziś syn Konrad Jach przywołuje często obrazy wspólnych prac nad obróbką zdjęć. Fotografowanie byłą niewątpliwie pasją Franciszka Jacha. Swoim aparatem fotograficznym marki Leica uwieczniał wszystko, co dało się sfotografować i to zarówno w domu, na lotniskach, na ziemi i powietrzu. Swego czasu ten typ aparatu na aukcji, którą zorganizowała Galeria Westlicht z Wiednia, osiągnął rekordową cenę 2 mln. 160 tys. euro. Dla nas bardziej wartościowe są jednak dziś zdjęcia uwiecznione takim aparatem, często przez samego Franciszka Jacha. Dzięki temu możemy je oglądać, chociażby w albumie Bartosza Kruszyńskiego „Poznańczycy w wojnie polsko – bolszewickiej 1919 – 1921”, gdzie ukazują frontowe życie żołnierzy, w którym był jednak też czas na humor i zabawę. Ważną pozycję w zbiorach Franciszka Jacha stanowią zdjęcia z okresu jego służby w Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Dęblinie (1929 – 1933), gdzie oblatywał pierwsze polskie szybowce wyczynowe, skonstruowane przez inż. inż. Adama Nowotnego i Jarosława Naleszkiewicza. Również z tego okresu są ostatnie zapewne zdjęcia wciąż jeszcze żywych zwycięzców Challenge Europy (28 sierpnia 1932 r), Franciszka Żwirki i Stanisława Wigury, witanych gorąco w Dęblinie. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 15 Z 10 KWIETNIA 2019 R.

Balonowa bitwa pod Samborem

9 stycznia 1919 r. podczas ataku na oddział powstańczy w okolicach Chodzieży, zostaje zestrzelony przez polską artylerię powstańczą leutenant (porucznik) Max Nather. Miał wówczas niespełna 20 lat.

Ten niemiecki pilot urodził się w Ciepłowodach na Dolnym Śląsku. Brał udział w walkach przeciwko powstańcom wielkopolskim od końca 1918 r. Był już wówczas uznanym asem niemieckiego lotnictwa, który walcząc w 1918 r. na froncie zachodnim odniósł 26 zwycięstw powietrznych, a w tym zniszczył 10 balonów obserwacyjnych. Po uzyskaniu 8. zwycięstw, w wieku niespełna 18 lat został dowódcą eskadry. Należał do ekskluzywnej grupy Balloon Busters, zrzeszającej niemieckich asów myśliwskich czasu I wojny światowej, którzy zniszczyli pięć lub więcej balonów obserwacyjnych wroga.
W czasie I wojny światowej, ze względu na wielką rolę zmasowanego ognia artylerii prowadzonego na daleki dystans, balony obserwacyjne odgrywały znaczącą rolę. Służyły do obserwacji pola walki, w szczególności do kierowania ogniem tejże artylerii. Używane były zarówno przez wojska lądowe, jak również przez floty. Flota francuska posiadała około 200. balonów obserwacyjnych i 24 okręty z oprzyrządowaniem do ich użycia. Balony, mimo swej wielkości, były trudne do zniszczenia ogniem artylerii. Stały się więc celem ataków myśliwców, choć były zazwyczaj dobrze bronione ogniem własnej artylerii przeciwlotniczej. W okresie międzywojennym wiele państw starało się utrzymywać oddziały balonowe, jednak rozwój lotnictwa spowodował, że w czasie II wojny światowej stały się zbyt łatwym celem i zrezygnowano z nich na rzecz samolotów obserwacyjnych.
W okresie wojny polsko – ukraińskiej 1918/1919 ich rola była jednak jeszcze ogromna. Rozkaz zestrzelenia ukraińskiego balonu obserwacyjnego na uwięzi, który napsuł sporo krwi polskim oddziałom, otrzymał pochodzący z Wapna w powiecie wągrowieckim ppor. Franciszek Jach z I Wielkopolskiej Eskadry Lotniczej. Jej dowódcą był wtedy ppor. Witold Pniewski, który tak relacjonował po czasie tę sytuację w piśmie „Orlątko” ( Nr 9/10 z czerwca 1934.): „Będąc z 1 Eskadrą Lotniczą Wlkp. w Przemyślu, dnia 8 maja 1919 r. dałem podporucznikowi, obecnie kapitanowi Fr. Jachowi, rozkaz zaatakowania ukraińskiego balonu na uwięzi, który ukazywał się często na połudn. – wschód od Przemyśla w stronę Sambora. Balon ten obserwował działalność artylerii ukraińskiej, skierowaną na tor kolejowy Przemyśl – Lwów. Podporucznik Jach rano tego dnia próbował wykonać zadanie kilkakrotnie, lecz każdorazowo przed zbliżeniem się samolotu balon ściągano. W godzinach popołudniowych, mniej więcej o godz. 16.30, balon ukazał się ponownie. Podporucznik Jach natychmiast startował. Obserwując lot z lotniska, zauważyłem podporucznika Jacha, atakującego balon już ściągany. Z lotu powyższego podporucznik Jach nie wrócił i dostał się do niewoli ukraińskiej. Balonu tego co prawda nie zestrzelił, lecz leżącego już na ziemi zniszczył zupełnie nabojami fosforowymi. Faktem jest, że balon więcej się nie ukazywał”. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 14 Z 3 KWIETNIA 2019 R.

Z Andersem pod rosyjskim niebem

W odwecie za zbombardowanie lotniska eskadry przez samolot bolszewicki zostaje dokonany lot odwetowy, połączony z nalotem bombowym na lotnisko w Sołtanówce.

Sytuacja ta ma miejsce 10 maja 1920 roku. Skład czterech załóg stanowili: kpt. Władysław Jurgenson (dowódca eskadry) z obserwatorem pchor. Tadeuszem Dzierzgowskim, kpr. pil. Kruczek z obserwatorem R. Święcickim, sierż. pil. B. Falus z obserwatorem A. Klotzem. Załogę samolotu Nr 2 stanowią natomiast ppor. Franciszek Jach oraz... ppłk. Władysław Anders w roli obserwatora.

LOTNIK
Z Wapna, maleńkiej miejscowości w północnej Wielkopolsce, zmobilizowany przymusowo, aby służyć w armii niemieckiej, wyrusza na fronty pierwszej wojny światowej rekrut Franciszek Jach. Pierwszym powierzonym jemu stanowiskiem była funkcja sekundanta – obserwatora w 2 pułku polowej artylerii w Białogardzie (Feldartillerie Regiment Nr 2). Jego rola polegała na obserwacji celów i punktu upadku pocisków i informowaniu artylerzystów, czy ich pociski osiągają cel. To nie był jednak szczyt marzeń młodego rekruta, stąd gdy nadarzyła się z czasem taka możliwość, od 1 czerwca 1917 roku do 15 marca 1918 roku, szkoląc się w Ławicy, zdobywa uprawnienia lotnika – pilota.
„Ppor. Jacha znam jako pilota znakomitego, zdolnego do najdalej idących wysiłków i poświęceń. Latałem z nim, jako obserwator w zimie i na wiosnę 1920 roku. Odbył on bardzo wiele lotów dalekich, głęboko sięgających w kraj nieprzyjacielski. W czasie bojów kwietniowych pod Szaciłkami i Jakimowiczami z niesłychaną brawurą, latając tuż nad ziemią, silnym ogniem atakował nieprzyjacielską piechotę i artylerię. W znacznej mierze przyczynił się do sukcesu osiągniętego wówczas przez naszą grupę lotniczą (zwłaszcza przy wypadzie 17 kwietnia 1920 r.)” - Tak wspominał loty z Jachem jego partner Leon Loria.
12 Eskadra Wywiadowcza, w której służył w czasie wojny polsko – bolszewickiej ppor. Franciszek Jach (1 listopada 1920 r. awansowany na kapitana), wykonała ogółem 515 lotów bojowych. Spędziła w tym czasie w powietrzu 756 godzin. Ppor. Jach miał w tym wkład niezaprzeczalny. Miał największą ilość lotów bojowych w całej eskadrze. Tym, co go cechowało, była wybitna odwaga i męstwo, a zarazem wielka gorliwość i sumienność w wykonywaniu powierzonych mu obowiązków.

Ważna odznaka dla Wągrowca

Do najbardziej doniosłych wydarzeń międzywojennego Wągrowca należą uroczystości wręczenia miastu Honorowej Odznaki 58 (4) Pułku Piechoty. Odbyły się one 7 sierpnia 1938 roku. Z wieloma szczegółami dotyczącymi tego wydarzenia możemy zapoznać się dzięki bogatej dokumentacji fotograficznej.

58 Pułk Piechoty nosił wcześniej (do grudnia 1919 r.) nazwę 4 Pułku Strzelców Wielkopolskich. Była to jednostka sformowana w okresie Powstania Wielkopolskiego, a jej trzon stanowiły oddziały z północnej Wielkopolski, w tym z Wągrowca i powiatu wągrowieckiego.

CZWARTACY
Wybuch Powstania Wielkopolskiego (27 grudnia 1918 r.) spowodował, że w poszczególnych miejscowościach zaczęły powstawać oddziały zbrojne (tzw. kompanie, np. wągrowiecka, gołaniecka, juncewsko-damasławska itd.). W ciągu zaledwie kilku tygodni większość tych oddziałów otrzymała charakter regularnej armii. Tak powstał 4 Pułk Strzelców Wielkopolskich (powołany na podstawie Rozkazu Dziennego nr 61 z 6 marca 1919 r.).
Pierwszy batalion Czwartaków składał się w większości z powstańców z Wągrowca i powiatu wągrowieckiego (trzy kompanie, do których jako czwartą dołączono kompanię powidzką). Drugi batalion zorganizowano z oddziałów walczących w rejonie Budzynia (ich trzon stanowiły kompanie rogozińskie). Trzeci batalion zorganizowano z oddziałów powstańczych walczących w okolicy Szubina (dwie kompanie gnieźnieńskie, ale również powstańcy należący wcześniej m.in. do kompanii juncewskiej oraz gołanieckiej). (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 01 Z 2 STYCZNIA 2019 R.

Kazimierz Greger - FOTOGRAF powstania wielkopolskiego

Powstaje IV odcinek z serii „Powstanie Wielkopolskie. Zwycięstwo”, w reżyserii Zbysława Kaczmarka z udziałem m.in. rekonstruktorów z naszego terenu. Tym razem tematem cyklu będzie fotograf, który m.in. uwiecznił uroczyste zaprzysiężenie Wojsk Wielkopolskich w Poznaniu, w styczniu 1919 roku.

Zdjęcia do ostatniego odcinka, który będzie miał premierę na antenie TVP Historia w listopadzie, kręcono w ostatnią niedzielę w Poznaniu na Placu Wolności, pod dawnym zamkiem cesarskim i w jednym z poznańskich fortów. Dokument ten opowiadać będzie o Kazimierzu Gregerze, pasjonacie fotografii, który wykonał serię unikalnych zdjęć uwieczniających ważne, historyczne chwile z 1918 i 1919 roku, związane z drogą do niepodległości i jej późniejszym utrwalaniem przy udziale Wielkopolan.
W jego atelier „Foto Greger” mieszczącym się przy ulicy Berlińskiej 18/20, a obecnie 27 grudnia, sfotografowano także wielu powstańców wielkopolskich, którzy chcieli uwiecznić swe postaci w mundurach.
- Jest to czwarty film Zbysława Kaczmarka z serii o Powstaniu Wielkopolskim, w jakim chłopacy z naszych grup brali udział. Wszystko zaczęło się 30 września 2017 roku od scen do pierwszego odcinka o przejęciu Ławicy, a  dwa miesiące później braliśmy udział w realizacji kolejnego, którego tematem było zdobycie przez powstańców wielkopolskich niemieckiego pojazdu pancernego w Budzyniu, - relacjonuje Tomasz Kaczmarek, członek dwóch grup rekonstrukcyjnych.
Dodajmy, że w czerwcu tego roku powstał trzeci film z serii, który ukarze się już niebawem, o losach Leona Prauzińskiego. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 43 Z 24 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Żeglarz niepodległości z Pałuk

W dziejach Polskiej Marynarki Wojennej można znaleźć też akcent pałucki. Tu bowiem na ziemi pałuckiej, kilka kilometrów od granicy powiatu wągrowieckiego, w Sielcu, wiele lat swego życia spędzał kontradmirał JÓZEF UNRUG.

Józef Hubert Unrug urodził się 7 października 1884 r. w Brandenburgu. Mimo silnych rodzinnych związków niemieckich otrzymał polskie wychowanie, które wpłynęło na jego późniejsze losy. Ojciec Józefa – Tadeusz Gustaw, emerytowany pruski wojskowy - osiadł w odziedziczonym po swym bracie majątku Sielec, gdzie spędził ostatnie lata swego życia. Starał się wychować syna w polskiej tradycji, angażując domowych nauczycieli. Biblioteka w Sielcu była obficie zaopatrzona w polskie książki. Matka, saska hrabianka Isadora von Bunau, nie mówiła po polsku.

WŁASNY WYBÓR
Wbrew rodzinie J.Unrug ukończył oficerską szkołę morską i służył w cesarskiej marynarce wojennej, zajmując stanowiska od naczelnika wachty na krążownikach i pancernikach do dowódcy flotylli łodzi podwodnych. Za swe dokonania w marynarce niemieckiej otrzymał Krzyż Żelazny i jedno z najwyższych odznaczeń cesarskich „Pour la Merite” (Za zasługę). Po klęsce Niemiec w 1918 r., na wieść o tworzeniu państwa polskiego wstąpił w stopniu kapitana do powstającej Marynarki Polskiej. Włączył się w jej tworzenie, pełniąc m.in. funkcję szefa sztabu Dowództwa Floty. Ciekawostką może być fakt, że pierwszy w powojennej historii polskiej żeglugi okręt, który podniósł biało-czerwoną banderę 29 kwietnia 1920 r., zakupiony został za własne pieniądze Józefa Unruga. W latach 1923-1925 czasowo odszedł ze służby czynnej i przebywał w rodzinnym majątku w Sielcu, gdzie sprawnie prowadził gospodarstwo. Duży nacisk kładł na dyscyplinę i organizację pracy. Dobrze układały się jego stosunki z robotnikami dworskimi. Włączał się w życie parafialne i środowiskowe, o czym świadczy m.in. przynależność do parafialnego kółka rolniczego w Juncewie. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 40 Z 3 PAŹDZIERNIKA 2018 R.

Artefakty dzwonowskie w Warszawie

Muzeum Historii Polski, którego budowę rozpoczęto przed miesiącem na Cytadeli Warszawskiej, prezentować będzie na wystawie stałej, zabytki wykopane w Dzwonowie pod Skokami.

W 2014 roku na, gruntach niewielkiego przysiółka wsi Niedźwiedziny odkryto pozostałości średniowiecznego miasta należącego do rycerskiego rodu Nałęczów. Od tego czasu prowadzone są tam badania z udziałem specjalistów różnych dyscyplin naukowych. A dwadzieścia pięć okazów pochodzących z tych badań, po konserwacji trafi do nowobudowanego w Warszawie Muzeum Historii Polski.
Oryginalne obiekty, o które Muzeum zabiega, mają być ważnym elementem budującym wystawę stałą. To wokół nich tworzona będzie narracja i opowieść o naszej historii.
I tak, między tysiącletnim dębem wydobytym z jeziora na Pomorzu, czy łodzią z X wieku wydobytą z Jeziora Lednickiego z dumą będziemy mogli oglądać zabytki pochodzące z badań archeologicznych średniowiecznego miasta pod Skokami. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 35 Z 29 SIERPNIA 2018 R.

Kolejna sensacja archeologiczna

Kilka tygodni temu archeolodzy ujawnili, że w Puszczy Zielonce odkryli ślady średniowiecznej osady.

Przekazy historyczne podają, że w Gaci w latach świetności znajdowało się co najmniej kilkanaście domostw i kościół. Archeolodzy na ślady średniowiecznej osady w Puszczy Zielonce natrafili kilka tygodni temu. Do tej pory odkryto średniowieczny cmentarz i około 150 zabytków metalowych, w tym monety.
Dokumenty historyczne podają, że Gać była w średniowieczu dużą wsią. W 1335 roku zbudowano w niej drewniany kościół parafialny pw. św. Piotra i Pawła. Do parafii oprócz Gaci wchodziło także pięć pobliskich miejscowości: Łopuchowo, Łoskoń, Wojnowo oraz Brzeźno i Włókna – okolice dzisiejszego Potrzanowa, na terenie gminy Skoki.

PO SĄSIEDZKU
Informacja o odkryciu średniowiecznej wsi pochodzi od Marcina Krzepkowskiego, archeologa współpracującego m.in. z Muzeum Regionalnym w Wągrowcu, a uczestniczącego w pracach wykopaliskowych w Dzwonowie.
- Poszukiwania średniowiecznej wsi Gać położonej w sercu Puszczy Zielonki w Wielkopolsce trwały od kilku lat. Dysponowaliśmy wskazówkami pochodzącymi od okolicznych mieszkańców dotyczącymi miejsca jej usytuowania, a co miało potwierdzenie w legendach i opowieściach - wyjaśnia Marcin Krzepkowski. - Docierały do nas informacje od mieszkańców Gaci, Dzwonowa i Niedźwiedzin o odnajdywanych na powierzchni ludzkich kości. Analiza zdjęć lotniczych nie dawała jednak podstaw do stwierdzenia, że we wskazywanym miejscu miałaby znajdować się osada ludzka. (...)

WIĘCEJ W ŚRODOWYM WYDANIU GŁOSU NR 34 Z 22 SIERPNIA 2018 R.

Aquapark uzaleznienia pakos224px

 

 

Wielkopolskapowiat_wagrowiecki_herbMiasto_WagrowiecGmina_Wagrowiec1_skoki2_golancz3_damaslawek4_miescisko5_wapno
interiaangoragazeta prawnagazety lokalnegłos wielkopolskiitv wągrowiecjamajkakreisbotemotel-azylpietrakradio merkurysdpspltok fmwielspinwillisch_logo
aquapark_wagrowiecnielbaSTART-logo bgzPalucki Bank Spoldzielczy

Na naszej stronie internetowej stosujemy pliki cookies.

Korzystając z naszego serwisu internetowego bez zmiany ustawień przeglądarki wyrażasz zgodę na stosowanie plików cookies. Czytaj więcej…

Zrozumiałem